21 paź 2017

Rozdział 112

Własne myśli doprowadziły mnie do zabarczania się winą z powodu Harry'ego. Przed sobą wciąż widziałam jego niepohamowaną reakcję, która pojawiła się, gdy tylko sprzeciwiłam się jego postanowieniom dotyczącym mojej wyprowadzki z Los Angeles. Oczywiście nie miałam zamiaru pakować się w jakąkolwiek awanturę, ale coś we mnie zupełnie pękło, kiedy Harry wyraźnie dał mi do zrozumienia, że nie odpuści mi niczego płazem. Rzecz w tym, że jemu chyba naprawdę zależało na tym, bym wraz z Lily zniknęła z miasta na czas rozpętanej przez niego burzy. Zauważyłam, jak podczas naszej rozmowy hamował swój gniew, jakby coś go karciło za złe podejście do mnie. W jego oczach nawet strach dawał o sobie znać, który powstał na samo moje sprzeciwienie się. I właśnie dlatego czułam się winna.
Harry'emu w jakiś sposób zależało na bezpieczeństwie naszej dwójki. Nie trudno było tego zrozumieć. Ale czemu ja tak po prostu nie umiałam w to uwierzyć? Będąc świadkiem, jak jego charakter i sposób podchodzenia do życia zmienia się, powinnam się cieszyć, że coś zmierza w dobrym kierunku, że mogę liczyć na Harry'ego, jeśli sprawy będą dotyczyły naszej córki.
Może i było mi trudno przyzwyczajać się do zmian w moim życiu, z tym owszem musiałam się zgodzić. Ale przecież jeśli chodziło o Lily, to ona nie była tylko moją córką. Harry miał także równe prawo decydować o jej losie. Zrozumiałam więc jego ból, gdy w tej sytuacji wyglądało to tak, jakbym to właśnie ja przywłaszczyła sobie wszystkie prawa, dając mu do zrozumienia, że on ma najmniej do powiedzenia w tej sprawie.

Wybiegłam z pokoju z nadzieją, że dogonię Harry'ego. Musiałam dowiedzieć się co ma do powiedzenia. Nie mógł tak po prostu wyjść i zostawić mnie w niepewności. Przede wszystkim, miałam prawo wiedzieć więcej rzeczy w związku z jego planem.
Gdy trafiłam do kuchni, nie zastałam tego kogo chciałam. Wszyscy chłopacy oprócz Harry'ego podnieśli na mnie wzrok, kiedy tylko mnie ujrzeli. Pewnie szybko zorientowali się co jest grane pomiędzy nami obojga.
- Gdzie on jest? Gdzie jest...
- Harry? Właśnie wyszedł. - zabrał głos Jasper. - Vanessa, jeśli możesz...
Wybiegłam z domu, nawet nie zmuszając się do wysłuchania przyjaciela. Nie miałam czasu. Musiałam złapać Harry'ego jeszcze teraz.
I złapałam. Szedł właśnie w stronę swojego samochodu, w lewej dłoni ściskając kluczyki. Serce mi podskoczyło, ciśnienie również. Ale wiedziałam, że muszę zmusić samą siebie.
- Harry!
Chłopak odwrócił się w moją stronę na swoje imię. Przeklął pod nosem, zanim ustanowił kontakt wzrokowy.
Znajdywał się pomiędzy otwartymi drzwiami, a samochodem, bacznie obserwując mnie z daleka. Jego ramię oparte było na drzwiach kierowcy, ale zdjął je, kiedy znalazłam się bliżej.
- Gdzie jedziesz? - starałam się nie brzmieć wrogo. - Nie skończyliśmy rozmawiać.
Skrzyżowałam ręce na piersi.
- Skończyliśmy. - odparł pewny swojego zdania. - Dałaś mi wyraźnie do zrozumienia co myślisz.
- Nie chciałam...
- Daruj sobie. Rozumiem. - uniósł rękę, jakby mnie zbywał. Nienawidziłam tego jak zawzięty potrafił być. - Od tej chwili, biorę sprawy w swoje ręce.
- O czym ty mówisz? - spytałam z niedowierzaniem. Jego dumny ton głosu jeszcze bardziej zadziałał mi na nerwach.
- Zabieram Lily w bezpieczne miejsce. - dał większy nacisk na ostatnie słowa. - Jeśli ty nie potrafisz tego zrobić jako jej matka, to ja to zrobię jako jej ojciec.
Zamarłam na jego słowa. On był niepoważny. Nie mógł sobie tak po prostu robić co mu się żywnie podobało.
Ale widocznie Harry'ego to nie obchodziło. Rzucił mi jedynie znudzone spojrzenie i usiadł za kierownicą.
- Jak śmiesz w ogóle coś takiego mówić? Nie zabierzesz mi jej. - zagroziłam, przytrzymując drzwi samochodowe przed zamknięciem. - Nie pozwolę ci rozwiązać tej sytuacji tym sposobem!
Oczy Harry'ego zabłysły ze zdenerwowania.
- Lily to moja córka!
- I co z tego!? Nie masz jakiegokolwiek prawa mówić mi, że mi ją odbierzesz!
Harry raptownie podniósł się na nogi, tym razem stając dokładnie przede mną. 
- Mogę mówić co chcę. Dla mojej córki tak właśnie będę postępował.
Serce biło mi jak oszalałe na każde słowo "córka" wypowiadane z ust Harry'ego. To właśnie pomagało mi zrozumieć co Harry przez to wszystko miał naprawdę na myśli. Dla Lily poświęciłby wszystko.
- Dlaczego my zawsze musimy się kłócić? - z trudem powstrzymałam się przed płaczem. Nie potrafiłam zachowywać się spokojnie w towarzystwie Harry'ego, co doprowadzało mnie do szału. Zawsze prowokował mnie swoim zachowaniem, sprawiał, że moje ciśnienie wzrastało, co później musiało doprowadzać do kłótni. - Czemu nie potrafimy rozwiązać jednej głupiej sytuacji na poważnie!?
Oddaliłam się od pojazdu, próbując opanować emocje. Czułam na sobie uporczywy wzrok Harry'ego, który postanowił zachować między nami ciszę. Chciałam wiedzieć co wtedy myślał. Chciałam wiedzieć wszystko.
 - Bo sobie nie ufamy. - głos Harry'ego dobiegał z bardzo bliska. Kiedy się odwróciłam, on stał dokładnie przede mną, tak blisko, że myślałam, że serce zaraz dosłownie wyskoczy mi z klatki piersiowej.
- Co?
- Nie umiemy przekonać samych siebie by znów ufać.
Moje spojrzenie uwzięło się na ciemnozielonych oczach Harry'ego. Było w nim coś innego: spokój, opanowanie, powaga.
- Chcę ci ufać. - odrzekłam. - I wierz mi, staram się jak mogę.
Harry patrzył na mnie, a raczej we mnie tak głęboko, głęboko, z nadzieją wielką jak wszechświat.
Nie bardzo podobało mi się coś w jego sposobie, jego wzroku, tym, jak posyłał mi całą swoją uwagę.

 - Nigdy nie zrobiłbym czegoś co miałoby zaszkodzić Lily. - brunet położył dłoń na moim ramieniu. - Nie odebrałbym ci jej, nawet jeśli miałbym do niej mocniejsze prawa od ciebie. Zrozum, że jedyne czego teraz chcę, to tego by była bezpieczna i żebyś ty wreszcie pozwoliła mi być prawdziwym ojcem.
- Nie mogę opuścić Los Angeles, Harry. Nie wyobrażam sobie zostawienia tutaj wszystkiego tylko dlatego, że masz jakiś plan.
Harry wziął głęboki oddech.
- Nie widzę innego wyjścia, Vanessa. Musisz mi zaufać, jeśli chcesz bezpieczeństwa naszej córki. Jeśli naprawdę nadal widzisz w tym coś negatywnego, to zostań w Los Angeles. Ale ja postaram się by Lily zniknęła z tego miasta jak najszybciej, zanim Thomas zorientuje się, że jego wspólniczka wpadła w moją pułapkę i tym samym będzie chciał mnie dopaść.
- Potrzebuję więc czasu. Tylko jednego dnia na przemyślenie tego. - poprosiłam, choć Harry nie wyglądał już na spokojnego z powodu mojej decyzji.
- Nie mamy czasu, Vanessa. Ciąży na nas presja.
- Proszę.
Chłopak oddychał niespokojnie, jakby coś sprawiało mu ból. Zamknął na chwilę oczy, po czym ponownie je otworzył po kilku sekundach.
- Dobrze. Jeden dzień, nie więcej. Pamiętaj, że przyjadę po Lily, wbrew decyzji jaką podejmiesz.
Skinęłam głową. Harry miał rację co do naszej nieufności. Nie ufaliśmy sobie na tyle ile chcieliśmy. Pomimo iż robiliśmy co mogliśmy, sprawy z przeszłości i tak dawały o sobie znać, poróżniając nas. Kochałam go, a on mnie nie. To też była jedna z rzeczy, która sprawiała, że mu nie ufałam.
- Ufasz mi, prawda? - spytałam nieoczekiwanie, nawet sama zaskoczona swoim pytaniem. Brunet zerkał na mnie niepewnie. - Czy ufasz mi tak samo jak ty chcesz bym ja ufała tobie?
Harry ponownie zaczerpnął powietrza. Jego dłoń na moim ramieniu zsunęła się w dół, gdy wzrokiem postanowił uniknąć mojego.
- Ufam ci na tyle wystarczająco byś miała świadomość o swojej wartości w moim życiu. - gęsia skórka przeszła po mojej skórze, gdyż kontynuował czynność. - Powinnaś znać odpowiedź na to pytanie.
Prawda była taka, że właśnie jej nie znałam. I to trzymało mnie cały czas w niepewności.
- Dziękuję za twoją wyrozumiałość. - oh na litości boską! Tylko na to cię stać, Vanessa? - I przepraszam za to, że się tak uniosłam i tym samym sprawiłam, że ty również. Jesteśmy dorosłymi ludźmi, nie nastolatkami. Powinnam była wierzyć, że naprawdę chcesz dla nas dobrze.
Harry nie spuszczał za mnie swojego spojrzenia. Przenikał mnie... sprawiał, że czułam się onieśmielona i bezsilna.
I wtedy raptownie znalazł się bliżej mnie. Owinął ramiona wokół mojej osoby i ostrożnie przysunął do siebie. Po raz pierwszy od tak dawna poczułam jak jego serce przyśpieszyło, nabrało tempa z każdym następnym oddechem. Położyłam głowę na jego klatce piersiowej i przez chwilę zszokowana zastanawiałam się o co chodzi.
- Bo tylko na tym mi zależy. - odparł przyciszonym tonem. Odczuwałam mdłości, ale w odpowiednim momencie otrząsnęłam się. Odsunęłam się od Harry'ego jak poparzona. - Hej, wszystko w porządku?
Popatrzyłam na niego, lustrując detale jego twarzy jak coś bardzo cennego. Moje policzki paliły z gorąca, ale nie ukrywałam, że jego ruch mnie zaskoczył. Nie byłam z nim tak blisko odkąd wrócił do Los Angeles. Wystarczył tylko ten moment, by wspomnienia wróciły.
- Dam ci jutro znać, jeśli chodzi o sprawę twojego planu. - obwieściłam raptownie. - Do zobaczenia.
Zanim chłopak zdążył coś powiedzieć, ja już wsiadłam do swojego auta i ruszyłam w stronę najbliższej autostrady. Wszystko działo się zdecydowanie za szybko.


