9 gru 2017

Rozdział 115 - cz. 1

Wszystkie emocje, dotąd trzymane w ukryciu eksplodowały wewnątrz mnie w mgnieniu oka. Miałam wrażenie jakby każda cząstka mojego ciała rozszarpywała mnie by zwiększyć dawkę bólu. Po raz kolejny nie umiałam nad sobą panować, traciłam kontrolę. Byłam w oszołomieniu, a na dodatek i w rozpaczy. 
To nie mogła być prawda, powtarzałam bezustannie po przeczytaniu listu, który Harry zdążył po sobie zostawić, zanim odszedł. Nie mógł tak po prostu przyznać się do swoich uczuć w taki sposób i zniknąć, jak gdyby nigdy nic się nie stało. Od pewnego czasu wiedziałam, że coś jest z nim nie tak, ale nigdy nie myślałam na poważnie, że wciąż mnie kocha po tym wszystkim co razem przeszliśmy. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę ze znaczenia tego listu i najgorsze było to, że wiedziałam powód dla którego go napisał. Uważał, że powinnam wiedzieć o wszystkim, zanim los położy kres jego życiu. Dlatego nie chciał dodawać mi nadziei. Dlatego nie był szczery, ponieważ przewidywał, że przyszłość może go jeszcze zaskoczyć. I właśnie to złamało mi serce. 
Jeśli miałbym ci powiedzieć o moich uczuciach prosto w oczy, nie mógłbym zmusić się do odejścia.

Wieść o tym, że Harry wymknął się o świcie do Los Angeles bez słowa, jeszcze bardziej nabawiła mnie o nerwy niż mogłam sądzić, Jego poczynania były zupełnie nieodpowiednie i bezmyślne, choć było jednak za późno by cokolwiek mu wygarniać. Wierzył, że nadszedł wreszcie czas by zmierzył się z Thomasem i nie obchodziły go konsekwencje niebezpieczeństwa w jakie się pakował. Nawet ze śmiercią był gotów się zmierzyć. Choć w głębi duszy miałam ochotę krzyczeć to i tak nie potrafiłam wydobyć z siebie żadnego słowa. 
Z kompletnym roztargnieniem wpatrywałam się w Ryana, który zachowywał spokój i wyrozumiałość w stosunku do mojej sytuacji. Nigdy się nie wściekał do takiego stopnia jak Harry, okazywał raczej dostojną szlachetność i respekt co pierwsze rzuciło mi się w oczy gdy go poznałam.
Jakby czytając mi w myślach, chłopak przytulił mnie do siebie, widząc moją pobladłą twarz. Bił od niego żar ciepła, ale dłonie miał zimne tak samo jak i ja. Czuł mój strach. Wiedział, że cała ta sytuacja odbijała się na moim zdrowiu.
- Powinnaś odpocząć, Vanesso. - kojąco troskliwym głosem Ryan zachęcił mnie do opanowania emocji. - To trudne, ale wiem, że...
- Nie każ mi odpocząć. - odsunęłam się od chłopaka. Starałam się mówić spokojnie, choć czułam, że nie uda mi się utrzymać takiego tonu głosu na długo. - Nie potrafię tego zrobić. Wiesz, że nie.
- Uwierz mi, to ci pomoże.
Ryan stał bezustannie w miejscu podczas gdy ja nerwowo spoglądałam na niego z dzielącej nas odległości. Co jakiś czas zdawało mi się dotykać swojego czoła, wmawiając sobie, że nie wariuję. Miałam chęć wyżycia się, za kłamstwa, za wszystko co związane było z Harrym. Patrzyłam na Ryana i odczuwałam jak szybko cierpliwość ze mnie uciekała.
- Dlaczego go nie zatrzymałeś? - rzuciłam z wyrzutem. - Dlaczego tego nie zrobiłeś, skoro miałeś okazję?
Chłopak zmarszczył brwi na wzmiankę o Harrym.
- Nie mogłem. Przysiągłem, że nie będę się w nic mieszał.
- Nie powinieneś był pozwolić mu wrócić do Los Angeles! - czułam własne łzy w oczach. Nie umiałam utrzymywać kontroli nad sobą. - On zginie!
Kolana się pode mną uginały. Nie miałam siły nawet utrzymać kontaktu wzrokowego na dłużej niż zazwyczaj. Przeklinałam każdego kto przyszedł mi do głowy, dosłownie każdego.
Instynkt Ryana ponownie zadziałał, kiedy zsunęłam się na podłogę, upadając na kolana. Zdał sobie sprawę, że jest ze mną jeszcze gorzej, więc w porę znalazł się znów przy mnie. Ze złości rzuciłam zgnieciony list od Harry'ego o ścianę naprzeciwko siebie. Miałam dość. Przyłożyłam dłonie do twarzy by ukryć łzy. Moje policzki były mokre, oczy wręcz nawilżone i zaczerwienione od płaczu.
- Vanesso, musimy uszanować jego decyzję...
- Nie! Nic nie rozumiesz! - krzyknęłam. - Muszę zadzwonić do Harry'ego.
- On nie chciałby byś to robiła. - twarz Ryana była przygnębiona i smutna, ale szczera. - Nie mogę ci na to pozwolić. Wybacz mi Vanesso.
Nie rozumiałam dlaczego tak się zachowywał. Czemu nie wstawiał się za mnie, a za poczynaniami Harry'ego?
Po chwili wstał na nogi i chyba miał zamiar wrócić do kuchni, ale w pewnym momencie zauważył świstek papieru leżący bezwładnie na dywanie ze zwierzęcej skóry, więc podniósł go. Zajęło mi to chwilę, zanim przypomniałam sobie, że to list od Harry'ego. 
Podczas gdy Ryan ostrożnie czytał tekst listu, byłam w stanie zauważyć jak jego wyraz twarzy zmieniał się pod wpływem nagłych emocji. Jeden z jego policzków lekko drgał niespokojnie. 
Gdy skończył czytać, zwrócił swój wzrok ku mnie. Byłam gotowa na wszelkiego rodzaju oszczerstwa z jego strony, że zdradziłam go lub że nie byłam wobec niego ani szczera ani lojalna. Ale ku zaskoczeniu było inaczej niż myślałam. Jego podejście było podobne do podejścia Harry'ego sprzed wcześniejszej nocy. 
- Przypuszczałem, że wcześniej czy później do tego dojdzie. - pomachał listem z niechętnym, pełnym rozczarowania uśmiechem na ustach. -  Że przyzna się do prawdy.
Pośpiesznie pozbyłam się kosmyków włosów z twarzy, które przykleiły się do moich mokrych policzków, po czym uważniej zmusiłam się do słuchania.
- Przypuszczałeś? - spytałam z niepewnością i niedowierzaniem. - Ty?
- Tak. Jeśli tak to można ująć. - pokręcił głową. - Wiedziałem o uczuciach Harry'ego od niedawna. 
Raptownie podniosłam się z podłogi. Byłam pewna, że ciśnienie w żyłach mi wzrosło.
- Jak to wiedziałeś? Nie rozumiem.
Chłopak westchnął i podał mi list.
- Własne zachowanie w stosunku do ciebie go zdradziło. - przyznał od razu. - Sposób w jaki jego źrenice rozszerzały się na same wypowiedzenie twojego imienia, mięśnie napinały się, a słuch wyostrzał. To wszystko aż za bardzo rzucało się w oczy.
Słyszałam bicie własnego serca, jak własny oddech stał się nierównomierny. Pomimo tego, pozwoliłam Ryanowi kontynuować.
- Poprzedniego wieczoru rozmawiałem z nim. - głos chłopaka przybrał ostrożniejszy ton, jakby próbował uważać na własne słowa. - Nie miał się dobrze, zauważyłem to. Odkąd zgodził się na pozwolenie mi bycia tutaj z tobą, wiedziałem już, że coś jest nie tak. Nie był już taki jakiego go zapamiętałem, czyli chciwego, wierzącego, że ma kontrolę nad innymi. Za bardzo był wtedy obojętny. To dało mi wtedy wiele do zrozumienia. Że w tym człowieku coś się właśnie przełamało. I nie pomyliłem się.
Odważyłam się utrzymać kontakt wzrokowy na dłużej.
- Od tego momentu wiedziałeś, że on coś do mnie czuje. Wiedziałeś, że jest to silne uczucie... Ale czemu nie jesteś przez to zły?
- Zły przez co?
- Przez to, że Harry wciąż mnie kocha, pomimo tylu wyrzeczeń, których nagadał.
Ryan zaczął niecierpliwie bawić się swoimi palcami u dłoni.
- Miłość nie jest rzeczą, którą mógłbym zmienić. - odparł pewnie. - Zwłaszcza, gdy jest ona zbyt silnie zakorzeniona.
Obserwowałam jego poczynania i naprawdę nie umiałam opisać słowami tego jak potrafił się zachować w przeciwieństwie do tej właśnie sytuacji. Większość mężczyzn na jego miejscu nigdy nie wypowiedziałoby się w taki sposób. Może dlaczego to właśnie czyniło Ryana wyjątkowym. Umiał być szczery, optymistyczny i wyrozumiały przy każdej rozmowie.
Gdy chłopak zauważył, że po raz kolejny nie jestem w stanie nic z siebie wykrztusić, zaczerpnął powietrza, jakby przygotowywał się do dalszego rozszerzania tematu.
- Miałem kłopoty z zaufaniem Harry'emu. Przyznaję. - ciągnął dalej. - W świetle w jakim ukazywał go Thomas, Harry przedstawiany był jako morderca, który musiał ponieść karę za własne dokonane czyny. Wmawiał mi, że pozbycie się go będzie najrozsądniejszą decyzją. Kiedy bliżej się poznaliśmy, opowiedziałaś mi o swojej przeszłości i o tym jak zostałaś potraktowana.Właśnie wtedy zaczynałem odczuwać poczucie sumienia co do tego co się stało. Do teraz nie potrafię żyć z uczuciem, że w jednej rzeczy cię oszukałem. Możliwe, że w takiej, która mogłaby wszystko odmienić.
- O czym ty mówisz? Ty nigdy mnie nie oszukałeś.
Próbowałam podejść do Ryana, ale ten się cofnął.
- Nie, Vanessa. Okłamałem cię. Wierz mi, zrobiłem to. - jego niebieskie ślepia wlepiały we mnie całą swoją uwagę, oczekując na reakcję. - Chodzi o ciebie i Harry'ego, o was związek. Udawałem, że nie wiem... że nie wiem prawdziwego powodu dla którego już nie jesteście razem.
Co on bredził? Powtarzałam. Jak on, jak on mógł cokolwiek udawać...
- Ryan, przerażasz mnie.
- Wysłuchaj tego co mam do powiedzenia. Proszę. - błagał. - Harry... on nigdy cię nie zdradził. To wszystko to nie była jego wina. On nigdy nie zrobiłby ci takiej rzeczy. To Thomas sprawił, że się rozstaliście. To on jest za to odpowiedzialny.
Miałam wrażenie, że się przesłyszałam co do słów chłopaka. Czy on naprawdę postradał swoje zdrowe zmysły?
- Ty żartujesz, prawda? I niby mam w to uwierzyć?
Pomyślałam, że Ryan żartuje sobie ze mnie, ale na jego twarzy nie było żadnego głupiego uśmieszku albo zadowolenia. Jedynie gorzka powaga.
- Musisz w to uwierzyć, Vanessa.
Zdawało mi się widzieć gwiazdy przed oczami, zupełnie jakbym uderzyła się czymś w głowę. 
- Nie. To... to musi być jakiś żart...
- Harry nie wiedział o tym, że do rozpadu waszego związku przyczynił się Thomas. - słychać było lekką irytację w głosie chłopaka. - Dziewczynę, którą z nim nakryłaś, okazała się być wspólniczką wroga. To był plan. Pamiętasz jak wspomniałem Harry'emu o imieniu Roksana? Byłaś przy tym. Widziałaś jak zareagował, prawda? Roksana to kobieta z którą Harry miał cię zdradzić. Ale rzecz w tym, że jej prawdziwe imię brzmi Rebecca.
Naprawdę zaczęło mi się kręcić w głowie, gdy Ryan kontynuował temat. Nie chciałam słuchać więcej. Moje serce biło znacznie szybciej, czułam to, gdy przytkałam dłoń do klatki piersiowej. Miałam dość tych kłamstw. Nie umiałam uwierzyć w żadne słowa.
- To niemożliwe. To nie może być...
- Prawda? - dokończył za mnie. - To co właśnie powiedziałem jest prawdą. I ty musisz to zrozumieć. Nikt nie miał pojęcia o planie Thomasa. Nawet Harry. On naprawdę myślał, że cię zdradził. Byłem cholernie głupi, że ukrywałem to przed tobą, wybacz mi. Nie wiem co sobie myślałem. Miałem nadzieję, że to nic nie zmieni, ale teraz widząc ciebie i Harry'ego, wszystko nabiera sensu. Oboje cierpicie, a ja nie mogę pozwolić by to się ciągnęło w nieskończoność. Wasze rozstanie nigdy nie powinno mieć miejsca. Zrozumiałem, że to co jest pomiędzy wami, jest nieodwracalne, zbyt trwałe i silne. Taka jest prawda.
Harry nigdy nie uległby zdradzie. Znałaś go, podpowiadał jakiś głos w moim umyśle. Ryan ma rację. Wystarczy, że mu uwierzysz.
Chłopak spoglądał na mnie natarczywie. Mogłam dostrzec jak jego dłonie drżą. Wzrok miał przenikliwy, aż czułam jak jego słowa napływały coraz to szybciej do mojego mózgu. Byłam rozdarta i bezsilna. Nie miałam pojęcia co począć.
- Jeśli nadal się wahasz mi uwierzyć...
- Nie! - zaprzeczyłam automatycznie. - Nie chcę tego słuchać.
Ryan wytrzeszczał oczy. Chyba nie mógł przeskanować moich słów. Przez chwilę poczułam, że tracę grunt pod nogami, ale szybko wróciłam do rzeczywistości. Chciałam móc zatrzasnąć się w sypialni, ale nie miałam jak. Brak klucza. Życie w jednym momencie wstawiło się przeciwko mnie.
- Vanessa...
- Dość! Zostaw mnie!
Zamknęłam oczy. Gwałtownie wspomnienia wróciły, wzmocniły się. Byłam uwięziona.
Znalazłam się niespodziewanie w wspólnym domu, moim i Harry'ego. Doskonale pamiętałam ten dzień w którym nakryłam go z inną dziewczyną. Blondynka o nietypowej urodzie i ostrych rysach twarzy, całowała Harry'ego, który nawet nie raczył przerwać pocałunku. Potem ujrzałam naszą kłótnię.
- Proszę, porozmawiajmy! Wyjaśnię ci to wszystko!
- Wiesz co? Mam w dupie to co mi powiesz! Właśnie pokazałeś jak tak naprawdę przez cały ten czas mnie traktowałeś! Harry, ty właśnie mnie zdradziłeś i cię na tym nakryłam!
- Nie zostawiaj mnie, proszę. Pozwól mi wszystko ci powiedzieć!
- Zostaw mnie! Po raz kolejny zadałeś mi ból i wiesz co? To już się nigdy więcej nie powtórzy!
- Co masz na myśli?
- To koniec Harry.
- Nie... Nie możesz skreślić naszej miłości!
- To ty właśnie ją zniszczyłeś!
- Ten pocałunek z tamtą dziewczyną nic dla mnie nie znaczył!
- Ale dla mnie znaczył potwierdzenie, że nigdy mnie nie kochałeś! Kolejny raz jak głupia ci uwierzyłam i teraz naprawdę tego żałuję!
- Nie mów tak!
- Mam dość ciebie i twojej udawanej miłości do mnie! Daj mi wreszcie święty spokój!
- Ona nigdy nie była udawana! Vanessa kocham cię!