*Perspektywa Harry'ego*

Nie miałem pojęcia co myśleć o tym co się stało. Gdy patrzyłem na Vanessę, widziałem osobę, która mnie skrzywdziła. Próbowałem się gniewać, bo przez cały czas tylko o to mi chodziło. Ale rzecz w tym, że po tym jak dowiedziałem się, że mam z nią córkę, wszystkie moje emocje ucichły, schowały się gdzieś głęboko w moim ciele. 
Nie umiałem wyrazić słowami tego, co sobie wtedy myślałem, gdy przytuliłem ją pod domem Jaspera. Niby to nic nie znaczyło, ale aby być szczerym, poczułem się niezwykle miło. Wiedziałem doskonale przez co Vanessa przechodziła i nadal przechodzi. Potrafiłem sobie wyobrazić to jak musiała się czuć, próbując wszystkich dookoła uszczęśliwić oprócz samej siebie. Chciałem móc jej pomóc. Nie mogłem pozwolić by stała jej się krzywda, ponieważ Lily jej potrzebowała. Moja córka potrzebowała matki, która powinna być silna i dzielna w każdej sytuacji. 

Gdy przytuliłem Vanessę, poczułem zapach jej perfum, ten sam delikatny zapach, który udało mi się zapamiętać mimo ty ostatnich lat bez żadnego kontaktu. Nie odczuwałem już gniewu przy jej osobie. Zastąpiły go opanowanie i ostrożność. Przecież nie mogłem się mścić na osobie, która była matką mojego dziecka. Chciałem by nasze relacje się poprawiły i byśmy przestali być już więcej wrogami. Do tego aktualnie starałem się dążyć.

Byłem nawet gotowy wybaczyć jej to co zrobiła. Ale czy naprawdę mogłem liczyć na to samo z jej strony? Czy ja w ogóle postępowałem dobrze w jej sprawie? Co jeśli pomyśli, że jej się narzucam? Mogłem liczyć na bycie częścią życia Lily?

Wróciłem z powrotem do domu Jaspera w którym przytrzymywana była Roksana, czy Rebecca jak kto wolał ją nazywać. Nie potrafiłem powstrzymać złości, kiedy myślałem o tym co zrobiła. Byłem zdeterminowany do zrobienia jej jakiekolwiek krzywdy by powiedziała mi wszystko co wie. Chciałem wiedzieć więcej o jej planie w który wplątał ją Thomas. Planie, który odebrał mi wszystko o co walczyłem by mieć.
- A ty dokąd? 
Zayn zatrzymał mnie w połowie drogi do piwnicy pod mieszkaniem. Miałem wielką nadzieję, że uda mi się przedostać tam w ciszy, tak by nikt nie zauważył, ale oczywiście się nie udało. Pozostali chłopacy wpadli na korytarz, zaraz za Zaynem. 
- Muszę porozmawiać z Rebeccą. - odrzekłem po chwili. Wydawało mi się, że są zaskoczeni moją decyzją.
- Teraz? - spytał Liam. - Harry, to może poczekać. Musimy z tobą porozmawiać.
- Możemy porozmawiać później. Teraz mi to nie na rękę.
Zrobiłem dwa kroki przed siebie, ale ręka Jaspera automatycznie mnie zatrzymała.
- Czujesz coś do Vanessy?
Spojrzałem na przyjaciela jak na idiotę. On chyba sobie ze mnie żartował. 
- Co? Co ty...
- Wiemy co widzieliśmy. - obwieścił Louis ze złożonymi rękami na klatce piersiowej. - Nie oszukasz nas.
- Skąd to wam wszystkim niby przyszło do głowy? Oszaleliście? 
- Przytuliłeś ją, widzieliśmy. To coś znaczyło.
- Nic nie znaczyło. 
Chłopaki byli zdecydowanie zirytowani moim zachowaniem.
- Przestać się wyrzekać prawdy. - dodał Niall. - Nic w tym złego, jeśli się przyznasz, że nadal coś do niej czujesz.
- Wy oszaleliście. - prychnąłem. - Naprawdę oszaleliście. Dajcie wy mi najlepiej święty spokój.
Jasper ponownie mnie zatrzymał, zanim zrobiłem jakikolwiek krok w przód.
- Wiemy, że nadal ją kochasz. Przestań okłamywać nas, a przede wszystkim samego siebie. 
- Nikogo nie okłamuję dla waszej wiadomości. Zresztą, to nie wasza sprawa. Nie prosiłem was żebyście mieszali się pomiędzy nami.
- Do jasnej cholery, Vanessa to twoja rodzina! - krzyknął Louis. Jeszcze chyba tak bardzo zdenerwowanego go nie widziałem. - Czy nie tego zawsze chciałeś? Rodziny? Walcz o nią zanim będzie za późno. Macie razem dziecko. Przestań więc być kompletnym idiotą i zrób coś. Ona cię kocha.
- I co z tego?
- Co z tego? - odezwał się Jasper. - Pamiętam jak w Miami nie potrafiłeś o niej zapomnieć. Twoje uczucie do niej jest zbyt silne by znikło sobie od tak. Nie uwierzyłem wtedy, że o niej zapomniałeś i wciąż nie wierzę. Czy ty w ogóle kiedykolwiek zastanawiałeś się dlaczego ona cię nie nienawidzi? Bo uczucie jakie do ciebie czuje jest zbyt silne by można by było o nim zapomnieć.
Nie chciałem słuchać więcej tego co chłopaki mieli do powiedzenia w tej sprawie. Miałem serdecznie dosyć, że mieszali się tam, gdzie nie byli potrzebni. Co ich obchodziło, jakie relacje były pomiędzy mną, a Vanessą? Niech się cieszą, że w ogóle są dobre. Jeśli chcieli dla mnie szczęścia to powinni pozwolić mi robić co chcę.
- Dajcie sobie spokój. Mam ważniejsze sprawy niż rozmawianie o czymś, czego już i tak nie ma.
- Czego już nie ma? Czy ty siebie słyszysz? - wtrącił się Zayn. - Jak możesz wierzyć, że waszej miłości już nie ma, jeśli wiesz, że ją kochasz, a ona ciebie, tylko po prostu o tym nawzajem nie wiecie?
- Dobra, wystarczy! - zagroziłem. - Nie łączy mnie nic z Vanessą, okej? Jeszcze jedno słowo, a przysięgam, że to się źle skończy!
Odwróciłem się na pięcie i wycofałem w stronę drzwi do piwnicy. Chłopaki nie odezwali się już ani słowem aż do chwili, gdy znalazłem się tam gdzie planowałem się znaleźć. 
Piwnica Jaspera była podobna do tej u Liama, choć ta wyglądała na znacznie większą i pustą. Szare, brudne ściany pomieszczenia nadawały nieprzyjemnej atmosfery, a dziury w nich sprawiały, że odczuwało się zimny chłód. Nie było żadnego okna, dlatego musiałem znaleźć włącznik światła by móc cokolwiek zobaczyć w pomieszczeniu.
Po przeciwległej stronie od drzwi siedziała Roksana, związana łańcuchami mocno wbitymi w ścianę.
Wokół niej nagromadziły się ślady po krwi, głównie z nadgarstków. Nie współczułem jej bólu ani trochę. Wręcz jej ból napawał mnie jeszcze lepszym samopoczuciem.
- Jak się dziś miewamy? - odezwałem się, wchodząc do środka na tyle głośno by zwrócić na siebie uwagę. Dziewczyna podniosła głowę z wyrazem niepowstrzymanej wściekłości. - Przeszkodziłem w odprawianiu modlitwy o wolność czy coś w tym stylu?
- Dla twojej wiadomości, jestem niewierząca.
- Cóż, jakoś mnie to nie dziwi. - odpowiedziałem z sarkazmem by jeszcze bardziej podnieść jej ciśnienie. Akurat umiałem bardzo dobrze zajść człowiekowi za skórę. - Przecież i tak pracujesz dla diabła.
- Bardzo śmieszne. 
Roksana próbowała wstać na nogi, ale ból w kostkach jej to niestety uniemożliwił. Podszedłem do niej dumnie z rękami schowanymi za plecami.
- Tak czy siak, mam nadzieję, że pomodliłaś się o spokój i przebaczenie po śmierci do kogokolwiek tam miałaś zamiar się pomodlić.
- Nie boję się śmierci. - odrzekła Roksana z taką zawziętością i ostrością, że aż sam zostałem zaskoczony. - Nawet jeśli sprawiłbyś ją ty.
- Więc cieszę się, że wreszcie zrozumiałaś co chcę z tobą zrobić, zanim osobiście wyciągnę z ciebie informacje.
- Aż tak przeszkadza ci to, że Thomas żyje? - spojrzała na mnie z ubawem. - Że jest sprytniejszy od ciebie? Mądrzejszy, lepszy?
Kucnąłem przed nią.
- Dlaczego tak sądzisz skoro mnie tak naprawdę nie znasz? Chyba nigdy nie widziałaś mojej prawdziwej strony.
- Potrafię rozpracować człowieka. Wiem, że Thomas jest lepszy od ciebie pod każdym względem, a w szczególności jeśli chodzi o umysł. 
- Co ty w nim widzisz? - dłonią przytrzymałem jej twarz by zmusić ją do patrzenia mi w oczy. Ta zaś jęknęła zła. - Co on ma takiego, że zgodziłaś się na zepsucie życia osoby, której nawet nie znasz?
- Mam po prostu słabość do mężczyzn takich jak on. Niebezpiecznych i nieposkromionych. - odparła zadowolona z siebie. - Chyba więc cię to nie dziwi, że się zgodziłam na plan, który miał na celu ciebie? Zaintrygowały mnie historie o tobie.
- To było zdecydowanie za złe posunięcie. 
- Nie przejmuję się tym, jeśli tak jest. 
Roksana również miała to coś, co sprawiało, że człowiek nie wytrzymywał w jej towarzystwie.
- To wszystko było po to by rozdzielić mnie z Vanessą, prawda? By oddalić mnie od przyjaciół i rodziny. Na tym zależało Thomasowi. Bym cierpiał.
- Co ty byś zrobił, gdyby ktoś zabił ci siostrę? - szarpnęła za łańcuch, mając nadzieję, że uda jej się mnie dosięgnąć. - Czy nie zrobiłbyś tego samego co on? Nie pozbawiłbyś życia człowiekowi, który odebrał ci kogoś tak bliskiego?
- Zająłbym się przede wszystkim tylko tym człowiekiem, a nie jeszcze jego bliskimi. Nie rozumiesz, że jest różnica? 
- Ale tylko przez bliskich można sprawić by sprawca dostrzegł to co zrobił. Thomas chce byś przyznał się, że źle zrobiłeś i wtedy odpłacił za to karę. 
- To czemu się chowa? Czemu nie rzuci mi wyzwania? Po co bawić się w jakieś zasadzki, groźby, jeśli można to rozwiązać osobiście?
Roksana zaśmiała się z mojej wypowiedzi.
- Skoro ty przychodzisz na każde spotkanie z obsadą to jak chcesz rozwiązać ten problem sam na sam z Thomasem?
- Thomas również ma wspólników. Ty na przykład jesteś jednym z nich.
- On nie ufa nikomu. - odparła. - Jestem jedyną osobą, której mógł powierzyć ten plan, a to tylko dlatego, że jestem mu posłuszna i że nie mam do nikogo się udać. Nie mam rodziny. Mam tylko jego.
- Czyli to dlatego zgodziłaś się na to wszystko. Uważasz, że Thomas uratował ci życie?
- Ryan przechodził przez to samo. Obaj nie mamy rodziny. Chciałam w jakiś sposób odpłacić Thomasowi jego pomoc.
- Byłaś na tyle głupia by się zgodzić? - mówiłem wkurzony. - Ryzykować życie dla tego skurwysyna?
- Nie rozumiesz co czuję. Zrobiłabym dla niego wszystko.
Raptownie podniosłem się na nogi. Nie mogłem uwierzyć w to co mówiła Roksana. 
- I uważasz, że on by zrobił to samo w twoim przypadku? - zakpiłem z sytuacji. - Widocznie nie masz pojęcia jakim naprawdę człowiekiem jest Thomas. On nie ma uczuć. Dla nikogo.
- Miał dla rodziny, zanim mu ich odebrałeś. Nie dość, że odebrałeś mu Maddie to jeszcze pozbawiłeś go brata, który woli być po stronie obcej osoby niż po stronie własnego brata.
- Jasper wie po której stronie warto być. Thomas jest skończonym egoistą. Dla niego nigdy nie liczyła się rodzina. Pokazał to wiele razy. 
- Nie znasz go! - krzyknęła Roksana. Trzymałem kurczowo dłonie za plecami by w razie czego móc w szybszym tempie wyciągnąć nóż. - Thomas codziennie modli się do rodziców o to by ich rodzina znów była razem. On kocha ich bardziej niż możesz sobie wyobrażać. Jedyne czego chce to rodziny. Maddie nie jest teraz jedynym powodem dla którego chce cie zabić. Masz po swojej stronie Jaspera, jego brata. 
- Co z tym wspólnego ma Jasper?
- Nie rozumiesz? On chce mieć brata po swojej stronie. Jedynego człowieka w którym płynie taka sama krew jak jego. 
- Jasper go nienawidzi. Nigdy nie zgodzi się być po stronie Thomasa, nawet jeśli są rodzeństwem. 
- Więc zemsta będzie trwać. Nie masz pojęcia w co się pokazujesz, Styles.
Ponownie podszedłem do Roksany i ukląkłem.
- Obydwoje sprawiliście, że straciłem zaufanie osób na których kiedyś mi zależało. Nie byłem przy narodzinach własnej córki, bo nie miałem nawet pojęcia, że ją mam! Człowieka, którego zabiliście by uwolnić Thomasa był moim przyjacielem! Pozbawiliście mnie chęci do życia przez ostatnie kilka lat, ale teraz przysięgam, że po tym jak poznałem wreszcie prawdę, odpłacicie mi za każdą osobę, którą straciłem w moim życiu. I za każde cierpienie jakie starałem się zwalczyć.
- Przestań mówić o wszystkich. Ja wiem za co chcesz byśmy ci odpłacili. Za Vanessę. Za wasze rozstanie. - dziewczyna roześmiała się, widząc mój wyraz twarzy. Byłem zaskoczony jej posunięciem. - Pamiętam ten dzień, kiedy nas razem obu nakryła. Tyle nienawiści jeszcze nigdy nie widziałam na twarzy żadnej osoby. Kochała cię, a ty ją tak paskudnie potraktowałeś. Powiedz mi, Harry? Nadal źle się z tym czujesz?
Powstrzymałem dłoń przed pozbawieniem Roksany przytomności. 
- Przestań! - warknąłem groźnie. 
- Założę się, że dziewczyna nie wie o tym co się stało w Miami? W hotelu, gdzie razem spędziliśmy noc.
Roksana najwyraźniej miała ubaw z całej tej sytuacji.
- To do czego doszło to było nieporozumienie.
- Nie narzekałeś, kiedy dochodziłeś w moich ramionach.
Roksana pokręciła głową rozweselona. Przez przypływ agresji i adrenaliny w żyłach, przytrzymałem nieoczekiwanie jej twarz tak mocno, że blondynka zaczęła się krztusić.
- Nie waż się nigdy więcej o tym mówić. - puściłem ją z obrzydzeniem. Tak bardzo żałowałem tego do czego doszło pomiędzy nami w Miami. - Seks o niczym nie świadczył.
- Dobrze. Jak chcesz. - splunęła krwią na podłogę. - Ale ja i tak wiem swoje. Zresztą, nie wiem czy wiesz, ale zdaję sobie sprawę o kim myślałeś, gdy byłeś ze mną. Vanessa nie opuszczała twojej głowy ani przez chwilę. Czy nie byłeś choć przez chwilę ciekaw czy ona przypadkiem nie zdążyła oddać się innemu facetowi podczas twojej nieobecności?
- O czym ty...
- Nie zauważyłeś jak blisko jest z Ryanem? Skąd wiesz, czy przypadkiem nie kocha kogoś innego oprócz ciebie? 
Starałem się powstrzymać przed czymkolwiek czego później bym żałował. 
- Powiedziałem przestań.  
Ale Roksana wcale nie chciała przestać drążyć tematu.
- Co zrobisz, jeśli to prawda? Jeśli pomiędzy nimi coś jest? Bo wiesz, ja jestem przekonana, że coś iskrzy. Miałam okazję śledzić Ryana przez pewien czas. Uwierz mi Styles, możliwie, że już jesteś na przegranej pozycji. Życie jest okrutne, czyż nie?
Zanim zdążyłem wyciągnąć zza paska nóż, zostałem szybko odciągnięty od Roksany przez Zayna oraz Liama. Znów traciłem kontrolę nad sobą. I to chyba bardziej niż przypuszczałem, że mogę.




Od autorki: Witam wszystkich po tak długiej nieobecności! Wreszcie wróciłam do normalnego trybu życia, zmotywowana i gotowa do działania. Obiecuję, że od teraz rozdziały będą się pojawiały regularnie co 2 tygodnie. 


Dajcie znać co sądzicie o numerku 112. 
Pozdrawiam i do następnego! 


 

7 paź 2017

Przełożenie

Witajcie kochani. W poniedziałek 1 Października, wróciłam do kraju z Japonii. Tak wiem, że rozdział 112 miał się pojawić dziś w sobotę, ale musicie mi wybaczyć. Nie dam rady nic dodać.  Dopadło mnie wielkie lenistwo, więc trudno mi się na czymkolwiek skupić.
Nie mam zupełnie pojęcia kiedy dodam kolejny rozdział, ponieważ ten miesiąc będę miała zupełnie zawalony. 
Postaram się napisać coś przez ten weekend, a jak nie to w ciągu nadchodzącego tygodnia lub po prostu za 2 tygodnie.

Mam nadzieję, że rozumiecie. Oczywiście opowiadanie jest nadal kontynowane! 
Kocham mocno i pozdrawiam!
Znalezione obrazy dla zapytania cute sorry gif

3 wrz 2017

Rozdział 111


http://www.lyzyrdgyzyrd.com/imagex/flags/japan.gifNa wstępie chciałabym poinformować, że opowiadanie będzie nieaktywne 
aż do 7 Października!  14 września lecę do Japonii na dwa tygodnie, więc nie będę wstanie nic dodawać przez ten czas. Jak wrócę, opowiadanie zostanie oczywiście kontynuowane, więc mam nadzieję, że po powrocie zastanę większość czytelników, którzy nadal zainteresowani są losem Vanessy i Harry'ego.