 To był ten moment w którym stwierdziłam, że moje życie całkowicie straciło swój sens. Przez wiele miesięcy nie potrafiłam stanąć na nogi po tym zdarzeniu. 
Najgorsze z tego wszystkiego były litości innych, pocieszenie w oczach tych, którzy przychodzili po prostu ze mną pogadać. Nienawidziłam tego. W dodatku nieśli w oczach niby pocieszenie, ale widziałam tam tylko zwątpienie i myśli: "Tak musiało się widocznie stać. Dasz radę!" To było okropne. Nie chciałam "radzić sobie", nie chciałam śpiewu ptaków, śmiejących się dzieci, zielonych drzew. Chciałam tylko odwrócić przeszłość, zacząć inaczej. Szybko jednak traciłam nadzieję na lepsze i to mnie tak bardzo przerażało.
Po tej kłótni, wspomnienia przeniosły mnie pod mieszkanie Liama pod którym ku własnemu zaskoczeniu wpadłam na Harry'ego. Nasza ostatnia rozmowa wtedy już nie była taka sama, jeśli miałabym porównywać ją z kłótnią w naszym wspólnym domu. Była znacznie spokojniejsza, ale było w niej coś co sprawiło, że nadała jeszcze więcej bólu i cierpienia nam obojgu.
- Dlaczego chcesz by moje życie znów było takie same jak przed tym, gdy cię poznałem? Dlaczego chcesz znów obudzić we mnie złego człowieka? 
 - Nie chcę tego.
 - To czego chcesz? - spytał, patrząc na mnie swoimi szmaragdowymi tęczówkami. Odpięłam łańcuszek z papierowym samolocikiem, który widniał na mojej szyi. Styles przez ten czas bacznie mnie obserwował. Ścisnęłam naszyjnik w ręce, zamykając oczy. 
 - Chcę byś odszedł. - złapałam za jego dłoń i położyłam na niej wisiorek, a on spojrzał mi w oczy, które przygotowywały się do płaczu. - Nic dla mnie już nie znaczysz. Jesteśmy przeszłością Harry i pogódź się z tym.
Naprawdę nie wiedziałam już co było gorsze. To, że skłamałam wtedy o własnych uczuciach czy to, że popełniłam błąd, zakańczając związek.
Chciałam wymazać ten straszny okres z pamięci, ale Harry zostawił w moim sercu coś, w co nie chciałam wierzyć wcześniej. Teraz to odkryłam, byłam tego pewna i świadoma. Całą sobą czułam, że był wobec mnie lojalny. Ukazywał, że mnie kocha.
Czasami człowiek tonie w ruchomych piaskach niechęci, pochopności, złości, nienawiści czy bezmyślnej przemocy, znajomy głos znów odbił się echem w mojej głowie. Im bardziej gestykuluje i wymachuje, tym bardziej tonie. Tylko ręka kogoś, kto nas potrzebuje, może nas z nich wyciągnąć.
Wspomnienia znikły. Przed sobą znów widziałam Ryana. Zmartwionego i bezradnego, jak jeszcze nigdy wcześniej. On nie mógł wyglądać tak bez powodu. To nie mógł być żart. Byłam świadkiem jak jego oczy szalały, źrenice powiększyły się, a dłonie drżały. Nie mógł mnie okłamać.
- Vanessa? 
Chłopak podszedł do mnie, widząc moje zmieszanie i rozkojarzenie, po czym ostrożnie przytulił do siebie. 
Co ja narobiłam? Czy ja na serio nie uwierzyłam Ryanowi, pomimo tego iż widziałam jak się zachowywał i z jaką nieustępliwością mówił?
- Ja... O mój boże, przepraszam. 
Nie sądziłam, że znów się rozpłaczę. Ryan otulał mnie mocno ramionami, dodawając otuchy. Nie byłam na niego zła za to, że nie wyjawił mi prawdy. Z niewiadomego powodu nie byłam w stanie już odczuwać urazy. 
- Rozumiem jak się czujesz. - jego dotyk na moich plecach wydawał się tak bardzo kojący. - I przepraszam za to. Powinnaś wszystko na spokojnie sama przemyśleć. Potrzebujesz czasu.
- Nie potrzebuję niczego przemyślać. - mogłam przysiąc, że chłopak się uśmiechnął, pomimo tego, iż nie widziałam jego twarzy. - Jeśli to jest prawda to jestem w stanie ją zaakceptować. Twoja szczerość to jedna z cech, która czyni cię wyjątkowym. Wierzę ci.
Ryan pozostawił czuły pocałunek na moim czole, po czym spojrzał mi w oczy. Ich kolor, był tak bardzo intensywny...
- To nie wszystko co chcę ci jeszcze powiedzieć. - oznajmił spokojnie, kiedy poczuł się dostatecznie pewny. - To dla mnie trudne, ale oczekuję, że zrozumiesz moje decyzje. 
Nie byłam pewna co myśleć po tonie jego głosu, ale zmusiłam się wyciszyć własne emocje choć na tę chwilę. 
- Wiesz dobrze, jak bardzo mi na tobie zależy. - zaczął odważnie. - I ile bym dał byś była szczęśliwa. Stanąłbym dosłownie na głowie by ci to dać. - przejechał palcem po wierzchu mojej dłoni. - Odkąd Harry uświadomił mi jak bardzo trwała potrafi być jego miłość, zorientowałem się, że może źle zrobiłem, że wmieszałem się w twoje życie. Nie to że tego żałuję, nadal chcę być blisko ciebie. Po prostu uważam, że zasługujesz na kogoś do kogo uczuć jesteś pewna. Dlatego może postąpiłem zbyt pochopnie w związku z nami. Kocham cię, ale wiem, że ty mnie nie na tyle na ile potrzeba. Twoje serce nigdy nie mogłoby należeć w stu procentach do mnie i ty doskonale zdajesz sobie z tego sprawę. W nim zawsze będzie cząstka, która będzie kochać Harry'ego. I szczerze, nie jestem o to zazdrosny. Ponieważ rozumiem, że przede mną już był ktoś, komu udało się podbić twoje uczucia. To właśnie on ma w tym wszystkim pierwszeństwo.
Czy Ryan, czy on naprawdę był w stanie oddać własne uczucia do mnie? Nie mogłam uwierzyć, że to właśnie starał się mi powiedzieć. Wolał oddalić się i oddać miejsce Harry'emu, zamiast walczyć.
- Chcesz bym dała Harry'emu szansę. - zauważyłam. - Rezygnujesz dla niego. Czemu więc miałbyś to robić, skoro wiesz, że twoje uczucia są równie silne? Miałeś tyle planów na przyszłość, widziałam ile szczęścia ci to przynosiło. 
- Nie mogę być szczęśliwy skoro wiem, że nie uszczęśliwię tym ciebie. - odrzekł smutno. - Vanesso zrozum proszę, że czasami może najlepszą decyzją jest poświęcenie się. 
- Nie chcę tego rozumieć. To głupie myślenie. Wydaje ci się, że nie mogłabym w stanie cię pokochać, ale rzecz w tym, że się mylisz. Nie bierzesz sobie do wiadomości tego, że ja również cię kocham. Kocham ciebie i Harry'ego jednocześnie mocno. - przetarłam mokre policzki wierzchem dłoni. - I jest mi z tym źle, ponieważ nie umiem sobie z tym radzić. Chcę was obu mieć przy sobie, ale wiem, że serca nie da się podzielić. Tylko dla jednej osoby znajduje się w nim miejsce.
Ryan zaczerpnął powietrza, zszokowany trochę tym do czego się przyznałam.
- Tą osobą jest Harry. Jestem pewny, że to jego twoje serce potrzebuje. - oświadczył. - Chcę byś tym razem zrobiła ten odpowiedni krok, nie zważając na osoby drugie.
- Ale co z tobą? - mówiłam zdławionym głosem. - Nie chcę cię stracić.
- Twoja decyzja nie będzie miała wpływu na nasze relacje. Zostaniemy przyjaciółmi. Będę zawsze obok ciebie, gdy będziesz mnie potrzebowała. 
- A uczucia? Jak mielibyśmy żyć, skoro wiedzielibyśmy, że nadal coś do siebie czujemy? Jak sobie to wyobrażasz?
- Minie trochę czasu, zanim stłumimy to co czujemy, owszem. Ale myślę, że jeśli będziemy się starać to naprawić, to uda nam się to zmienić. 
Przekonanie w tonie jego głosu było zaskakujące.
- Naprawdę chcesz to dla mnie zrobić? Porzucić wszystko co dla ciebie najważniejsze, dla kogoś takiego jak Harry? Jesteś pewny, że to twoja najlepsza decyzja?
- Nie porzucam cię, Vanesso. Oddaję cię tylko w lepsze ręce niż moje.
Wstrzymałam powietrze w płucach, żeby się nie rozpłakać, ale wiedziałam już, że w moim oczach pojawiły się słone łzy. 


"Pamiętaj, że łzy nie są oznaką słabości, lecz dowodem, że nasze serce nie wyschło."