A więc do zobaczenia i miłego czytania! 
Pozdrawiam! :)

 



*Oczami Harry'ego*

Ulica skąpana w blasku promieni zachodzącego słońca, dopiero teraz zaczynała budzić się do życia. Okoliczne kamienice rozświetlały się kolejno blaskiem lamp i nowomodnych neonów. Ale tylko "Club Resilience" przykuł moją uwagę swoim szyldem o wykaligrafowanej ozdobnej czcionce. Muskularnemu strażnikowi, który stał bacznie przy drzwiach budynku przyglądano się z respektem, choć ludzi nie było aż tak dużo jak ostatnim razem, kiedy tu byłem.
- Nie wierzę, że na serio to robimy. - odezwał się Louis, intensywnie obrzucając okolicę wzrokiem.
 To on jako pierwszy zgodził się na wzięcie udziału w moim planie, którego celem było złapanie wspólniczki Thomasa. Reszta chłopaków miała mieszane uczucia, jeśli chodziło o podjęcie decyzji i szczerze to nawet mi na tym nie zależało, ponieważ nie dokońca im ufałem, po tym do czego się przyczynili za moimi plecami. Ale Jasper mimo wszystko, wiele razy wspomniał, że to oni wiedzą o wszystkim znacznie lepiej od niego i zdecydowanie bardziej znają się na takich rzeczach niż on sam. Starałem się mu powiedzieć, że wcale nie potrzebuję ich pomocy, że świetnie mógłbym sobie poradzić sam lub nawet i z nim, ale Jasper nawet nie dopuszczał mnie do słowa. Podczas gdy ja byłem zbyt uparty by omówić sytuację, to on zaczął wyjaśniać chłopakom na czym polega mój plan i tym samym zmuszać ich do pomocy, której, jak to on stwierdził, mógłbym potrzebować, gdy znajdę się w pobliżu celu. Na szczęście Jasper nie wygadał się o czynach Roksany, która dopuściła do rozpadku mojego związku z Vanessą. Ale powracając, ku mojemu zaskoczeniu, wszyscy zgodzili się pomóc. Louis, Liam, Niall, a nawet i Zayn, który chyba nie wydawał się zadowolony z obrotu spraw.
- Już się poddajesz? - zerknąłem na niego spod łba.
Louis i Zayn chodzili nerwowo w tą i z powrotem, podczas gdy ja opierałem się o maskę samochodu za mną i właśnie przeładowywałem swój ulubiony rewolwer. Liam oraz Niall zaś stali zmieszani obok mnie. Jasper niestety zdecydował się zostać ze względu na ryzyko. Zapewne wielu ludzi pracujących dla Thomasa wiedziało już o jego zdradzieckim bracie, który trzymał stronę wroga.
- Nie chodzi mi o poddanie się. - Louis posłał mi miażdżące spojrzenie. - Miałem na myśli to, że po tylu miesiącach, znów zaczęliśmy pakować się w to całe gówno. W każdej chwili możemy trafić do pudła na następne kilka lat.
- Z tego co pamiętam, wcześniej ta myśl ci zbytnio nie przeszkadzała. - zauważyłem. Zayn, Niall oraz Liam skupili uwagę na nas obojgu. - Skąd ta zmiana?
- Może i wcześniej nie obchodziły mnie konswekwencje, owszem. Ale teraz mam Eleanor, którą kocham. To dla niej chcę być jak najdalej od tych, co sieją niebezpieczeństwo.
- Cóż za szlachetność.
Moje ego chyba musiało zdenerwować Louisa, ponieważ jego twarz w blasku najbliższej lampy ulicznej przybrała znacznie czerwonego koloru.
- Lubisz kpić z ludzi, nie? - rzucił gniewnie. Podszedł do mnie bliżej, tak, że teraz stał dokładnie przede mną. - Lubisz, bo jesteś zazdrosny.
- Zazdrosny?
Powstrzymałem się przed parschnięciem śmiechem. Zayn zaczął coś mówić do Louisa, ale ten tylko zbył jego słowa ręką i znów zaczął wpatrywać się we mnie.
- Nieposzczęściło ci się w życiu, dlatego wyżywasz się na innych. Zamiast chociaż zastanowić się nad własnymi czynami, ty wolisz wpierdalać się w kłopoty. Ale za chuja nawet nie pomyślisz o tym, że są ważniejsze rzeczy niż zemsta. Rodzina jest jednym z tych rzeczy.  
- Louis. - ostrzegł go nagle Niall. Wyglądał na mocno zaniepokojonego konfliktem. - Wybierasz zły moment na wygadywanie sobie rzeczy.
Ale jak to Louis, również zbył zdanie przyjaciela.
- I co starasz mi się tym gadaniem przekazać? -  kontynuowałem. Powaga w moim głosie zaskoczyła moje oczekiwania. - Że mam rodzinę do której mógłbym wrócić? Nie wiem czy zauważyłeś, ale ja nie mam rodziny. Już od dawna jej nie mam.
- Masz tylko o nią nie walczysz. - skitował. - Vanessa jest matką twojego dziecka. Wciąż możecie być razem, wspólnie wychowywać Lily...
- Jeśli masz teraz zamiar dawać mi lekcje na ten temat, to lepiej stąd spływaj. - warknąłem, czując jak ciśnienie podskoczyło o stopień wyżej. Momentalnie wstałem. - Nie potrzebuję tutaj ludzi, którzy dużo pierdolą, a mało robią.
- Dobra spokojnie. - Zayn odtrącił mnie od Louisa, któremu już zaczynało się poważnie gotować. - Weszliśmy w ten plan wszyscy razem, okej? Więc ja nie mam zamiaru słyszeć żadnych kłótni. Myślę, że po prostu nie mamy na to zbytnio czasu.
 - Słuszna uwaga. - odezwał się Liam. - Musimy się teraz skupić na strategii tego planu. A więc co pronujesz, Harry?
Liam dał mi chwilę by ochłonąć.
- Po pierwsze musimy się wszyscy rozdzielić. Ludzie muszą wiedzieć, że przyszedłem sam. - powiedziałem. - Starajcie się nie przykuwać uwagi nikogo. Każdy z was kryje moje tyły w razie problemów, ale pod żadnym pozorem nie zbliżajcie się bliżej. Roksanę załatwię sam. Zrozumiano?