*Perspektywa Harry'ego* 

Nawet najczystsze niebo w biały dzień w Los Angeles potrafiło zostać przysłonione przez ciężkie burzowe chmury. Poranna pogoda była wietrzna, zimna i zachmurzona. Doskonale upominała mieszkańców o nadchodzącej zimie, która już niedługo miała nas zaskoczyć.
Tego dnia byłem nieco przewrażliwiony wszystkim co tylko mi nie wychodziło. Pogoda jak zwykle również musiała pokrzyżować mi plany, a sprawy pozostające jeszcze do załatwienia zdawały się przerastać moje siły i możliwości. 

Przyjechałem do mieszkania Jaspera wczesnym rankiem i natychmiast podzwoniłem po wszystkich by także się zjawili. To był ten dzień w którym miałem poddać swój plan testowi. A miał on na celu wyeliminowanie Thomasa. Potrzebowałem umiejętności Nialla, Louisa, Liama oraz Zayna do tego by plan zadział. Miałem zamiar połączyć z nimi siły przeciwko swojemu największemu wrogu. Wiedziałem, że mi nie odmówią i miałem rację. Prawda była taka, że moje szanse bez nich byłyby marne, zwłaszcza dla tego, że każdy z chłopaków miał swoją własną dziedzinę w której byli dobrzy. Zayn miał dużą wiedzę na temat różnego rodzaju przedmiotów do walki zbrojnej zaczepnej lub obronnej, czyli między innymi o broni. Louis umiał doskonale układać strategie planów, a Niall miał pojęcie o podchodzeniu i zaskakiwaniu wrogów. Liam zaś był ekspertem komputerowym, potrafił namierzać nieprzyjaciół, znał mapy, większość zabezpieczeń i kamer monitorujących miasto oraz tworzyć pułapki. W skrócie, byli mi cholernie potrzebni.

Zanim jednak któryś z nich zjawił się w domu Jaspera, minęło niecałe pół godziny. Przez ten czas czułem się rozkojarzony, moja głowa była kompletnie gdzie indziej. Od samego rana Vanessa nie opuszczała moich myśli i gdy Jasper wypytywał mnie o co chodzi, widząc jak ponuro wyglądałem, po prostu nie przyznałem się do prawdziwego powodu mojego zachowania. Nie chciałem z nikim rozmawiać o tym co się stało pomiędzy mną, a Vanessą, a zwłaszcza nie w takim momencie. Nie mogłem zawracać sobie głowy, gdy przede mną stała decyzja mojego życia. I choć starałem się jak mogłem by uciszyć swoje myśli, one nadal jeszcze przez pewien czas tkwiły na swoim miejscu. 

Wspomnienia gwałtownie przeniosły mnie do poprzedniej nocy. Nad jezioro, gdzie księżyc oblewał swoim blaskiem ciemne otoczenie dzikiej natury. Dostrzegłem nas obu, mnie i Vanessę stojących na drewnianej kładce, gdzie po raz pierwszy od tylu miesięcy byliśmy ku sobie tak blisko. Poczułem nagle jej usta na swoich, które były miękkie i chłodne, a intensywny pocałunek zachęcający, pełen pragnienia. Ale także i bólu. Dziewczyna drżała z zimna w moich ramionach, gdy przyciągnąłem ją wtedy bliżej siebie. Była znacznie wrażliwsza na moje dotyki, choć rzeczą która się w niej zmieniła była pewność siebie, którą pokazała, kiedy zrobiła pierwszy krok. Nie umiałem zapomnieć tego momentu. To był jak powrót do przeszłości, do rzeczy, których pragnąłem doświadczać, gdy jeszcze przebywałem w Miami. Tęskniłem za jej pocałunkami, za jej niewinnością i troską. Nie wiem dlaczego dopiero teraz zdawałem sobie sprawę jak bardzo mi tego brakowało.
Naprawdę ją kochałem. Byłem jak głupi nastolatek, który został zauroczony. Te słowa wciąż ciężko przebijały się przez moje myśli, ale taka była prawda. I nie byłem w stanie już tego więcej ukrywać. 

Co to jest za życie, gdy człowiek nie odważa się podejmować ryzyka? Osobiście zdałem sobie sprawę, że podejmując ryzyko zawsze coś się zyskuje. Na przykład satysfakcję w przypadku powodzenia i lekcję na przyszłość w przypadku porażki. Nigdy nie zostaje się z pustymi rękami. Ryzyko uczy nas więcej o samym sobie. Każde opuszczenie strefy komfortu stawia w nowej, nieznanej dotąd sytuacji. I być może jesteśmy przekonani, że wiemy jak się w danych okolicznościach zachowamy, ale co z tego, jeśli później życie i tak to weryfikuje. Czasem na plus, czasem wprost przeciwnie. Ryzyko jest również sprawcą zmian. Każda zmiana niesie ze sobą ryzyko. Przecież nie jesteśmy jasnowidzami. Nigdy niczego w stu procentach nie przewidzimy. 

Dlatego ja zaryzykowałem. Ukrywając w sobie to co czułem, nie miało sensu, zwłaszcza, gdy jest to tak nieznośne, że nie daje żyć. Może i zrobiłem głupotę pisząc list, zamiast wprost porozmawiać z Vanessą o naszych relacjach, ale na ten moment była to chyba najlepsza decyzja dla nas obojgu. Nie chciałem zapewniać nikogo o tym, że będzie dobrze, że cokolwiek się zmieni. Stawiałem na to, co los dla mnie szykował.

Postanowiłem więc nie mówić na razie chłopakom o tym co się stało. Może po prostu bałem się bycia wyśmianym, gdyby dowiedzieli się o moich uczuciach do Vanessy. Nienawidziłem tego, gdy ktoś miał rację. A znając ich, miałem przeczucie, że będą powtarzać ile to racji mieli, podczas kiedy ja zaborczo wszystkiemu zaprzeczałem. Nie raz niestety tego od nich doświadczyłem.

Ciemny salon rozświetlał tylko wąziutki pas światła, które wpływało poprzez szparę między złączeniem się czarnych zasłon. W mroku tonęły ściany i meble, oprócz kawałka kanapy, na której  siedziałem. Łokcie miałem podparte na kolanach, a wzrok utknięty w podłogę. Liam oraz Louis siedzieli przy stole (które niewiadomo kiedy Jasper wstawił do tego pomieszczenia) wpatrzeni w ekran laptopa i rozmawiali na temat czegoś, do czego nie przykładałem zbytniej uwagi by zrozumieć. Wróciłem do rzeczywistości dopiero wtedy, kiedy Niall wparował do pomieszczenia z telefonem Rebecci w rękach i zapalił światło. Pamiętałem, że odebrał jej go jeszcze zanim wyprowadziliśmy ją z klubu.
- Po tym jak Liam usunął kod zabezpieczeniowy, poszperałem trochę w poczcie Rebecci. - oznajmił blondyn, nadal jednak klikając coś na ekranie smartfona. - Natrafiłem na dokument o zakupie domu na przedmieściach miasta. Wydaje mi się, że to może mieć coś wspólnego z Thomasem. Spójrzcie. 
Niall podszedł na drugi koniec stołu i podał telefon Zaynowi, który akurat zajmował się sprawdzaniem czy nasze pistolety mają wystarczająco dużo amunicji. Chętnie jednak zerknął w telefon.
- Myślisz, że ten dom to kryjówka? - spytał mulat. 
- Wszystko jest możliwe. Zresztą, nie wiemy raczej gdzie mógłby przebywać, więc to jedyna wskazówka jaką na razie możemy się posłużyć. 
- Pytaliście Rebeccę o miejsce pobytu Thomasa? - odezwał się Jasper, który siedział obok mnie i czytał magazyny motoryzacyjne.
- Próbowaliśmy, ale milczy. Ona nie powie nam niczego, jeśli nie będzie nic z tego miała.
Zayn od rana próbował wyciągnąć od dziewczyny jakieś informacje, ale oczywiście bez żadnego skutku. Chciałem móc sam pójść i zmusić ją do mówienia, ale zakazał mi, mówiąc, że jestem zbyt nadpobudliwy. Powtarzał w kółko, że najprawdopodobniej rozmowa skończyłaby się wybuchem nieutrzymanej samokontroli, tak jak ostatnim razem. 
- To ją zmuście. - odparłem, zirytowany postępowaniem przyjaciół. - Mówiłem wam, że z takimi ludźmi postępuje się inaczej. Ona musi zrozumieć, że jeśli nie będzie z nami współpracować to będą z tego konsekwencję. Musimy dowiedzieć się o lokalizacji Thomasa, a wiem, że ona wie gdzie on jest. Pójdę do niej i sam się dowiem, skoro wy nie potraficie.
Podniosłem się z sofy. Miałem zamiar ruszyć w kierunku piwnicy by nie marnować czasu, który akurat nam uciekał, ale Zayn mnie zatrzymał. Niall w między czasie wziął telefon od mulata i podał go Liamowi.
- Skąd masz pewność, że ją przekonasz? - rzucił z irytacją. - Ona nie jest głupia. Pracuje przecież dla Thomasa, więc wie jak postępować. Nie sądzę by nie wiedziała jak cię zmanipulować.
Spojrzałem na Zayna, który zachowywał zimną krew. 
- Widocznie za mało się nauczyłeś o postępowaniu z ludźmi.
- Czyżby?
- Boże, nikt z was nie nauczył się spokojnie siedzieć na tyłku i słuchać. - zbeształ nas Jasper, odkładając magazyn na stolik. - Trochę rozumu, dobra?
- Hej, musicie to zobaczyć. - obwieścił niespodziewanie Liam.
W okularach, które nosił gdy pracował przy komputerach, wyglądał nieco bardziej dojrzalej. Wszyscy podeszliśmy do niego i spojrzeliśmy na ekran jego laptopa. Okazało się, że próbował znaleźć adres, który podany był na dokumencie z poczty Rebecci. To co znalazł, naprawdę nas zaskoczyło.
Dom, który ukazał się na znalezionej przez Liama stronie ofert sprzedaży, wyglądał jak dwór z lat dziewięćdziesiątych, tylko, że o znacznie mniejszych rozmiarach. Miał beżowy kolor i potężny brązowy dach. Budynek z każdej strony otaczały drzewa, jakby znajdywał się w samym środku lasu. Piaszczysta dróżka ciągnęła się do bramy, która sprawiała wrażenie zardzewiałej od starości. Przed nią ciągnęła się ulica, najprawdopodobniej autostrada.
- Jak myślicie? - spytał Louis. - Na serio Thomas mógłby się tu ukrywać?
 Nie przestawałem skanować wzrokiem ukazany nam dom, gdy przyjaciel zadał to pytanie.
- Cóż, zaraz się dowiemy. 


~*~

Zazgrzytałem zębami, a po ciele przeszedł nieprzyjemny chłód. Piwniczny chłód. Przenikliwe zimno bijące ze wszystkich stron, i zgniłe powietrze, którym ledwo mogło się oddychać. Oczywiście wszystko raczej przez brak okna, ale mniejsza z tym.
Wszedłem do małego pomieszczenia wraz z Liamem, wcześniej zapalając światło. Drzwi otworzyły się, nie wydając najmniejszego nawet dźwięku. Przyjaciel wpadł na genialny pomysł na zmuszenie Rebecci do współpracy. Byłem niezmiernie przekonany, że zadziała jak należy i tym samym pozwoli na kontynuowaniu planu, którego miałem w zanadrzu.
Dziewczyna syknęła, kiedy snop białego światła od żarówki na suficie rozświetlił ciemny zazwyczaj pokój. Od razu uniosłem spojrzenie na jej osobę, której wygląd przyciągnął moją uwagę. Miała ciężkie worki pod oczami, zapadnięte policzki od braku jedzenia oraz skórę bladą jak marmur. Nie dbaliśmy zbytnio o utrzymanie jej, więc nie dziwiłem się, że wyglądała tak jak wyglądała.
Zerknąłem na Liama, który stał obok mnie. Przyjaciel pokazał głową w stronę Rebecci, dając mi znak bym zaczynał. Jej oczy zdążyły przyzwyczaić się do światła, kiedy zdecydowałem się podejść bliżej. Wokół jej osoby rozciągały się plamy zaschniętej krwi, ale także i tej świeżej.
Kucnąłem przy Rebecce, która próbowała raczej unikać mojego wzroku. Drżała z zimna. Wyciągnąłem dłoń przed siebie by ująć mocno jej twarz i zmusiłem by spojrzała na mnie. Dziewczyna z niechęcią się poddała.
- Słyszałem, że nie za bardzo chciałaś dogadać się z chłopakami. - odezwałem się ze spokojem, który musiał podnieść ciśnienie mojej ofiarze. - Twoje postępowania nie zadowalają mnie. Oczekiwałem współpracy.
- Nigdy nie zmusisz mnie bym wydała Thomasa. - odpowiedziała z pogardą. - Ode mnie niczego się nie dowiesz. 
Przyjrzałem jej się uważniej.
- Widzę jak oddana mu jesteś. - powiedziałem. - To naprawdę zaskakujące, że byłabyś gotowa nawet za niego zginąć. Czyż nie tak byś właśnie postąpiła?
Rebecca przełknęła ślinę. Byłem pewny, że sama moja obecność sprawiała, że jej serce dudniło jak szalone.
- Jeśli myślisz, że mnie zmanipulujesz to się za bardzo przeliczyłeś. 
- Och, nie przyszedłem cię manipulować. Przyszedłem w pokojowych zamiarach. - oznajmiłem. - Chcę zaproponować ci współpracę. 
- Współpracę? - roześmiała się. - Sądzisz, że możesz sobie przychodzić tutaj jak gdyby nigdy nic z myślą, że mnie przekonasz? 
- Pozytywne myślenie jeszcze nikomu nie zaszkodziło. - puściłem jej twarz. - Naprawdę wolisz zostać tutaj i nadal bronić tego skurwysyna, zamiast mi pomóc i coś z tego mieć? On nawet nie będzie ci wdzięczny za to co dla niego robisz. 
Wyraz dziewczyny zmienił się. Była czegoś niepewna.
- Nie wiesz tego.
- Ależ owszem, że wiem. On nie ma w sobie tego co ja mam. Nie ma uczuć. I to nas właśnie różni. - dodałem. - Chyba nie raz udało ci się to zauważyć, prawda?
- Daruj sobie. - syknęła zła. - Nie przekonasz mnie.
- Twoje życie przywiązane jest do Thomasa. Uważasz, że tak jest, ponieważ uratował ci życie. - kontynuowałem. Miałem na celu zezłościł ofiarę jeszcze bardziej. - To myślenie sprowadziło cię do obłędu. Nie masz własnych planów czy nawet własnego zdania. Jesteś otumaniona.
- Przestań!
- Jesteś na tyle zepsuta, że nie umiesz radzić sobie bez niego. Gdybyś miała własną godność, zauważyłabyś, że to w co się wpakowałaś to błąd. Ale może to już nie jest twój czas. Może dla ciebie nie ma odwrotu.
Blondynka zacisnęła zęby z wściekłości.
- Wal się! Nie uda ci się...
- Daję ci wybór, złotko. - przerwałem jej. Moje usta wykrzywiły się w złowrogim uśmieszku. - Albo nie. Raczej ci go nie dam. Mam lepszy pomysł i znacznie skuteczniejszy. - odwróciłem się do tyłu w stronę Liama. - Możemy zaczynać.
Przytrzymałem Rebeccę najmocniej jak umiałem by ułatwić przyjacielowi zadanie. Dziewczyna szarpała się, ale wiedziała, że z moją siłą nie miała najmniejszych szans. Liam rozbroił szybko metalowy sprzęt, którego nazwy niestety nie znałem i założył go wokół prawego uda ofiary. Sprzęt ten był nowym zakupem mojego przyjaciela. Dobrze działającym paralizatorem, który mógł nawet i zabić. Rozbroić można go było tylko specjalnym kodem. 
Krótko mówiąc, pomagał on mieć ofiary pod kontrolą. 
Szczerze to nie wiedziałem skąd on go wziął, ale wolałem nie pytać. Po raz pierwszy miałem do czynienia z takim sprzętem, ale Liam chyba przeciwnie, więc się nie wtrącałem. Ufałem jego doświadczeniom. 
- Co to jest?! - Rebecca spanikowała na widok mechanizmu, który przyczepiony został do jej uda. - Co wy żeście mi zrobili!?
Uśmiech nie znikał mi z twarzy na widok przerażonej blondynki.
- Właśnie zostałaś włączona w plan. 
- Jaki plan!? Styles, przysięgam, że cię zabiję...
- Chętnie możesz spróbować. 
Uwolniłem dziewczynę od łańcuchów by mogła się podnieść. Byłem ciekaw co zrobi, gdy poczuje się trochę wolna. 
Zerknęła na mnie niepewnie. Gdy już była przekonana, że wraz z Liamem nie mamy zamiaru nic jej zrobić, popędziła w stronę otwartych drzwi pomieszczenia. Zanim jednak do nich dotarła, mój przyjaciel już zdążył nacisnąć jeden guzik w swoim małym pilocie. Rebecca upadła na twardą podłogę z okrzykiem zaskoczenia. Wiła się z bólu, który obezwładnił jej ciało za jednym przyciskiem guzika. 
- To... - wskazałem na mechanizm u jej nogi. - ... jest całkiem niebezpieczny paralizator, który ułatwia nam mieć nad tobą kontrolę. Niezłe co?
Rebecca jęknęła. Mogłem sobie wyobrazić ile cierpienia jeszcze zada jej ten sprzęt. Musiałem przyznać, że było to niesamowite. Liam zdecydowanie był geniuszem.
- To jest twój plan? Zmusić mnie za pomocą tego czegoś? - skrzywiła się na wzmiankę o paralizatorze. - Pożałujesz jeszcze tego!
- Zobaczymy moja droga. - pokręciłem głową z zadowolenia, po czym zwróciłem się do przyjaciela. - Liam, załatw Rebecce jakieś ciuchy. Niech również skorzysta z łazienki i weźmie prysznic. Musi jakoś wyglądać, jeśli chcemy by plan udał się jak po naszej myśli. Za godzinę chcę ją widzieć w salonie. A, i powiedz Zaynowi by poszedł do sklepu i kupił jej coś do jedzenia. Nie sądzę by Jasper miał coś w lodówce.
Przyjaciel jedynie kiwnął głową i od razu zabrał się do pracy. Rebecca posłała mi ostatnie pełne nienawiści spojrzenie, zanim ostatecznie zniknęła mi z pola widzenia, zabrana z tej nieprzyjemnej nawet i dla mnie piwnicy.


~*~

Louis i ja pracowaliśmy nad strategią naszą planu w salonie, jednocześnie sugerując się układem okolicy wokół budynku, gdzie przypuszczaliśmy mógł ukrywać się Thomas. Co jakiś czas, Niall podrzucał nam parę swoich pomysłów, między innymi wymieniając miejsca z których nie powinniśmy zostać zauważeni, jeśli mielibyśmy zamiar zbliżyć się do domu. Wspomniał również o strażnikach, których Thomas mógł zatrudnić by pilnowali otoczenia, co dało nam nieco później do myślenia. Na pewno nie mógłby ukrywać się bez swoich ludzi, to było wiadome. 
- Zatrzymalibyśmy samochód gdzieś z kilka metrów wcześniej od bramy, gdzieś w lesie, by nikt nas nie zauważył. - Louis wskazał palcem na punkt przedstawiający drzewa na wydrukowanej wcześniej przez niego mapie. - Thomas może mieć ludzi rozstawionych wszędzie, więc najlepiej by było gdybyśmy zaparkowali z dala od okolicy budynku. 
- Brama może być zamknięta i strzeżona. - powiedziałem. - Rebecca będzie musiała sama przedostać się na teren domu. Ale ktoś z nas jednak będzie musiał ją śledzić. 
- A co z ogrodzeniem? - zapytał Niall i odwrócił laptop w naszą stronę. - Spójrz, dom jest ogrodzony całkowicie. Jak mielibyśmy się zbliżyć? Musielibyśmy wspiąć się po ażurowych przęsłach, które są wsparte na murowanych słupach i murkach by dostać się bliżej. One mają z jakieś dwa czy trzy metry wysokości.
- Pokonać je to żaden problem. - stwierdził od razu Louis. - Chodzi o to by zostać niezauważonym. 
- Pamiętajcie, że nie macie pojęcia ilu ludzi Thomas może mieć rozstawionych. - obwieścił Jasper, który nadal poświęcał więcej uwagi swoim magazynom. Tym razem czytał oryginalny od mercedesa. - Nie sądzę by było aż tak łatwo się tam dostać.
- Zapytajmy o to jego wspólniczkę. - znajomy głos oderwał naszą czwórkę od rozmowy.
Zayn wparował do pomieszczenia wraz z Rebeccą, która wyglądała znacznie lepiej niż poprzednio. Liam wszedł tuż za nimi. Blondynka miała na sobie czystsze ciuchy, oczywiście mniej rzucające się w oczy od jej poprzedniej prowokującej sukienki; zwykłą damską czarną koszulkę z logiem beatlesów oraz spodnie, również w tym samym kolorze. Widocznie Liam zdecydował się zostawić jej cekinowe szpilki, które akurat były jej własnością.
Na twarzy wróciły jej kolory. Policzki także wyglądały normalnie, do czego zapewne przyczyniło się jedzenie. Była czysta i zadbana. O taki rezultat mi właściwie chodziło.
Mulat nakazał dziewczynie usiąść na krześle przy stole z którego usunął się wcześniej Niall. Można było zauważyć jak zaciskała zęby ze złości, ale nie protestowała gdy usiadła tuż obok mnie. Chyba musiała być świadoma tego, co się stanie, jeśli podniesie mi ciśnienie.
Jasper o dziwo zainteresował się obecnością dziewczyny. Odłożył od razu swój magazyn motoryzacyjny na komodę po swojej prawej stronie, po czym oparł się wygodnie o zagłówek, krzyżując na dodatek przed sobą ręce. Rebecca czując na sobie spojrzenie chłopaka, odwróciła się w jego stronę. Zastygła przez chwilę, jakby nie mogła uwierzyć. Zastanawiałem się co sobie myślała. To on, Jasper. Zdradliwy brat Thomasa. I takie tam.
Reszta chłopaków również patrzyła na Rebeccę z zaciekawieniem.
- Chyba wiesz, dlaczego tu jesteś, nie? - spytałem. Dziewczyna przeniosła na mnie niechętnie swój wzrok. - Odpowiesz na wszystkie nasze pytania. Mam nadzieję, że doczekam się od ciebie szczerości. Inaczej wiesz jak się z tobą rozprawimy.
- Zapłacisz mi jeszcze za to. - syknęła.
- Może w swoim czasie. - uśmiechnąłem się złowieszczo i odwróciłem w stronę ekranu laptopa, który podał mi Niall. - Widzisz ten budynek? - wskazałem palcem na obiekt. - Adres znaleziony w jednym z maili z twojej poczty na telefonie doprowadził nas tutaj. Z tego co wynika to ty kupiłaś ten dom. To prawda?
- Tak. - burknęła. - To mieszkanie należy do mnie.
- Czy to tam ukrywa się Thomas?
Blondynka błyskawicznie zamilkła. Pomimo iż utrzymywała ze mną kontakt wzrokowy, miałem świadomość tego ile nerwów jej sprawiałem. 
- Tak czy nie? Gadaj. 
Ponagliłem ją. Kiedy nie usłyszałem odpowiedzi, machnąłem w stronę Liama stojącego niedaleko. Przyjaciel wyciągnął mały pilot z kieszeni spodni i od razu nacisnął właściwy guzik. Dziewczynę przeszedł prąd, nie zbyt silny, ale wystarczający by zadać ból. Jęknęła, po czym przeklęła cicho pod nosem by nie pokazywać.
- Ta... tak.
Bingo. Mieliśmy rację co do tego budynku.
Rebecca zgromiła mnie spojrzeniem za zadanie jej bólu. Oddychała już znacznie ciężej niż przedtem.
- Staraj się odpowiadać szybciej. Marnujesz mój czas. - skarciłem ją srogo. - Powiedz nam jak mamy przedostać się na teren domu. Czy Thomas ma rozstawionych ludzi?
Ku mojemu zdziwieniu, blondynka tym razem nie odpowiedziała mi nieznośnym komentarzem. 
- Budynku strzeże pięciu ochroniarzy. - odpowiedziała. - Dwoje od przodu i tyłu, a ostatniego osobistego ochroniarza Thomasa znajdziecie wewnątrz domu. Jednakże, by zostać niezauważonym jest niemożliwe. No może jeśli uda wam się pozabijać wszystkich ochroniarzy, zanim któryś poinformuje Thomasa, ale to raczej wam się nie uda. On ma wyszkolonych strażników.
- Za szybko przekreślasz nasze możliwości. - uśmiechnąłem się do niej ponownie. Na serio spodobało mi się irytowanie jej. - Do rzeczy. Plan jest taki. Ja, Zayn, Louis i Niall wejdziemy na teren domu i otoczymy go. Jasper i Liam zostaną w samochodzie na wypadek gdyby coś się stało i przy okazji będą nadzorowali okolicę. Ty, Rebecco, zaprowadzisz nas prosto do Thomasa. Chcę byś pomogła przedostać się nam bez jakikolwiek problemów. 
- Chyba żartujesz?!
Dziewczyna automatycznie się oburzyła, ale widząc moje karcące spojrzenie, zamilkła. 
- Lepiej nie testuj mojej cierpliwości, jeśli nie chcesz bym zmienił zdanie co do twojego losu. - zagroziłem. - Kiedy przedostaniemy się do celu, masz zachowywać się normalnie jakby nic się nie przydarzyło. Musisz wymyślić jakąś bajkę dlaczego się nie odzywałaś, sprawić by Thomas ci uwierzył. Paralizator jest dość silny, więc jeśli nas zdradzisz to Liam nie zawaha się użyć najsilniejszej mocy, która od razu cię zabije. Więc lepiej nie ryzykuj nas zdradzać. Dobrze ci radzę.
Rebecca nic już więcej od siebie nie dodała. Widocznie wiedziała co ją czeka, jeśli sprzeciwi się moim rozkazom. Miałem ją pod kontrolą i tak miało pozostać. 
- Louis. - zwróciłem się do przyjaciela, który stał dosłownie obok mnie. - Zapoznaj Rebeccę z jej rolą. Niech zna specificzną strategię naszego planu. Pozostali postarajcie się zebrać wszystkie ładunki. Zayn wie co i jak. - dodałem. - Jasper, dasz radę załatwić transport, nie?
Spojrzałem w kierunku blondyna, który od razu podniósł się z kanapy i kiwnął głową na znak, że wie co robić.
- Jasne.
- Doskonale. Do roboty.  
Zamknąłem laptopa i podałem go Liamowi, kiedy podszedł by go ode mnie przejąć. Przy okazji skorzystałem z okazji by poprosić go o jedną małą prośbę, gdy już znaleźliśmy się poza salonem.
- Liam, poczekaj.
Chłopak zatrzymał się na środku korytarza i odwrócił za siebie, słysząc mój głos. Podszedłem do niego i położyłem dłoń na ramieniu przyjaciela. Starałem się by nikt nie usłyszał moich słów.
- Muszę cię poprosić o małą pomoc. - zacząłem. - Chodzi o Vanessę. Udało mi się wywieść ją z miasta, ale wolałbym by ktoś miał z nią kontakt i informował mnie, że wszystko jest w porządku u niej i u mojej córki. Tutaj jest numer komórkowy do Ryana. On z nią jest. Gdybyś mógł, proszę staraj się być z nim w kontakcie. Muszę wiedzieć, że Vanessa i Lily są bezpieczne. Zrobisz to dla mnie, stary?
Liam bez zastanowienia wziął ode mnie kartkę z numerem.