~*~

Kolorowe barwy świateł w klubie migały po całej przestrzeni, muzyka grała bardzo głośno, a dym z papierosów unosił się praktycznie wszędzie. Mnóstwo ludzi bawiło się na parkiecie, gdzie dym z suchego lodu rozprzestrzeniał się najbardziej. Wcześniej dokładnie przeskanowując pomieszczenie, machnąłem palcem w cztery różne strony by dać chłopakom znać do którego miejsca mają się udać.
Kiedy Niall, Louis, Liam i Zayn znikli z mojego pola widzenia, przepchałem się przez przepoconych nastolatków, którzy tańczyli w rytmie dudniącej piosenki. Rozglądałem się w każdym kierunku, próbując wypatrzeć moją zdobycz w tłumie ludzi. Mogłem przysiąść, że tu była. Miałem cholerne przeczucie, że tak było. Minęło chwilę czasu, zanim wreszcie odnalazłem Roksanę. Mam cię, pomyślałem od razu.
Na widok zgrabnej blondynki wszystkie zmysły stanęły mi na baczność. Tańczyła po przeciwnej stronie sali, dlatego dotąd jej nie spostrzegłem. Roksana swoim prowokującym strojem przyciągała uwagę różnych śliniących się na jej widok mężczyzn. Czarna sukienka z dekoltem aż do pępka, nawet i mnie potrafiła wytrącić na chwilę z równowagi. 
Wyraźnie podpity mężczyzna, o ogolonej głowie i brodzie, na oko może znacznie starszy od niej, co rusz chwytał ją ostentacyjnie w ramiona, ale po jej minie widać było, że nie sprawiało jej to żadnej przyjemności. Pchnąłem więc jedną z kobiet o latynoskich rysach twarzy, która próbowała zaciągnąć mnie do tańca i ruszyłem w stronę Roksany.
Kiedy byłem już dość blisko niej, udało mi się pochwycić jej spojrzenie na długą chwilę. Uśmiechnąłem się, na co ona również to odwzajemniła. Widziałem doskonale, że poczuła to samo, co ja. Złapaliśmy kontakt. A więc już była moja.
Nie spuszczałem wzroku z Roksany, nawet kiedy oparłem się o ścianę naprzeciwko niej. Zdawałem sobie sprawę jak musiałem działać na nią swoją obecność, ponieważ wyglądała na bardziej spiętą w towarzystwie faceta, który aż pożerał ją głodnym wzrokiem jak wilk mięso.
Ale pomimo tego, że nie znałem Roksany na tyle dobrze i tak umiałem przewidywać jej ruchy. I oczywiście tym razem się nie pomyliłem. Wystarczyło tylko kilka minut, aż wreszcie zmusiła się do mnie podejść.
Dobrze ci idzie, Styles. Tak trzymaj. Suka musi zapłacić za oszukiwanie w grze.
Długie jasne włosy dziewczyny związane były w koński ogonach w który wleciony był grzebyk o trupiej diamentowej czaszce. Jej sylwetka była chuda i wyglądała na znacznie wyższą w cekinowych szpilkach, tak, że śmiało dorównywała mojemu wzrostu. Miałem wielką ochotę zabawić się z nią, pokazać jej, że podjęła złą decyzję w sprzymierzeniu się z Thomasem przeciwko mnie. I szczerze mówić, nie widziałem przeszkód by nie posłuchać swojemu rozumu. Tylko głupcy stawali przeciwko mnie.
Wyciągnąłem do niej pośpiesznie dłoń, kiedy była już prawie przy mnie. 
- Cóż za miłe zaskoczenie z twojej strony. - powiedziała z uśmiechem, chętnie złączając nasze dłonie razem. Przyciągnąłem ją namiętnie do siebie, tak, że drugą dłonią oparła się o moją klatkę piersiową. - Tęskniłam za tobą.
Złapałem ją za biodra i docisnąłem do siebie mocniej, całując ją w szyję. Blondynka jęknęła zadowolona.
- A ja myślałem o tobie. - szepnąłem pomiędzy pocałunkami. Zamknęła oczy chłonąc podniecenie w uśmiechu. - Zachowywałem się jak palant odkąd się poznaliśmy. Nie doceniałem cię. I chcę to teraz zmienić. Jeśli tylko mi pozwolisz...
- Oh Harry... - jęknęła, gdy pozostawiłem pocałunki pod jej lewym uchem. - A co z Vanessą? Przecież to ją kochałeś...
- Nie kocham jej. - uniosłem głowę by spojrzeć Roksanie w oczy. - Już nie. Zajęło mi to dużo czasu, ale zrozumiałem, że popełniłem błąd. 
Blondynka popatrzyła na mnie. 
 - Cieszę się, że to mówisz. To dobrze, że zdołałeś otworzyć oczy i przekonać się, że ta suka nie jest ciebie warta. - dziewczyna pogłaskała mnie po policzku. Dłoń miała ciepłą. - Dlatego jestem szczęśliwa, że wróciłeś i zrozumiałeś te rzeczy.
- Przy tobie poczułem się... - wymyśl coś, Harry. Wymyśl. - wolny. To ty dałaś mi do zrozumienia, że można być szczęśliwym inaczej. Że...
Nie zdążyłem powiedzieć nic więcej. Nie chciałem powiedzieć nic więcej. Żaden rozsądny mężczyzna nie próbowałby się odezwać, gdyby całowały go takie usta. Roksana zaskoczyła mnie swoim ruchem. Czułem, jak mocno biło jej serce pod zgrabną piersią.
Z wahaniem odwzajemniłem jej pieszczotę, a potem mocniej przywarłem wargami do jej ust. Całowałem ją coraz natarczywiej, obejmując jej twarz gorącymi dłońmi. Doznanie było tak silne, że aż zniewalające. Roksana zamruczała i przycisnęła mnie siłą do ściany. Odnalazła guziki do mojej koszuli, ale chyba zbyt bardzo była oszołomiona pocałunkiem, ponieważ szarpała ją niezdarnie, rozrywając materiał.  Zatonęła w doznaniach. Ja w tym czasie błądziłem po jej cienkiej sukience. Było niemal tak, jakbym dotykał nagiej skóry, piersi, talii, brzucha. Odwróciłem nas za chwilę niespodziewanie, tak, że teraz to Roksana opierała się o ścianę. Kiedy dotarłem do rąbka jej kreacji, ona objęła mnie ramionami w pasie. 
Wydałem gardłowy pomruk, gdy dotknąłem rajstop. Oczywiście natychmiast się podarły, a moje palce znalazły się na jej nagiej skórze. Roksana wsunęła dłonie pod moją kuszulę i badała palcami, co jest pod nią: napięta gorąca skóra na żebrach, mięśnie brzucha, blizny i kości biodrowe nad paskiem dżinsów. Nie zorientowała się jednak, że miałem broń. Moje ciało było dla niej zupełnie znanym terytorium i to doprowadzało mnie do szlaleństwa. Jęczała cicho z ustami na moich ustach, stawała się bardziej dzika...
I nagle odsunęła się ode mnie.
- Chodźmy stąd. - wyszeptała, zaczerpując powietrza z powodu podniesionej adrenaliny w żyłach. - Są tu miejsca, gdzie moglibyśmy...
Nie odezwałem się. Pozwoliłem jej na pociągnięcie mnie przez cały klub do drzwi, które kryły za sobą mrok. W korytarzu nie było żadnego oświetlenia. Jedynie może żarówka, która mrygała słabym światłem, jakby prąd do niej już nie dochodził. Ale pomimo ciemności, Roksana idealnie poradziła sobie z odnalezieniem tego, czego chciała. Otworzyła przed sobą drzwi i weszła jako pierwsza, zatrzaskując je później za mną. Mój plan powoli dobiegał końca. Musiałem jedynie wybrać odpowiedni moment...
Pokój był w dobrym stanie jak na pomieszczenie znajdujące się w miejskim klubie. Ściany pomalowane były na czysty pomarańczowy odcień i tylko meble takie jak duże dwuosobowe łóżko, dwa stoliki i kanapa pod niewielkim oknem z żaluzjami znajdowały się do użytku.
Kiedy odwróciłem się do Roksany, dziewczyna ponownie zaskoczyła mnie swoim ruchem. Popchnęła mnie na łóżko, tak, że upadek zamortyzował materac pode mną. Zauważyłem jej uśmieszek i oczy, rozpalone do granic możliwości. Wiedziałem czego chciała. Ale ja nie mogłem pozwolić sobie na seks, nawet gdybym tego chciał. To nie wchodziło w grę.
 Blondynka ściągnęła szpilki ze swoich stóp i cisnęła je na kanapę niedaleko. Wdrapała się po chwili na łóżko i seksownym krokiem zbliżyła się do mnie, za chwilę usadowując się na moich biodrach.  Wciąż czekałem na odpowiedni moment, ten jedyny... 
Roksana pochyliła się nade mną i wpiła się w moje usta. Czułem jak jej oddech przyśpiesza, jak niecierpliwa się staje w moich ramionach, kiedy otuliłem ją wokół pleców. Chciwie domagała się tego czego chciała. Ale ja musiałem zakończyć tą grę i choć wiedziałem, że kolega w moich spodniach domaga się czegoś zupełnie innego, ja i tak trzymałem się planu. Jeszcze chwila, powtórzyłem.
- Byłeś niesamowity wtedy w Miami. - wyszeptała wprost do mojego ucha. Jęknęła, gdy moja dłoń zapieściła jej udo. - Powtórzmy to...
Posłusznie odwróciłem dziewczynę na plecy i zanurzyłem głowę w jej szyi. Lubiłem całować takie miejsca, ponieważ wtedy całkowicie przyprawiałem kobiety o palpitacje serca. Roksana wzięła głęboki wdech, gdy prawą rękę przesuwałem powoli do jej stringów, które chroniły podarte rajstopy. Przeniosłem pocałunki za chwilę do piersi, które sukienka z dekoldem ukazywała tylko w połowie. Całowałem jej klatkę piersiową wzdłuż aż do pępka, a Roksana wygięła się w łuk, zmuszając mnie do dalszego kontynuowania. Widziałem, że w tym momencie jej oczy były zamknięte. Dlatego wtedy wykorzystałem sytuację.
 Nie przerywając pocałunków, lewą ręką sięgnąłem do paska spodni by ostrożnie wyciągnąć broń. Miałem wielką ochotę zabić Roksanę tu i teraz, ale wiedziałem, że nie dowiedziałbym się wtedy niczego od niej na temat Thomasa. 
Przystawiłem rewolwer do czoła ofiary, a ona w mgieniu oka otworzyła oczy i drgnęła ze zdumienia i przerażenia. Skończyła się już gra.
- Co jest... Harry...
Uśmiechnąłem się szyderczo, obserwując jak wyraz twarzy Roksany powoli uświadamiał mi, że właśnie zalała ją fala złości.
- Udało ci się mnie oszukać. - przemówiłem. Jej oczy zdawały się większe, ale nie poruszyła się ze względu na broń. - Podziwiam to, jak cudownie odegrałaś swoją rolę. Thomas musiał doskonale wiedzieć, że jesteś dobra, zanim wplątał cię w nasz konflikt.
Ku mojemu zdziwieniu, Roksana uśmiała mi się prosto w twarz, jakby przypuszczała, że coś takiego powiem.
-  Ja i Thomas znamy się dłużej niż mógłbyś to sobie wyobrazić. Poznałam go, kiedy wy jeszcze nie zaczeliście całego tego cyrku.  
- Nie powinnaś być z siebie taka dumna z tego powodu. Pomagasz mordercy. 
- A czy ty przypadkiem nim nie jesteś? - jej poczucie humoru zaczynało mnie powoli irytować. - Z tego co wiem to ty jako pierwszy zaszłeś mu za skórę, zabijając jego siostrę. Maddie. Tak brzmiało jej imię, prawda?
Uspokój się Harry, uspokój inaczej wszystko spieprzysz...
- Odpowiesz za to co zrobiłaś. 
Wytargałem ją z łóżka za nadgarstek i rzuciłem na podłogę. Dziewczyna jedynie się zaśmiała.
- Niby za co? Za to, że zniszczyłam ci związek z tą dziwką? 
- Nie nazywaj jej tak! - wymierzyłem broń w jej stronę. - Powinnaś się kurwa cieszyć, że jeszcze w ogóle żyjesz!
- Nie potrzebuje twojej pierdolonej łaski! Nie zasługujesz na żadne pierdolone szczęście! - wykrzyknęła. - Jestem po stronie Thomasa, bo on ma rację! Powinieneś zostać potraktowany tak jak ty potraktowałeś jego siostre! Jesteś podłym chujem! Przez ciebie Thomas nigdy niestałby się taki jaki jest!
Czułem jak ciśnienie mi wzrasta, jak oczy wypalają dziurę w kobiecie, która była równie uparta jak ja. I wtedy przypomniałem sobie, że miałem ze sobą nóż. 
Może i nie mogłem jej jeszcze zabić, ale przecież posiniaczenie jej albo pocięcie to przecież nie było nic złego. Blondynka drgnęła na widok noża, kiedy zbliżyłem się do niej. W tym samym momencie drzwi niespodziewanie się otworzyły i do pokoju weszli chłopaki. 
- Wow wow, Harry zwariowałeś? Odłóż ten nóż. - Niall siłą wyrwał mi nóż z ręki i oddalił od ofiary na bezpieczną odległość. Rząda zemsty zalewała moje ciało, powoli traciłem kontrolę i wiedziałem o tym, ale nie umiałem tego powstrzymać. Musiałem ją zabić, za wszystko co zrobiła...
Liam i Louis natychmiast zajęli się Roksaną. Mimo jej sprzeciwów, kopania i rzucania przekleństw, zawiązali jej nadgarstki tak by nie mogła już nic więcej zrobić. Zayn natomiast zaszedł ją od tyłu i przyłożył jej szmatkę do ust by uśpić ją na jakiś czas. 
Patrzyłem jak dziewczyna upada obezwładniona z powrotem na podłogę.
- Niezłą mieliście zabawę. - Zayn stłumił śmiech, przenosząc wzrok na moją podartą koszulę. - Ale chyba miała się ona rozkręcać, no nie?
- Daruj sobie żarty.
Mulat wzruszył ramionami.
- Tylko mówię. 
- Musimy ją zabrać, zanim ktoś się skapnie. - odparł Liam. - Dacie radę nie dać się zabić?
- Spróbować nie zaszkodzi. - dodałem. Smak zemsty z dnia na dzień smakował coraz słodziej. 

*Oczami Vanessy*
 Minęły zaledwie dwie godziny zanim doszłam do siebie po wizycie Harry'ego.  W głowie wciąż przelatywały mi jego słowa w które trudno było mi uwierzyć. Zależało mu. Byłam przekonana, że mu zależało na naszym bezpieczeństwie. Ale dlaczego martwił się także i o mnie? Może i tego nie powiedział, ale wyczułam, że wolałby bym ja też zniknęła, podczas gdy on rozpęta burze. Widziałam cień przerażenia i nadziei w jego twarzy, ale i zwiększoną zawziętość oraz poczucie winy, które zapewne nie dawały mu spokoju. Jego słowa sprawiły mi mętlik w głowie. Harry kazał nam wyjechać jak najdalej od Los Angeles, ale nie zastanowił się chociaż przez chwilę, że przecież ja nie miałam dokąd się udać. A przede wszystkim, nie chciałam zostawić jego samego. Nie mogłam pozwolić by ryzykował życie. To wariactwo samemu sprzeciwić się Thomasowi. Nigdy nie przestałam wierzyć w możliwości Harry'ego, ale jego plan miał swoje minusy. Owszem zależało mi na nim, ponieważ nie miałam zamiaru stracić go po raz kolejny. Ale nie tylko z tego powodu nie chciałam by podejmował się planu. Nadal go kochałam i jakaś cząstka mnie mówiła mi, żebym troszczyła się o niego, nawet jeśli on nie czuje tego samego do mnie.
Dlatego zadzwoniłam do Jaspera w jego sprawie. Wiedziałam, że on będzie wiedział gdzie jest Harry i jak zwykle moje przypuszczenia się sprawdziły. Musiałam porozmawiać z Harrym, więc kiedy Jasper powiedział mi, że wszyscy są u Liama po udanej misji, jak najszybciej wpadłam do auta, zostawiając Lily z Ryanem, który niedawno wrócił. 
- Hej. Harry powinien zaraz być. - Jasper przywitał mnie w drzwiach. Wyglądał zupełnie zwyczajnie w czarnych dżinsach i czerwonej koszulce. - Pojechał gdzieś z chłopakami na chwilę. 
- Poczekam.
Uśmiechnęłam się i ruszyłam w głąb domu. Usiadłam za chwilę na krzesełku przy kontuatrze tuż naprzeciwko wejścia. 
- Słyszałem, że pozwoliłaś Harry'emu spotkać się z Lily. - Jasper podchwycił moje spojrzenie. Przysiadł się zaraz obok. - Nie spodziewałem się, że mu tak szybko na to pozwolisz.
Gdy się nie odezwałam, kontynuował.
- Zależy ci na nim, prawda? Dlatego to zrobiłaś.
- Ja... - wyprostowałam się gwałtownie na siedzeniu.  - Nie wiem co się ze mną dzieje. Tracę rozum. Zauważyłam, że za szybko zmieniam zdania...
- Bo go kochasz.
- Oh proszę. - jęknęłam, chowając twarz w dłoniach. - Nie rozmawiajmy o tym.
- Vanesso, posłuchaj. - Jasper postukał palcami po blacie kuchennym. - Nie tylko ty miewasz takie wahania. Uwierz mi, że Harry również.
- Co masz na myśli? 
Jasper zamyślił się na chwilę.
- Myślę, że powinnaś mu powiedzieć co do niego czujesz. On się zmienia, ja to widzę. 
- Nie mam zamiaru pchać się w jego życie. Jest dobrze tak jak jest. 
- Nie widać.
- Jasper, nie po to przyszłam by rozmawiać o naszych uczuciach. - skarciłam go. - Musisz mi w czymś pomóc.
- W czym? - zainteresował się. 
- Harry znów pakuje się w kłopoty. Ma plan, który chce wykorzystać na Thomasie...
- Tak, wiem. Udało mu się złapać jego wspólniczkę. No wiesz, tą która zabiła Ashtona. 
- Zabił ją?
- Nie, jest tutaj. Chłopaki zamknęli ją w piwnicy. 
- Tutaj? - moje serce momentalnie nabrało szybszego tempa. - Mogę z nią porozmawiać? 
- Nie. To niebezpieczne. - zaprzeczył blondyn. - Cała ta kobieta jest niebezpieczna. Zresztą Harry poprosił mnie bym się do niej nie zbliżał. Na razie jest nieprzytomna, ale nie wiemy kiedy postanowi się obudzić. Może nawet zaatakować z zaskoczenia, jeśli sie bedzie nieostrożnym.
Oburzyłam się na jego wypowiedź.
- Potrafię o siebie zadbać.
-  Vanessa, nie. Proszę, chociaż raz przestań być taka uparta jak Harry. 
Gdy już miałam coś powiedzieć, drzwi wejściowe otworzyły się nieoczekiwanie. Odwróciłam się w ich stronę i zauważyłam czwórkę chłopaków z Harrym na czele. Chłopak zbystrzał na mój widok.
- Co ona tu robi, Jasper? - głos Harry'ego był surowy. Zayn, Louis, Liam i Niall przyglądali się sytuacji, równie zaskoczeni moją obecnością.
- Vanessa zadzwoniła do mnie, bo chciała się z tobą spotkać, więc powiedziałem jej by przyjechała tutaj.
Czułam jak wzrok Harry'ego wypala dziurę w blondynie. 
- To nie najlepszy moment na rozmowy.  
- Myślisz, że mnie to obchodzi? - odezwałam się. Chłopak skierował na mnie swoje zielone oczy. Był wyraźnie zirytowany. - Nie wyjdę stąd dopóki nie poświęcisz mi chwili czasu. 
- Dobra. - oznajmił z łaską. - Chodźmy do pokoju obok. 
Posłusznie ruszyłam za Harrym, który poprowadził nas do jednego z trzech pokoi znajdujących się w domu. Czułam jak napinają się jego mięśnie w mojej obecności, ale starałam się to ignorować. Nie zaskoczyło mnie to, że był niezadowolony z mojej wizyty. Osobiście miałam to daleko gdzieś. 
- Po co przyjechałaś?- spytał, kiedy zamknął za nami drzwi. Znajdowaliśmy się w sypialni Liama, co można było głównie poznać po ciemnych meblach i porozwalanych na łóżku męskich ciuchach. - Powinnaś zacząć się pakować.
- Nigdzie nie wyjeżdżam, Harry. - odrzekłam stanowczo. 
Harry wbił we mnie twarde spojrzenie. 
- Co powiedziałaś?
- Nie zrobię tego. Słyszałeś. Nie zostawię rodziny i przyjaciół.
Chłopak złapał się za głowę i wziął głęboki wdech. 
- Nie żartuj sobie. Zaraz załatwię bilety do Palm Springs...
- Nie! Harry zrozum, ja nigdzie nie jadę! 
Chłopak wyglądał na dotkniętego. Stał oszołomiony, wpatrując się we mnie, jakby widział mnie po raz pierwszy od kilku miesięcy.
- Nie możesz... nie... - jąkał się. - Nie możesz zostać.
- Nie zmusisz mnie.
- Dlaczego do jasnej cholery mi to robisz!? - mówił z wyrzutem. - Dlaczego po prostu nie wyjedziesz, gdy cię o to proszę!?
- Bo nie pozwolę byś dał się zabić przez własną głupotę.
Oczy Harry'ego rozjarzyły się ze wściekłości, ale coś go widocznie powstrzymywało przed wybuchnięciem złością.
- Ty i Lily nie zostaniecie tutaj, Vanessa. - zagroził. - Zrobię co będzie trzeba, jeśli nadal będziesz się temu sprzeciwiać. 
Podeszłam bliżej niego. Serce Harry'ego waliło równie mocno jak moje.
- Proszę bardzo! - oboje wymienialiśmy gorzkie spojrzenia. - Co zrobisz? Wsadzisz do auta, wpakujesz do samolotu? Nie zrobię tego czego ode mnie oczekujesz. Nie jestem tchórzem. Nie będę uciekać. 
Pożałowałam zaraz własnych słów widząc wyraz twarzy chłopaka.
- Nie zostaniesz tutaj! Zrozumiałaś!? - wrzasnął Harry, że aż podskoczyłam w miejscu. 
Nie pozwolił mi nawet nic powiedzieć. Tak po prostu wyszedł z pokoju, zostawiając mnie samą z krążącymi myślami.


"Wiesz dlaczego niektórzy ludzie udają że nic nie czują? Bo czują za dużo. I to ich przeraża."