Ciąg dalszy nastapi...



Od autorki: Witam, witam. Jak już zapewne zdążyliście zauważyć, rozdział 115 został podzielony na dwie części. Postąpiłam tak dlatego iż mam zamiar rozwinąć akcję, a z racji tego, że jest ona za długa do czytania w jednym rozdziale, po prostu rozłożyłam ją na "dwa rozdziały".  

Na dodatek mam dla was dobrą wiadomość! 
Będę miała teraz wolne przez ponad 7 tygodni, więc jeśli sobie życzycie, mogę dodawać rozdziały wcześniej niż 2 tygodnie. 

Piszcie w komentarzach czy chcielibyście bym przyśpieszyła proces.
Jestem otwarta na każdą opinię.

A więc na ten moment nie podaję daty dodania rozdziału. 
Druga część numerka 115 pojawi się na pewno gdzieś w okolicy dwóch tygodni.

Do zobaczenia! :) x


2 gru 2017

Brak numerka 115

Rozdział 115 został przełożony na przyszły tydzień - 9 Grudnia. Muszę go lepiej dopracować z racji tego, że będzie to naprawdę ważny rozdział w tym opowiadaniu x

18 lis 2017

Rozdział 114

*Perspektywa Harry'ego*

Gdy wróciłem do domku z drewnem do kominka, nikogo już nie zastałem w salonie. Pomimo tego, wiedziałem, że Vanessa była w pobliżu. Doskonale słyszałem jej głos, który dochodził z jednej z sypialń, gdzie czytała Lily książkę. Nie trudno było mi zgadnąć jaką. Chyba wszystkie dzieci naprawdę miały sentyment do historii Kubusia Puchatka i jego przyjaciół.

Postanowiłem iż przed pójściem spać, pójdę na spacer do lasu. Nie wiedziałem co miałem ze sobą zrobić, po tym do czego przyznałem się przed Vanessą. Czułem wstyd do samego siebie, że w ogóle dałem jej cokolwiek do myślenia. Nie chciałem mówić tego wszystkiego, ale to zrobiłem. Nie miałem pojęcia dlaczego. Od pewnego czasu działo się ze mną coś dziwnego, ale dopiero teraz poczułem w sobie, że coś próbowało zawzięcie przedostać się na wierzch. Byłem wręcz zagubiony w tym co robiłem. Nigdy po prostu nie sądziłem, że to kiedykolwiek powróci. Że znów zacznie mi na kimś w życiu zależeć.

Tej nocy, ciemność stała się najbliższym towarzyszem. Chłodna i bezchmurna jesienna pogoda sprawiała, że trzeba było ubrać się cieplej by móc przebywać na zewnątrz. Ale choć widać było, że zbierało się na chmury, na niebie jeszcze przez długi czas królował jasny księżyc, który swoim srebrzystym blaskiem oblewał wierzchołki drzew, okalających wokół jezioro. Czułem charakterystyczny zapach wiejącego wiatru, przesiąkniętego wodą. Jak za dawnych lat, pomyślałem wspominając dzieciństwo. Półmrok, sąsiedztwo świerków, jodełek i wyrośnietęgo modrzewia na wyciągnięcie ręki w świetle ksieżyca był jednym z tych momentów przypominających namiastkę raju, tak małą namiastkę oazy spokoju.

Z dłońmi w kieszeniach długiego płaszczu, skulony szedłem wśród lasów ciągnących się na wprost mnie. Nie jednego człowieka przyprawiły by one o zawał serca ze względu na mrok jaki w nich panował, ale mnie oczywiście one nie sprawiały problemu. Powoli kierowałem się w stronę dróżki, która prowadziła aż do autostrady, ale w pewnym momencie zatrzymałem się w miejscu. Zimna mżawka zmieniała się w drobne niespokojne krople deszczu, gwałtownie wirujące w snopach światła rzucanych przez reflektory samochodowe, które zbliżały się w moją stronę coraz szybciej. Gdy światła oświetliły moją osobę, zamrugałem. Pojazd od razu zatrzymał się obok mnie, a ja wiedziałem już, że to nie kto inny jak Ryan. I się nie myliłem. Chłopak obniżył szybę, kiedy podszedłem do drzwi.
- Hej. - odezwał się niepewnym tonem, spoglądając na mnie uważnie. Zapewne musiał być wyczerpany lub poddenerwowany, ponieważ trochę ciężej oddychał. - Miałeś rację. Idzie się pogubić w tej okolicy. Ledwie udało mi się znaleźć drogę od sześćdziesiątki.
Pewnie człowiek pomyślałby, że mi odbiło, ale naprawdę cieszyłem się w jakimś stopniu, że Ryan się zjawił. Wysłałem mu wiadomość kilka godzin temu z adresem miejsca w którym aktualnie przebywaliśmy. O dziwo, Ryan uspokoiło nieco moje nerwy swoją obecnością.
- Ta, drogi bywają tutaj pokomplikowane. - nadciągnąłem kaptur ze względu na lekki deszcz, który niespodziewanie zaczął pokropywać. - Dzięki, że przyjechałeś.
Ryan nie spuszczał ze mnie wzroku. Chyba musiałem sprawiać wrażenie podstępnego.
- W porządku. Vanessa w domu?
- Tak, czyta małej książkę. - odparłem. - Jak dojedziesz, zaparkuj się obok mojego auta by nie blokować drogi. Będę rano wyjeżdżał.
- Jasne. Nie ma sprawy. - kiwnął głową. Silnik samochodowy nadal pracował na cichych obrotach. - Wybierasz się gdzieś? 
Ryan wskazał palcem na moje ciepłe ubrania. Wzruszyłem ramionami.
- Miałem zamiar się przejść niedaleko.
- Nie za późno trochę na spacer?
- Nie dla mnie.
- Cóż, niech ci będzie. Będę już jechał. - chłopak zacisnął palce na kierownicy. - Jak coś, masz mój numer telefonu.
- Tak, mam. Dzięki.
Ryan ruszył powoli przed siebie, uważając na zdradliwą dróżkę by nie wyrządzić szkód w pojeździe. Zanim jednak zasunął do końca szybę, zrobiłem coś, co zapewne mógłbym później żałować.
- Ryan, zaczekaj!
Chłopak usłyszał mnie i ponownie zatrzymał samochód, pozwalając mi do niego podbiec. Gdy znów ujrzałem jego twarz, wyglądał na zaskoczonego.
- Myślałem trochę o tym co mi wcześniej powiedziałeś. - zacząłem. Ryan napiął mięśnie, z powagą wymieniając spojrzenia. - Miałeś rację co do mnie. Nie powinienem oskarżać cię o to czego dokonałeś w związku z Thomasem. To były błędy i tak, wierzę ci. Nie miałem prawa ci je wypominać, pomimo tego iż zdaję sobie sprawę z tego jak ciężko ci z nimi żyć. Ale przecież życie jest tak właśnie skonstruowane: na błędach człowiek się uczy rozumu. Owszem, może i dałem ci wiele powodów, dla których nie powinieneś mi ufać, ale chcę tylko byś wiedział, że naprawdę doceniam to co robisz nie tylko dla mnie, ale i dla Vanessy. Nigdy nie spotkałem osoby, która w taki sposób podchodziłaby do drugiego człowieka. Jestem ci wdzięczny za każdą szczerość.
Patrzyłem desperacko na Ryana, którego wyraz twarzy drastycznie się zmieniał z drobnego oszołomienia na powagę. Miałem nadzieję, że się nie skompromitowałem.
- Wiem to. - lekko się uśmiechnął. - Zauważyłem, że ty również inaczej zacząłeś do mnie podchodzić. Dobrze wiedzieć, że nie widzisz już we mnie wroga. To mnie cieszy.
- Wiele rzeczy wciąż sprawia mi kłopot. Czasami potrzebuję czasu by coś zrozumieć. Sam widzisz, że nie łatwo jest się przyzwyczaić do nowego społeczeństwa. Zwłaszcza, jeśli się przeszło tyle co ja.
- Rozumiem cię. Dlatego nie mam ci za złe tego co powiedziałeś. Może i trochę zabolało, ale wiedziałem, że nie myślisz tak na serio. Wiele rzeczy przeważnie ludzie mówią pod ciśnieniem, nie myślą zanim coś powiedzą. To normalne.
- Zauważyłem. - pokręciłem głową. - Wiele ludzi mówi mi, że postępuje zbyt pochopnie.
- A więc już wiesz, że musisz coś w tym kierunku zmienić. - Ryan kontynuował rozmowę tak spokojnie, że aż sam byłem zaskoczony jego posunięciami. - Harry, nie jesteś jedynym człowiekiem, który się zgubił na własnej drodze. Uważam, że chyba raczej najlepszym rozwiązaniem jest czas by naprawić rzeczy, które się zrobiło.
- Tak... tak też myślę. - poprawiłem odruchowo swój kaptur. - Mam nadzieję, że kiedyś uda mi się z taką łatwością jak tobie naprawić własne błędy.
Ryan uparł łokieć o kierownicę.
- Czujesz się winny, prawda? Czujesz jak coś co kiedyś uważałeś za zaletę, wyparowuje. To jest to. Boisz się o to co przyszłość przyniesie wraz z sobą.
- Ja niczego już w życiu nie jestem pewny, Ryan.
Chłopak wyłączył nieoczekiwanie pojazd i zapalił światełko nad głową.
- Boisz się, że nie zaznasz szczęścia? - dopytywał dalej. Mógłbym uznać, że robił się coraz bardziej natarczywy, ale byłem chyba tak zdołowany, że już nic mnie zbytnio nie obchodziło. - O to chodzi, prawda? O los twój i Vanessy.
- To nie tak...
- Oboje cierpicie. - przerwał mi w połowie zdania. - Widzę to, nie tylko u Vanessy. To właśnie macie ze sobą wspólnego. Nie potraficie udawać w otoczeniu bliskich.
Wzruszyłem ramionami na jego słowa.
- Nie ma niczego, co miałbym udawać.
- Czyżby? Czyli nie kochasz jej?
Rozglądnąłem się po okolicy, próbując zlekceważyć spojrzenie Ryana, które próbowało wyciągnąć ze mnie prawdę.
- Nie wiem co czuję. Ja... ja nie umiem tego opisać...
Brzmiałem okropnie. Tak bynajmniej mi się wydawało.
- Posłuchaj. Może ona tego nie widzi, ale ja tak. - odrzekł Ryan. - Kochasz ją. Nigdy nie zrobiłbyś dla niej tego co robisz, gdybyś jej nie kochał. Nikt nie będzie cię nienawidził za przyznanie się, że coś do niej czujesz. Nawet ja.
- Ty? - stanąłem oszołomiony. - Przecież ją kochasz.
- Przeszedłem w życiu wiele rzeczy, Harry. Jeśli nasz związek miałby sprawić, że do końca życia będziesz się pałętał bez braku jakiekolwiek woli do życia, to jestem gotów się poświęcić by ci się ułożyło. Vanessa zresztą nigdy nie pokochałaby mnie na tyle mocno, co ciebie. I taka jest właśnie prawda. Nie chcę by była przy mnie, skoro sercem jest z innym mężczyzną. Nie mogę jej tego zrobić. Nie odbiorę jej woli wyboru.
Zamrugałem zaskoczony. Miałem wrażenie, jakby czas nagle stanął w miejscu. Nie byłem w stanie uwierzyć, że Ryan coś takiego powiedział. Czyżby był na serio na tyle honorowy by sprzedać własne szczęście? 
- Nie mógłbyś tego zrobić. Nie dla mnie. Nie zasługuje na nic na co nie musiałbym sam zapracować. - powiedziałem pewny własnego zdania. - Nie możesz od tak po prostu oddać coś, co kochasz.
- Nie rozumiesz, że nie chcę żyć z tym cholernym uczuciem, mówiącym mi, że to właśnie ja jestem jedyną przeszkodą dla którego ty i Vanessa nie możecie być razem? Mógłbyś tak żyć, gdybyś był na moim miejscu? 
- Ja...
- Przyznaję ci się do jednej rzeczy. Wmawiałem Vanessie, że jesteś złym człowiekiem, non stop wypominając jej twoją zdradę. Teraz jestem gotów przyznać się, że wiedziałem o tym, że to był podstęp Thomasa, jeśli powiesz mi szczerze co do niej czujesz. Zrobię co mogę by ci pomóc, ponieważ zasługujesz na tą jedną ważną rzecz w życiu. By mieć rodzinę. 
- Nie chcę byś cokolwiek robił. - oczywiście, że nie mogłem pozwolić Ryanowi na to wszystko. - Nie odbierzesz sobie szczęścia dla mnie. Nie rób głupoty, której później mógłbyś żałować. Jedź już. Vanessa zapewne niecierpliwi się, że jeszcze cię nie ma. Dzięki za wszystko, naprawdę.
Odsunąłem się od pojazdu, rzuciłem Ryanowi ostatnie spojrzenie i ruszyłem w głąb lasu za mrokiem. 