18 sie 2017

Rozdział 110

*Perspektywa Harry'ego*

Z trudem powstrzymałem się przed zrobieniem jakiejś głupoty po wyjściu z mieszkania Vanessy. Czułem żar swojego gniewu. Miałem wrażenie, że własne kości zmieniły się w rozżarzone do czerwoności żelazne pręty. Krew krążyła szybko, jak płynny ogień, rozpalając ciało. Każdy mięsień, każda komórka żądała zemsty - domagały się jej z furią, która siłą przypominała wybuch jądrowy. Ugaszenie tego żaru, zamknięcie go w sobie, wymagało ogromnego wysiłku. Często czułem się tak, jakby coś zaczynało przejmować nade mną kontrolę, ale to, co dotknęło mnie tej nocy, przerosło totalnie wszystko.
Nie umiałem się skupić na jednej z kilkoro nagłych myśli. Miałem ochotę wyładować wszystkie nerwy, rozwalić coś lub pozbawić kogoś życia tylko po to by się zaspokoić. Ale to nie mogło zadziałać. Nic już nie działało.
Thomas musiał umrzeć.
Za wszystko.
Za kłamstwa, za cierpienie jakie wyrządził.
Gardziłem nim.
I dlatego musiałem wreszcie przestać bawić się w kółko w tą samę grę. Tego było już za wiele.
Thomas posunął się zdecydowanie za daleko. Ponownie maczał palce w moim życiu i ciągle oczywiście sprawiało mu to zabawę. Ale nigdy bym nie przepuszczał, że to właśnie on podpuści do mnie kogoś, kto zniszczyłby wszystko na czym mi zależy. Roksana... Rebecca czy jak się tam ona nazywa, nie była jedynie przypadkową kobietą, którą poznałem w klubie i z którą zdążyłem się przespać. Jeśli Ryan mówił prawdę, była kimś znacznie więcej. Była wspólnikiem mojego wroga, który sprawił, że wykorzystując ją, moje życie poległo w gruzach. I poległo. Dlatego wiedziałem, że już więcej nie dam temu draniowi za wygraną. Nie za to co zrobił.
Przez ponad dwa lata żyłem w kłamstwie, aż wreszcie to kłamstwo wybuchło mi prosto w twarz.
Już nigdy nie mogłem być taki jak kiedyś. Zdawałem sobie sprawę, że niszczyłem samego siebie przez takich ludzi jak Thomas. Rozpacz i gniew wrzały we mnie, ogień rozpalajacy moje żyły płonął bezustannie.
Zaczynał przejmować nade mną kontrolę.
Niszczyć mnie.
Nie, już nigdy nie mogłem być taki jak kiedyś.
Nie mogłem spocząć, póki nie dopełnie zemsty.
Podjechałem samochodem pod skromne mieszkanie Jaspera w którym już od kilku dni nie przebywałem. Wyprowadziłem się od niego ze względu na to, że był jednym z tych osób, które ukrywały przede mną prawdę o moim dziecku z Vanessą. Myślałem, że pomimo tego co przeszedłem, tylko Jasperowi mogłem zaufać, ale teraz przekonałem się, że raczej nie. Miałem po prostu dość. Dlatego zabrałem swoje rzeczy i wprowadziłem się do mieszkania, które kiedyś należało do mnie i Vanessy. Nikt nie przypuszczał, że mogłbym ukryć się w takim o to miejscu. Chyba każdy myślał, że dom został sprzedany, zaraz po moim wyjeździe i wyprowadzce Vanessy. Ale tak się nie stało. Nie umiałem zmusić się do jego sprzedania.
Kiedy zadzwoniłem dzwonkiem do drzwi, nikt nie otworzył. Mimo tego, wiedziałem, że Jasper musiał być gdzieś w pobliżu. Jego drugi samochód, srebrny Audi A1, którego często używał, zaparkowany był tuż przed ogrodzeniem, gdzie w prawdzie zawsze go zostawiał ze względu na garaż, który mógł pomieścić tylko jeden pojazd.
Ruszyłem kamienną ścieżką do garażu obok i zauważając, że klapa była minimalnie przymknięta, tak by można było ją podnieść, otworzyłem ją za szybkim pociągnięciem w górę. Zamrugałem niechętnie na ostry blask żółtawej żarówki, która oświetlała otoczenie. Garaż, a raczej warsztat, jak nazywał go Jasper, nie należał do najczystszych pomieszczeń. Wszędzie wokół stojącego na środku Porsche o metalicznym odcieniu, leżało mnóstwo sprzętu warsztatowego: po narzędzia pneumpatyczne, po różnego rodzaju klucze. Jasper, który leżał pod samochodem na plecach na tak zwanej leżance warsztatowej, majstrował coś pod spodem i nawet nie zorientował się, że miał towarzystwo.
- Widzę, że się nie nudzisz. 
Echo mojego głosu odbiło się od ścian. Usłyszałem brzęg upadających narzędzi, a potem twarz Jaspera, przepełnioną pogardą. Blond włosy miał kompletnie w nieładzie, policzki zaś osmarowane czarnym smarem.
- O, wróciłeś. - obrzucił mnie obojetnym spojrzeniem, jakby wcale nie był zadowolony, że mnie widzi. - Cóż za miła niespodzianka.
Nienawidziłem tej jego sztucznej uprzejmości.
- Nie mam ochoty na żarty, Jasper. Musimy pogadać. Teraz.
Chłopak spojrzał na mnie z rozbawieniem. 
- Ty chcesz porozmawiać? Z tego co pamiętam to zarzuciłeś mi i chłopakom winę za śmierć Ashtona, a na dodatek wyprowadziłeś się, bo uznałeś, że nie jestem ci godny zaufania za to, że cię okłamywałem co do twojej córki. Dziwny zbieg okoliczności, że teraz wracasz i mówisz, że chcesz rozmowy.
Jasper podniósł się z podłogi i stanął dokładnie naprzeciw mnie. Powstrzymałem się przed uderzeniem go w twarz. 
- Może i zbyt pochopnie się odniosłem, jeśli chodziło o te sprawy, przyznaję, ale teraz nie o tym przyjechałem z tobą porozmawiać. - blondyn wpatrywał się we mnie, ale raczej nie odważył mi się przerwać. - Posłuchaj. Wiem, jak dorwać Thomasa.
Jasper nadal nie wydawał się zaskoczony.
- I co? - stłumił śmiech. - Myślisz, że go dorwiesz? Czy ty nie nauczyłeś się, że Thomas nigdy tak  łatwo niepozwoliłby nikomu siebie znaleźć? Nie masz szans na dorwanie go, Styles. On zawsze przewiduje twoje ruchy. Daj sobie spokój.
Krew wżała we mnie z powodu podniesionego ciśnienia.
- Wolisz bym czekał bezczynnie na jego ruch?! - warknąłem. - Jak kawał chuja, którego nic nie obchodzi?
- A obchodzi cię coś? - blondyn skupił swoją uwagę na mojej osobie. - No powiedz mi, czy jest coś co w ogóle cię obchodzi?
- Tak! Lily mnie obchodzi! Jako ojciec, nie mogę pozwolić by stała jej się krzywda! Nie może cierpieć przez moje własne błędy z przeszłości! - paznokcie w zaciśniętych po bokach pięściach wbijały mi się w skórę. - Thomas zniszczył mi życie, Jasper! Ciągle to robi! Nie mogę tak po prostu stać z założonymi rękami i nic nie robić!  
Kiedy sprawiłem, że Jasper zaniemówił na chwilę, zacząłem ze zdenerwowania chodzić po garażu w zamyśleniu. 
- Rozumiem, ale dlaczego teraz!? - przemówił niespodziewanie. - Czemu tak nagle zachciało ci się go znowu dopaść!?
- Bo przez jego plan, straciłem wszystko na czym mi zależało! - zatrzymałem się gwałtownie w miejscu i popatrzyłem w stronę Jaspera. - Dowiedziałem się od Ryana, że Thomas współpracuje z kimś, z kobietą, która doprowadziła do śmierci Ashtona. Ja wiem kim ona jest, Jasper. Teraz już rozumiem. To ta sama kobieta z którą zdradziłem Vanessę.
Chłopak oparł się o maskę samochodu. Nie spodziewał się, że coś takiego się dowie. Wyraz osłupienia na twarzy oraz ledwo utrzymującej się złości miotał nim całego.
Ja sam nie umiałem pogodzić się z prawdą. Karciłem samego siebie, że byłem na tyle głupi, że nie zauważyłem już wcześniej co było grane. Nie dostrzegłem powodu dla którego to właśnie Roksana się do mnie przyczepiła wtedy w klubie. To wszystko było zagrywką o którą ciągle chodziło Thomasowi. By zniszczyć to na czym mi najbardziej zależało. Tak jak ja zniszczyłem to, co on kochał. 
- Próbujesz powiedzieć, że Thomas doprowadził do zniszczenia twojego związku z Vanessą? - mówił zdławionym głosem. - Tak powiedział ci Ryan? Rozmawiałeś z nim? Kiedy? Myślałem...
- Vanessa pozwoliła mi na zobaczenie Lily. - zaczerpnąłem tchu. - Znalazła mnie, kiedy dowiedziała się o śmierci Ashtona i o tym jak was potraktowałem. Wtedy zaproponowała, że mogę się jeszcze dziś zobaczyć z córką. Ale kiedy przyjechałem do niej do mieszkania, Ryan już tam był. Nie sądziłem, że będzie chciał ze mną rozmawiać. Nie miałem ochoty na rozmowę, szczególnie z nim, ale gdy powiedział mi, że Thomas prawdopodobnie miał wspólnika, który pomógł mu się wydostać, dał mi też do zrozumienia, że mogę znać tą osobę. Mówił, że ta kobieta używa dwóch imion. I jedno z nich skojarzyłem.
- To szalone. - Jasper złapał się za głowę, jakby nie mógł uwierzyć w to co właśnie powiedziałem. - Nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że Thomas wymyśli coś takiego. Ale, jeśli... jeśli mówisz, że to ta sama osoba z którą zdradziłeś Vanessę, to znaczy, że to właśnie o to jej chodziło. Aby zniszczyć was związek. To był plan. Czyli nie zdradziłeś Vanessy dobrowolnie. Zostałeś ofiarą zasadzki.
- Wiem. Myślisz, że nie o tym od razu pomyślałem? - przeczesałem dłonią włosy. - Nie wiem co myśleć, Jasper. Wszystko wskazuje na to, że to Thomas stoi za tym, co się stało pomiędzy mną, a Vanessą. Teraz rozumiesz dlaczego muszę go dopaść. On musi zapłać mi za to wszystko własną krwią.
- Niby jak to zrobisz? - silny podmuch wiatru zmierzwił jasne włosy Jaspera. - Nie masz pojęcia, gdzie on jest.
- Może i nie wiem, ale wiem jak dopaść ją.
Chłopak wytrzeszczał oczy.
- Masz na myśli tą laskę, która z nim współpracuje? - spytał. - Harry, nie chcę nic mówić, ale nie masz pewności, że...
- Znam miejsce, gdzie ona może być. - przerwałem mu. Podeszłem do jednej z szuflad komody po prawej stronie pomieszczenia by wyciągnąć broń, którą Jasper zazwyczaj przytrzymywał pod stertą brudnych szmat. - Już dwa razy ją tam spotkałem. Wątpię bym nie spotkał jej i teraz.
Jasper odepchnął się od maski. 
- Chcesz iść tam sam? Teraz?
Przeładowałem jeden z rewolwerów. 
- Nie mam nic przeciwko twojej pomocy.
- Oszalałeś, prawda!? - wyszarpał mi broń z ręki. - Nie mogę pozwolić ci iść tam samemu byś dał się zabić! Skąd wiesz, że będzie sama!? Że nikt jej nie będzie krył!?
- Wątpię by Thomas zawracał sobie głowę kimkolwiek. On nie przejmuje się nikim. Czemu niby teraz miałoby być inaczej?
- On jest nieprzewidywalny, Harry! Kurwa, przecież nie od dziś znam własnego brata!
Ostatnie słowo wymówił z niechęcią, która aż ledwo przecisnęła mu się przez gardło. Wiedziałem bardzo dobrze, jak gardził ostatnim rodzeństwem jakie mu pozostało. 
- Jeśli nie chcesz pomóc, dobra. Pójdę sam. - skwitowałem. - Nie musisz się narażać bratu.
Wytrąciłem mu rewolwer z ręki i schowałem go pod pasek spodni. 
- Do jasnej cholery, przestań być lekkomyślny! - podniósł głos. - Rozumiem, że lubisz pakować się w niebezpieczeństwo, ale tym razem ochłoń! Nie podejmuj takiej decyzji sam, jeśli wiesz, że możesz nie wyjść z tego planu żywo! Chcę ci pomóc, ale nie teraz. Nie bądź w gorącej wodzie kąpany!
Odepchnąłem go od siebie, dając do zrozumienia, że mam jego myślenie daleko gdzieś. Nie mogłem stać i czekać jak tchórz. Musiałem coś zrobić. 
Ruszyłem do samochodu, gotowy na zrealizowanie planu o którym tylko w połowie podzieliłem się z Jasperem. Byłem bardziej zdeterminowany do działania niż kiedykolwiek mogłem być.
- Jeśli pojedziesz tam sam, już nigdy może nie zobaczysz Lily! - krzyknął Jasper za mną, gdy przekroczyłem próg garażu. Sparaliżowany zatrzymałem się i powoli odwróciłem do blondyna, który nadal stał w tym samym miejscu w którym go zostawiłem. - Pomyśl o niej, Harry. Jesteś ojcem. Twoje życie nie jest już niepozbawione sensu tak jak jeszcze kilka dni temu. Teraz na tobie leży odpowiedzialność za bezpieczeństwo własnej córki. Chyba nie chcesz zostawić Lily bez ojca. Nie rób tego, co chcesz teraz zrobić. Obiecuję, że ci pomogę. Dopadniemy Thomasa i tą jego laskę razem, ale na tę chwilę, proszę cię tylko o jedną rzecz. Byś został.
I zostałem. Dla Lily.