*Perspektywa Vanessy*

(Proszę, włączcie tę melodię przed przeczytaniem tego fragmentu opowiadania. Uwierzcie mi, idealnie nada atmosfery i doprowadzi was do łez)

Pomimo iż Lily udało się zasnąć po ponad pół godzinnym czytaniu jej Kubusia Puchatka, mi sen nie przyszedł tak łatwo jak by się to mogło wydawać. Nawet obecność Ryana, który nareszcie się pojawił, nie poprawiła mi humoru. Byłam zbyt bardzo zalana myślami o Harrym, że nie byłam w stanie skupić się na zaśnięciu. Tak po prostu leżałam na łóżku wraz z Lily w ramionach i wpatrywałam się bezcelowo w sufit. Ryan najprawdopodobniej już spał w pokoju obok, podczas gdy ja nadal walczyłam z myślami. Wiedziałam, że Harry postanowił wyjść na spacer, ale nie miałam pojęcia czy już wrócił czy nie. Nie ukrywam, że korciło mnie by to sprawdzić.

Gdy zegarek wskazał godzinę dwudziestą pierwszą, nie pozostało mi nic niż wyjście na dwór na świeże powietrze. Musiałam odetchnąć po dzisiejszych przeżyciach i przede wszystkim dopomóc snu. W mieszkaniu było wręcz ciemno, nawet i w kominku w salonie ogień zdążył już nieco przygasnąć. Nigdzie nie było śladu po Harrym. Nie wrócił.

Powoli otworzyłam drzwi wejściowe i wyszłam na zewnątrz. Chłód przesiąkł moje ciało i w duchu cieszyłam się, że pomyślałam o ubraniu ciepłego swetra. To mi naprawdę pomogło. 
Ruszyłam w stronę długiej drewnianej kładki, która ciągnęła się na lśniącym jeziorze. Księżyc górujący wysoko na niebie, wyglądał jak Saturn otoczony pierścieniami chmur, który oświetlał opustoszałą okolicę. Była pełnia. Miałam wrażenie, że temperatura w powietrzu drastycznie spadała, a w raz z nią narastała wilgoć, która osiadała się na każdym skrawku ziemi. Świerszcze i inne owady coraz bardziej zaczęły tykać. Wszystko nadawało całkowicie innej, ale dziwnie przyjemnej atmosfery.

Usiadłam na skraju kładki, wyciągając przed siebie nogi. Gęsia skórka drażniła moje nagie stopy, gdy zanurzyłam je ostrożnie w wodzie jeziora, wcześniej ściągając z nich sandały. Łagodny, leśny powiew wiatru sprawiał, że kosmyki włosów muskały delikatnie moje policzki, ale nie przestawałam jednak rozglądać się po okolicy, która była niesamowicie piękna, cicha i spokojna. Widok wręcz podnosił na duchu.
Przymknęłam oczy, wsłuchując się w dźwięki natury. W cykanie świerszczy, szumu wody, wiatru i drzew. Byłam gotowa pozwolić się pochłonąć...
- Myślałem, że śpisz. 
Znany ton głosu zmusił mnie do otworzenia powiek. Odwróciłam się raptownie za siebie i wtedy dostrzegłam go. Wysokiego mężczyznę o szerokich barkach i przejrzystych oczach jak kamienie szmaragdu. Moje serce przyśpieszyło niespodziewanie. Spojrzenie, które Harry we mnie utkwił było smutne, pozbawione nadziei i skrzywdzone. Ciemne włosy powiewały mu na wietrze, a zaś dłonie schowane miał w kieszeniach kurtki. W świetle księżyca wyglądał niezdrowo, wręcz twarz miał bladą i wychudzoną.
- Nie mogłam zasnąć. - odparłam spokojnie, próbując ukryć zmartwienie. 
Podążyłam wzrokiem za Harrym, który za chwilę przysiadł się tuż obok mnie. Coś musiało być nie tak. Po raz kolejny byłam gotowa poddać się własnej intuicji.
- Od kilku dni mam ten sam problem. - przyznał, nawet na mnie nie patrząc. - Długo tu tak siedzisz?
- Nie. Niedawno przyszłam. - odwróciłam głowę w stronę rozciągającego się krajobrazu przed sobą. - Ryan powiedział mi, że wyszłeś na spacer. Martwiłam się, że coś jest nie tak. 
Chłopak bawił się niespokojnie palcami u swoich długich dłoni, wyraźnie spięty sytuacją.
- Musiałem przemyśleć parę spraw. - odparł cicho.
- Wiesz, że zawsze możesz ze mną porozmawiać, jeśli coś jest nie tak.
- Nie sądzę, żebyś tym razem była w stanie mi pomóc.  
Spojrzałam na niego z niedomierzaniem, bo wydawało mi się, że się uśmiechnął. Wiedziałam, że za tym kryje się smutek, większy niż mogłabym tego się spodziewać. 
- Widzę, że coś jest nie w porządku, Harry. - kontynuowałam rozmowę. Chciałam mieć świadomość tego co go trapiło, pomóc mu. - O co chodzi?
Przez chwilę chłopak nie odpowiedział. Naprawdę zaczynałam mieć złe przeczucia co do jego zdrowia psychicznego. Bałam się, że sobie z czymś nie radzi, podczas gdy ja desperacko chciałam pomóc. 
- Zastanawiałaś się kiedykolwiek co by było, gdybyś nigdy nie musiała przeciwstawić się przeciwko własnemu losu?
Harrry zerknął na mnie ukradkiem. Jego twarz nie zdradzała w tym momencie żadnych emocji.
- Do czego zmierzasz?
- Ostatnim razem wspomniałem o drzwiach do innego świata, do miejsca w którym kontrolę nad nami przejmują emocje. - mówił. - Zastanawiałem się jednak, czy warto było się im poddać, czy dobrze zrobiłem, postępując tak, a nie inaczej i czy zrobiłbym to ponownie. 
Z opanowaniem przysłuchiwałam się słowom Harry'ego. 
- Gdy stałem na progu tych drzwi, było dla mnie za późno, aby zdecydować. Nie miałem o tym żadnego pojęcia, nie znałem konsekwencji. Ludzie mają rację, że czasami jesteśmy tak nastawieni na coś, że nie bierzemy pod uwagę niczego innego co mogłoby w stanie zmienić nasz tok myślenia. Gdy przybyłem do Los Angeles, miałem wrażenie, że to co siedziało mi w głowie, zamienię w rzeczy możliwe. Że dokonam ich bez problemu. Ale myliłem się. Zapomniałem, że niektórych rzeczy nie powinno się żądać od życia od tak. To wbrew czemukolwiek. Nie raz od tamtego momentu zastanawiałem się czy nie lepiej było jednak pozwolić ludziom myśleć, że nie żyję. Czy nie zaoszczędziłbym im wtedy cierpienia przez samego siebie.
- Harry, to co zrobiłeś...
- Nie jest czymś co Bóg mógłby wybaczyć. - dodał z wyrzutkiem sumienia. - Czasami wydaje mi się, że jako ludzie zostaliśmy stworzeni właśnie po to, aby dążyć do własnej destrukcji. Jesteśmy jak ćmy, które bezmyślnie lecą do światła bez względu na zagrożenie jakie ich może czekać.
Wpatrywałam się w chłopaka, nie mogąc uwierzyć, że takie słowa wylatywały prosto z jego ust. Miałam przeczucie, że już nie jest tym samym Harrym z którym miałam do czynienia jeszcze kilka tygodni temu i to mnie trafiło. Wrócił Harry, ten Harry, który nie zważając na to jakby się zachowywał, miał w sobie dobre, wrażliwe serce. To był on, we własnej osobie.
- Nie możesz tak myśleć. Nie możesz ta po prostu wmówić sobie, że jesteś zły.
- A jak mam w takim razie myśleć? Vanessa ja... ja boję się, że jest dla mnie za późno. - odrzekł ze  strachem. - Dopiero teraz zorientowałem się do jakiego poziomu doprowadziłem samego siebie. Że zniszczyłem sobie życie, nawet nie mając pojęcia kiedy to się stało. 
Znów próbował zignorować moje spojrzenie. Starał się skupić na wpatrywaniu się w wodę jeziora, która odbijała światło księżyca. 
- Wy wszyscy wiedzieliście, że stłaczam się na złą drogę. Dlaczego nie byłem w stanie was posłuchać? - rzadko widywało się, żeby Harry uronił łzy, ale teraz byłam pewna, że nie mógł powstrzymać samego siebie od tego czynu. - Czemu byłem tak zaślepiony, że nie widziałem, że tracę to co jest w życiu najcenniejsze? Sprawiłem, że straciliście do mnie zaufanie. Wszystko co miałem, na czym mi zależało, potraciłem przez własnego siebie.
- Harry... - położyłam rękę na jego dłoni, którą położoną miał na skraju kładki. Drgnął pod moim dotykiem. - Nikt z nas nie stracił wiary w ciebie. Każdy wiedział, że Harrym którym byłeś, nie jest tym, którego od początku znaliśmy. Chłopaki nigdy nie potrafiliby zrezygnować z ciebie, nie wiadomo ile krzywdy byś narobił. Ponieważ kochają cię jak brata, jako rodzinę, której większość z nich nigdy nie miało. Powinieneś doskonale o tym wiedzieć. Nie wszystko jest stracone. Możesz jeszcze wszystko odwrócić. 
- Nie. - odparł od razu. - Nie zasługuję na to. Nie jestem w stanie żyć z tym co zrobiłem. Będę czuł winę jeszcze przez wiele lat. To do czego się przyczyniłem, nigdy nie powinno ujrzeć światła dziennego. Wstydzę się siebie, wstydzę się, ponieważ powinienem być dobrym przykładem dla naszej córki, a nie jestem. Wyobrażasz to sobie, gdy ona wszystkiego się dowie? Co sobie o mnie pomyśli?
- Pozwól sobie pomóc. - skłoniłam go do spojrzenia na mnie. Jego tęczówki wydawały się znacznie ciemniejsze niż przedtem.  - Pamiętaj, że masz szansę zmienić bieg wydarzeń.
- Nie potrafię już zaufać samemu sobie, Vanessa.  Musisz się z tym pogodzić. - odrzekł spokojnie, co mnie zaskoczyło. - Nie umiem stwierdzić czy nawet potrafię jeszcze odczuwać jakiekolwiek pozytywne uczucie tak dobrze jak kiedyś. Ciężko uwierzyć, że się ułoży, że przeszłość nagle przestanie mieć dla mnie znaczenie, a ludzie, którzy ją tworzyli pozwolą mi o nich zapomnieć. Nie umiem spalić za sobą mostów i nie umiem też wrócić, więc non stop próbuję budować coś na niepewnym gruncie. I tak mi pozostało robić.
- Harry, którego znam, nigdy się nie poddawał. - przypomniałam. Chłopak jakby od razu zesztywniał na moje słowa. Patrzył na mnie z jeszcze większą uwagą. - Potrafisz w siebie uwierzyć i wiem, że w gdzieś w środku przytrzymujesz miłość i troskę o ludzi, których uważasz za cennych. Zawsze powtarzałeś, że to się dla ciebie liczy. Wiedz, że każdy w życiu przechodzi przez to samo co ty. Myślisz, że ja nie miałam ochoty się poddać w pewnym momencie mojego życia? My wszyscy zostajemy przyszpileni do muru by zwalczyć własne lęki. 
Harry podniósł swoją dłoń by móc złączyć ją z moją. Była zimna w porównaniu do mojej rozgrzanej.
- Dlaczego tylko ty nigdy nie przestałaś martwić się o innych? Bezustannie próbujesz mi pomóc, pomimo tego iż wiesz jakim człowiekiem się stałem. Nie powinnaś tego robić. Nie zasługuję na to.
- Nie jestem bez serca, Harry. - wyszeptałam cicho. - Zrobiłeś wiele dla mnie, pomimo złych chwil, które przezwyciężyliśmy. Może i czuję do ciebie żal, ale wdzięczność przewyższa to uczucie. Sama chwilami czuję się winna twojej zmianie, więc może to właśnie dlatego robię co mogę by pomóc ci wrócić do normalności, stanąć na nogi i po prostu brnąć dalej, choć tym razem w dobrym kierunku. 
- Skrzywdziłem cię tak bardzo, a ty... ty nadal potrafisz ujrzeć we mnie dobro. Jak to możliwe, w jaki sposób to robisz?

Moje serce biło bardzo żywo, być może nawet żywiej od serca Harry'ego, ale było to serce poorane rozlicznymi bruzdami, serce w którym było wiele brakujących kawałków.
- Nie wiem. Może dlatego, że sama nie jestem wcale lepszym człowiekiem w porównaniu do innych? - brzmiałam naprawdę niepewna własnej siebie. - Każdy w jakimś stopniu ma prawo do naprawienia czegoś. Widzę przyszłość z punktu optymistycznego. Nie należy być negatywnym, wstydzić się uczuć, nawet takich jak tęsknota czy żal, one kształtują życie, osobowość. Dostajesz pomoc od innych, troskę by nabrać motywacji, ale twoje myśli i uczucia to nauczyciele, przeżycia z nimi związane, to lekcje jakich nikt nie byłby w stanie ci dać. Rzeczy, które nic nie kosztują tak na prawdę są najdroższe i tylko nielicznych na nie stać. Trzeba tylko nauczyć się by lokować uczucia w ludzi którzy na nie zasługują i kochać bez warunku, tak by nie wiedzieć za co. Gdy pytasz mnie, dlaczego ci pomagam, po prostu nie mogę ci tego powiedzieć, ponieważ już znasz całą odpowiedź. Troszczę się, bo...
- Mnie kochasz. - wymówił to z taką siłą, że aż drgnęłam. - Dlatego nie potrafisz przestać.
Byłam pewna, że umiem odczytywać myśli Harry'ego. Ale tym razem, gdy przyjrzałam się jego twarzy, nie zauważyłam nic oprócz zwyczajnego spokoju. Zachowywał się normalnie podczas gdy ja kuliłam się pod jego spojrzeniem.
- To chyba nie jest aż tak duża tajemnica, której byś wcześniej nie wiedział. - odparłam. 
-  Może i tak, ale dopiero teraz rozumiem jak silne jest to uczucie. - to było na prawdę dziwne, że Harry wciąż trzymał mnie za rękę, co musiałam przyznać nieco uspokajało moje nerwy. - Wybacz mi, że tak cię skrzywdziłem. Tak mi przykro, że przeze mnie musiałaś przejść to co przeszłaś. Nigdy nie chciałem dla ciebie tego. Gdybym tylko mógł cofnąć czas, uwierz mi, zrobiłbym to... 
Mówił tak łagodnym tonem, że popatrzyłam na niego ze zdumieniem. Łagodność była ostatnią rzeczą, która kojarzyłaby mi się z Harrym, ale teraz dostrzegłam ją w dotyku jego ręki na własnej dłoni, w głosie, w spojrzeniu. Zawsze marzyłam, że właśnie tak będzie na mnie patrzył mężczyzna. Ale nigdy nie marzyłam o kimś tak pięknym jak Harry. W blasku księżyca jego usta były idealnie wykrojone, oczy prawie czarne. Zwariowałam, skarciłam się w myślach.
Harry był zarumieniony, jakby biegł. Kolejny dziwny, ale piękny efekt, pomyślałam: kasztanowe włosy, tajemnicze oczy, jasna skóra czy rumieniec na wydatnych kościach policzkowych. Zupełnie, jakbym patrzyła na obraz. Wreszcie poczułam, że to prawdziwy Harry, ten Harry dla którego straciłam rachubę życia. 
- Wystarczy mi, że jesteś tutaj w postaci takiej jakiej cię zapamiętałam.
Tęczówki mu zalśniły. Obserwował mnie tak intensywnie, że zaczęłam sobie wyobrażać ile myśli na raz musiało napływać do jego głowy w tym momencie. Nagle przymknął powieki. Jego pierś unosiła się i opadała szybko. Jego ciało było ciepłe i żywe, czułam jego żar.
- Wtedy kiedy powiedziałem ci, że nigdy cię nie kochałem, kłamałem Vanessa. - wyznał ze słyszalną trudnością, otwierając oczy. - To nie byłem ja. I ty o tym wiesz, prawda? Wiedziałaś, że nigdy bym czegoś takiego tobie nie powiedział. Byłem szalenie w tobie zakochany przed wyjazdem, że jeszcze przez wiele miesięcy musiałem się z tym zmagać. Dopiero teraz zacząłem sobie przypominać, że to było najlepsze uczucie jakie w życiu mogłem poczuć. Uczucie bycia kochanym przez kogoś dla kogo byłem całym światem.
Nie mogłam się rozpłakać, powtarzałam. Nie teraz. 
- Możesz nadal w to nie wierzyć, ale gdy dowiedziałem się o Lily, poczułem się tak, jakbym dostał od Boga drugą szansę. Od zawsze chciałem założyć z tobą rodzinę. Dałaś mi szczęście, otworzyłaś oczy, które wreszcie zrozumiały pewne rzeczy. Jestem ci wdzięczny tak dużo, że nie umiem znaleźć na to słów. Dałaś mi córkę za którą odpowiedzialność chcę wziąć. Cokolwiek postanowisz, pamiętaj, że zawsze będę obok ciebie i Lily, nieważne jak złe byłyby nasze relacje. Dam ci wolność jakiej sobie zażyczysz, pozwolę ci ułożyć sobie życie, tylko pozwól mi być przy was.
- Pomijasz jedno, Harry. - puściłam raptownie jego dłoń. - Ja cię kocham jeszcze mocniej niż sądziłam, że mogę. Nie wyobrażam sobie życia w którym nie byłoby ciebie. Jestem gotowa ci wybaczyć, zresztą chyba właśnie to zrobiłam, przyznając się do czegoś czego nie mogłam nawet wypowiedzieć przez ostatnie lata. Mam wrażenie, jakbyś tylko ty potrafił zajrzeć we mnie i dostrzec dziwne albo niezwykłe rzeczy, bo ty też jesteś taki sam.
Harry ponownie zamknął oczy. Poczułam, że jego rzęsy łaskoczą czubki moich palców. Kiedy się odezwał, głos mu drżał, ale był opanowany.
- Nie mów takich rzeczy, Vanesso. Nie mów...
- Dlaczego?
W tym momencie podniósł się na nogi, łapiąc za głowę. Odsunął się ode mnie na bezpieczną odległość, ale później znów spojrzał w moją stronę. W tym samym momencie odwróciłam się.
-  Nie mogę mieszać się w twoje życie. Nie po raz kolejny. - obwieścił smutno. - Zasługujesz na dużo więcej, na kogoś, kto będzie cię kochał w każdej sekundzie twojego życia, kto będzie myślał o tobie nieustannie, zastanawiając się, co w tej chwili robisz, gdzie jesteś, z kim jesteś i czy czujesz się dobrze. Potrzebujesz kogoś, kto pomoże ci spełniać marzenia i kto ochroni cię przed tym, czego się obawiasz. A to nie jestem ja. Powinnaś mieć u boku kogoś, kto będzie traktował cię z szacunkiem i kochał w tobie wszystko, a zwłaszcza twoje wady. Zasługujesz na życie z kimś, kto sprawi, że poczujesz się szczęśliwa. - dodał. - Przepraszam więc, jeśli pomyślisz, że jestem tchórzem.
 Nad nami księżyc płynął przez chmury, biała łódź na nieruchomym, czarnym morzu.
- Nie uważam, że jesteś tchórzem. - powiedziałam. - Po prostu nie wierzę, że nic do mnie nie czujesz. 
Harry zaczerpnął powietrza. Patrzyłam mu prosto w oczy, zmuszając do powiedzenia prawdy. Miałam przeczucie, że nie jest ze mną do końca szczery. Emocje targały jego osobą, był zagubiony w tym co mówił.
- Wybacz mi, Vanesso. Proszę wybacz.
Chłopak zaczął się cofać. A ja przecież nie mogłam pozwolić mu od tak sobie pójść. Nie po tej rozmowie. Czułam, że powinien wiedzieć więcej.
- Harry, zaczekaj! 
Próbowałam wstać. Zrobiłam krok do przodu, ale niespodziewanie potknęłam się o chwiejną deskę w wkładce i w ten sposób wpadłam na Harry'ego, który podbiegł w mgnieniu oka by nie pozwolić mi upaść. Kiedy mnie chwycił, zamarłam... a potem moje ramiona same go objęły, palce splotły się na jego karku. Wtuliłam twarz w jego szyję, poczułam miękkość jego włosów. Zamknęłam oczy odcinając się od świata, który przyprawiał mnie o zawrót głowy, od blasku padającego od wygwieżdżonego nieba. Chciałam być tutaj z Harrym, wdychać jego czysty zapach, czuć bicie jego serca, silne i równomierne jak puls oceanu. 
Poczułam jak Harry bierze wdech.
- Vanessa. Vanessa, spójrz na mnie.
Uniosłam leniwie wzrok, niechętnie szykując się na gniew albo chłód... ale w ciemnozielonych oczach okolonych gęstymi, czarnymi rzęsami, nie dostrzegłam zwykłego chłodu ani wyniosłego dystansu. Były przejrzyste jak szkło i pełne pożądania i jeszcze czegoś więcej niż tylko to. Zobaczyłam w nich czułość, której nigdy by się nie spodziewała po Harrym. I właśnie ta czułość powstrzymała mnie od protestów, kiedy Harry zaczął po kolei wyjmować szpilki z moich włosów.
Nie obchodziło mnie, że to szaleństwo, kiedy pierwsza szpilka upadła na drewnianą kładkę. Kiedy moje długie, kręcone, ciemne włosy opadły na ramiona, Harry wsunął w nie dłonie. Słyszałam, że wypuszcza powietrze z płuc, jakby od dłuższego czasu wstrzymywał oddech. 
Wyciągnął dłoń by móc położyć ją na moim policzku, ale ja łagodnie ją ujęłam i pociągnęłam w dół. Wykorzystując jego chwilowe zdumienie, podniosłam się na palcach u stóp i tak po prostu... pocałowałam go.
Nie wiem dlaczego i co mi się stało, ale zrobiłam to.
Jego usta były miękkie, bardzo miękkie. Całował mnie już przedtem, dziko i rozpaczliwie i wtedy smakował krwią, ale to było tak dawno, że zdawało mi się, że znów przeżywam wszystko na nowo. Teraz robił to zupełnie inaczej.
Nieśpiesznie, jakby muśnięciami warg mówił mi po cichu to, czego nie potrafił wyrazić słowami. Ogarniał moje usta swoimi, całował je tak, jakby warto byłoby pójść za każdy pocałunek z osobna do piekła. Składał powolne, lekkie jak motyl pocałunki na moich ustach, każdy jak wyznanie, że jestem mu droga, niezastąpiona i upragniona. 
Harry nie potrafił już dłużej utrzymać rąk przy sobie. Położył dłoń na moim biodrze, przysuwając się znacznie bliżej by móc poczuć ciepło jakie biło od mojego ciała. Objęłam go za kark, wplotłam palce w ciemne jedwabiste pasma, poczułam puls dudniący o własne dłonie. Wydawało mi się, że traciłam grunt pod nogami, a Harry silnie mnie powstrzymywał. Znów wróciły wspomnienia, jeszcze silniejsze niż zazwyczaj.
Tulił mnie mocno. Swoją delikatnością przyprawiał mnie o rozkoszne dreszcze, które przebiegały po całym ciele. Kości mi stopniały, wszystkie nerwy dygotały. Chciałam przyciągnąć go do siebie by zlikwidować całkowitą przestrzeń pomiędzy nami, ale nie umiałam się ruszyć w jego ramionach. Był wobec mnie tak delikatny, tak łagodny, choć drżenie rąk i dudnienie serca świadczyły, że mnie pragnął. Przez chwilę zdawało się, że miażdżył siłą moje wargi swoimi, pocałunek był pełen desperacji i ledwo kontrolowanego głodu, ale za chwilę znów stał się przyjemnością. Z pewnością nie mógłby się tak zachowywać, gdyby zupełnie mu na mnie nie zależało. Kawałki, na które przez niego się rozpadłam w ciągu kilku ostatnich tygodni, teraz zaczęły się zrastać i goić. Czułam się tak lekka, że mogłabym latać.
I wtedy stało się to, czego się obawiałam. 
Chłopak odsunął się ode mnie jak poparzony, podczas gdy ja nie potrafiłam uspokoić oddechu. Dużymi oczami wpatrywał się we mnie, zaskoczony i zdezorientowany tym do czego się przyczyniłam. Czułam smak jego ust na własnych wargach, jak smak mocnego narkotyku. 
Harry zaczął ponownie się ode mnie odsuwać, jego wzrok wariował.
- Nie. Nie mogę. - jąkał się. W jego głosie słychać było wahanie. - Nie pozwól mi się w tobie zakochać, Vanesso. Proszę, nie pozwól mi cię kochać. Ponieważ wszystko, co kiedykolwiek kochałem się rozpadło, a sama myśl o traceniu cię jest w tej chwili zbyt straszna.
Przestraszony tym co się pomiędzy nami stało, uciekł w stronę lasu, nawet nie wiedząc jak bardzo jego zachowanie przyprawiło mnie o samotność i rozpacz.



„Miłość cier­pli­wa jest, łas­ka­wa jest. Miłość nie zaz­drości, nie szu­ka pok­lasku, nie uno­si się pychą; nie jest bez­wstyd­na, nie szu­ka swe­go, nie uno­si się gniewem, nie pa­mięta złego; nie cie­szy się z nies­pra­wied­li­wości, lecz współwe­seli się z prawdą."


~*~

Od razu po przebudzeniu, jeszcze zanim otworzyłam oczy, byłam świadoma tego do czego doszło poprzedniej nocy między mną, a Harrym. Po pocałunku, chłopak uciekł do lasu, unikając jakiekolwiek rozmowy na ten temat. Wciąż odczuwałam dziwną pustkę.
Gdy usiadłam powoli na łóżku, zorientowałam się, że ktoś musiał rozsunąć zasłony, ponieważ na łóżko padały jasne pasy światła słonecznego. Zdziwiłam się, dlaczego blask mnie nie obudził. Sądząc po położeniu słońca, zbliżało się popołudnie. Głowę miałam ciężką, a oczy zaspane. Lily nie było obok mnie. Zapewne Ryan wstał wcześniej by ją nakarmić.
Dopiero kiedy wstałam, zauważyłam na nocnym stoliku złożoną kartkę. Sięgnęłam po nią niepewna i podniosłam do siebie. Za chwilę rozłożyłam ją ostrożnie i przebiegłam wzrokiem tekst.



Pisząc to, obserwuję wschodzące słońce. Jesteś pogrążona we śnie, a sny przemykają pod twoimi powiekami. Chciałbym wiedzieć, o czym myślisz. Chciałbym móc wkraść się do twojej głowy i zobaczyć świat takim, jakim widzisz go ty. Chciałbym móc zobaczyć samego siebie tak, jak ty mnie postrzegasz. Ale może wcale nie chcę tego widzieć. Może przez to jeszcze bardziej niż teraz odczuję, że jestem wobec ciebie czymś w rodzaju jednego wielkiego kłamstwa, a tego nie mógłbym znieść. A zapewne tak właśnie myślisz po naszym ostatnim pocałunku. Może miałem rację co do bycia tchórzem. Jestem nim. Gdy powiedziałaś, że jestem dobrym człowiekiem, nie byłem w stanie powiedzieć, że się mylisz. Kłamałem na temat wielu rzeczy. Nie potrafiłem tak po prostu powiedzieć ci wprost tego, co czuję. Że jestem tragicznie w tobie zakochany.

Moje serce mówi mi, że to największe i najwspanialsze uczucie, jakiego mógłbym doświadczyć w całym moim życiu. Ale moja podświadomość wie, jaka jest różnica pomiędzy pragnieniem tego, czego nie możesz mieć, a pragnieniem tego, czego pragnąć nie powinieneś. A ja nie powinienem cię pragnąć, choć kocham cię tak niewiarygodnie mocno, że kiedy jesteś blisko mnie, zapominam, że należysz do Ryana. I chyba jestem najgorszym człowiekiem na świecie, skoro myślę o tym właśnie teraz i przyznaję się, że wiedziałem o waszych wzajemnych uczuciach.

Przez całą noc przyglądałem się jak śpisz, byłem w twojej sypialni, widziałem jak blask księżyca pojawia się i znika, rzucając czarne i białe cienie na twoją twarz. Nigdy nie widziałem niczego piękniejszego. Myślę o życiu, jakie moglibyśmy mieć, gdyby wszystko ułożyłoby się inaczej, o życiu, w którym poprzednia noc nie byłaby żadnym pojedynczym zdarzeniem, odcięciem się od wszystkiego, co realne, lecz każdą nocą. Ale sprawy potoczyły się tak, a nie inaczej, a ja nie mogę patrzeć na ciebie bez uczucia, że oszukałem cię.
Więc skłamałem ostatniej nocy. Powiedziałem, że zasługujesz na kogoś innego niż ja, pomimo tego iż byłem świadomy tego co czułem do ciebie. I właśnie dlatego muszę teraz opuścić cię jak tchórz. Ponieważ jeśli miałbym ci powiedzieć o moich uczuciach prosto w oczy, nie mógłbym zmusić się do odejścia.
Nie winię cię, jeśli mnie nienawidzisz, chciałbym, żeby tak było. Wiedz, że zawsze będę śnił o tobie i naszej córce. Zawsze będę obok was.

Harry.


Reszta słów zlała się w bezsensowne morze liter. Musiałam wiele razy przeczytać list, żeby cokolwiek zrozumieć. Kiedy wreszcie dotarło do mnie jego znaczenie, tylko stałam bez ruchu i gapiłam się na papier drżący w mojej ręce.
Później nie pamiętałam, żebym podejmowała decyzję, co robić dalej, ani żebym szukała czegoś do ubrania. Tak czy inaczej, wybiegłam z pokoju w ubraniach z wczoraj, z listem w drżącej ręce.
Salon był pusty, z ognia buzującego w kominku został szary popiół, natomiast z kuchni sączyło się światło, dobiegał gwar głosów i dolatywał zapach jedzenia. Wszędzie rozpoznałabym zapach naleśników, które równie jak ja uwielbiała moja mała córeczka.
I miałam rację. Kiedy weszłam do kuchni, zastałam w niej Ryana i Lily. Mężczyzna z uśmiechem na twarzy był w fartuchu, a w ręce trzymał małą łopatkę do przewracania jedzenia na patelni. Rozweselał Lily, która wybuchała śmiechem przy każdej następnej minie, którą zrobił Ryan. Dziewczynka siedziała ubrana przy stoliczku dziecięcym na którym blacie wszędzie znajdywał się dżem malinowy. Miała poplamione dłonie i leniwie przegryzała kawałek naleśnika.
Gdy Ryan wreszcie dostrzegł moją osobę, zbladł na widok wyrazu mojej twarzy, smutnej i przerażonej. Wyłączył palnik i zrzucił z siebie fartuch, kładąc go na oparciu drewnianego krzesła niedaleko. Podszedł do mnie w chwili, kiedy kompletnie się rozpłakałam.
- Harry... - wyszeptałam. Niebieskie oczy chłopaka spojrzały na mnie troskliwie. - Gdzie on jest?
- Wyjechał dzisiaj rano po świcie. 
- Muszę wiedzieć gdzie. Wiem, że wiesz. Proszę... powiedz mi.
- Vanessa...
- Proszę. Czy on...
- Harry wrócił do Los Angeles. - wyjaśnił Ryan. -  Powiedział, że wkrótce wszystko się skończy, a wy obie będziecie wreszcie bezpieczne.



Od autorki: To może ja lepiej zostawię was z tym samych, haha. Przyznajcie się, kto od samego początku trzymał kciuki za Vanessę i Harry'ego? Co w ogóle sądzicie o jego zachowaniu wobec jej osoby?

To jak? Widzimy się za 2 tygodnie? 
Jaki los będzie czekał bohaterów opowiadania? 
Przygotujcie się na bombowy rozdział! 
Do zobaczenia 2 Grudnia!


Gęsia skórka drażniła jej nagie ciało, gdy nogami zanurzała się co raz głębiej w wodzie jeziora. Była bezchmurna noc, a księżyc w pełni oświetlał opustoszałą okolicę. Ola czuła, że w pobliżu nie ma żywego ducha i rzeczywiście, niedaleka była od prawdy. Poza jej kolegą, który stał na dzikiej plaży, pilnując jej rzeczy, tylko leśne zwierzątka były świadkami tego wspaniałego widoku.
Gęsia skórka drażniła jej nagie ciało, gdy nogami zanurzała się co raz głębiej w wodzie jeziora. Była bezchmurna noc, a księżyc w pełni oświetlał opustoszałą okolicę. Ola czuła, że w pobliżu nie ma żywego ducha i rzeczywiście, niedaleka była od prawdy. Poza jej kolegą, który stał na dzikiej plaży, pilnując jej rzeczy, tylko leśne zwierzątka były świadkami tego wspaniałego widoku.