*Perspektywa Vanessy*

Minęło chwilę czasu zanim zmusiłam się podejść do Ryana. Nie mogłam dłużej wysiedzieć w milczeniu, gdyż chłopak zadrążał się we własnych myślach. Wciąż stał bezczynnie przy oknie, obserwując w oddali przechodzących przechodniów. Wiedziałam, że był przygnębiony, skryty w sobie, jakby bał się poruszyć temat, który nakazywał mu siedzieć cicho. Ale widząc go takiego zagubionego, sprawiało, że czułam się czemuś winna. 
- Ryan? - położyłam dłoń na jego ramieniu, na tyle delikatnie by go nie przestraszyć. - Hej, spójrz na mnie. Proszę porozmawiaj ze mną.
Chłopak posłusznie odwrócił głowę w moją stronę. Jego przeważnie jasne oczy, o mocnej niebieskiej barwie, teraz wydawały się ciemne i tajemnicze. Skóra wydawała się napięta, usta zaciśnięte w wyrazie determinacji. 
- Oczekujesz wyjaśnień. Domyślam się. - moje serce skurczyło się pod tonem jego głosu, takiego niewinnego, a zarazem przygnębionego. - Ale nie jestem w stanie ująć tego, co tu się wydarzyło, żadnymi słowami. Wybacz mi.
Wpatrywał się we mnie intensywnie, jakby bał się mojej reacji. 
- Potrzebuję tylko wiedzieć skąd Harry zna Rebeccę, czy tak jak ty ją określiłeś, Roksanę. Dlaczego  zareagował na jej imię tak gwałtownie?
- To nie moja sprawa, Vanesso. - Ryan sięgnął po moją dłoń i przytulił ją do swojej piersi. - O tym powinnaś raczej porozmawiać z Harrym. 
- Czemu nie z tobą, skoro znasz powód jego zachowania...
- Bo to jest sprawa pomiędzy tobą, a nim. Wiesz, że nie lubię wtrącać się w wasze relacje.
- To nie znaczy, że w ogóle nie masz prawa brać udziału w tym co się dzieje. - wolną ręką pogłaskałam chłopaka po policzku. - Potrzebuję cię Ryan. Może i nie zdajesz sobie z tego sprawy, ale jako mój przyszły mąż, powinieneś dzielić się ze mną swoimi przemyśleniami. Zależy mi na tym, abyś pomagał mi w podejmowaniu decyzji.
- Doskonale o tym wiem. - objął mnie wokół bioder i przyciągnął do siebie. - Ale w tej sprawie to właśnie Harry powinien wyznać ci prawdę, jaka łączy go z tą kobietą. 
Jego słowa zabrzmiały naprawdę dziwnie w moim umyśle, ale zignorowałam to.
- Dobrze. Jeśli tak uważasz, okej. Porozmawiam z nim. 
Ryan uśmiechnął się ciepło i pochylił się nade mną.
- Wiesz, że właśnie nazwałaś mnie swoim przyszłym mężem? - szepnął mi do ucha. Przytuliłam głowę do jego piersi, by ukryć uśmieszek błąkający się po moich ustach. - Myślałem, że wciąż się zastanawiasz nad naszym małżeństwem...
- Zastanawiam? - uniosłam głowę i spojrzałam mu w oczy. - Nie muszę się zastanawiać nad tym co pragnę. A pragnę ślubu z tobą. Nie potrzebuję do tego czasu by wiedzieć na sto procent, że chcę byś został moim mężem. Ryanie, nie zgodziłam się by teraz wszystkiemu zaprzeczyć. Przecież wiesz.
Chłopak przytulił mnie do siebie mocniej, wcześniej zostawiając mały pocałunek na ustach. Nie odezwał się. Głaskał mnie kojąco po plecach i tym samym pogrążył się w ciszę. Pewnie myślał, pomyślałam od razu. Jego serce biło niespokojnie, kiedy przyłożyłam dłoń do jego klatki piersiowej. Nie miałam jednak pojęcia czy to dobry znak. Uniosłam głowę by znów przypatrzeć się cudownym rysom twarzy Ryana i wtedy dostrzegłam w nich coś znajomego, ale nie umiałam stwierdzić co do końca. Od dawna Ryan zaczynał przypominać mi kogoś, kogo zapewne znałam lub widziałam, choć nie przypominałam sobie nikogo o tak podobnym wyglądzie. 
- Czasami zastanawiam się dlaczego ktoś taki jak ty, pojawił się w moim życiu dopiero po tak długim czasie. - chłopak odgarnął kosmyk moich włosów za ucho, gdy tylko wrócił do mnie wzrokiem. Nasze spojrzenia się zetknęły. - Czemu nie mogłem spotkać cię o wiele wcześniej, jeszcze zanim wpakowałem się w to całe gówno z Thomasem? Czuję się, jakbym był winny za połowę rzeczy, które on przez te ostatnie lata dokonał. Słuchałem jak opowiadał mi o swoim planie podpalenia twojego domu w którym mieszkałaś jeszcze z Harrym i nie zrobiłem nic by zapobiec nieszczęściu, które wam wyrządził. Nie miałem pojęcia, że pomagam mu krzywdzić osoby, które tak naprawdę nie zasłużyły na jego okrucieństwo. 
Ból jaki usłyszałam w głosie Ryana, powodował, że miałam ochotę zamknąć chłopaka w uścisku i nigdy więcej już nie puścić. Umiałam sobie wyobrazić co przechodził i jak zmagał się ze zmienieniem się w lepszą osobę.
- Nie wiń siebie za to. - uśmiechnęłam się do niego, mimo niezręcznego podjętego tematu. - Thomas chciał cię omamić, zrobić z ciebie kogoś, podobnego do niego samego. Ale nie udało mu się przejąć tego, co jest w tobie dobre, bo byłeś zbyt silny by dać mu sobą manipulować.
Ryan z czułością przejechał palcem po moim prawym policzku.
- Gdy patrzę na ciebie, mam wrażenie, że nie zasługuję na to co do mnie czujesz. Przez to co zrobiłem, myślę, że nadal widzisz osobę, która współpracowała z Thomasem, pragnącym jedynie krzywdzić ludzi. Skrzywdzić ciebie...
- Nigdy nie pomyślałam o tobie jak i o nim. 
Chłopak westchnął.
- Vanessa...
- Nie, Ryan. - zacisnęłam pięści na jego torsie. - Nie wiedziałeś w co się pakowałeś. Thomas był twoim jedynym bliskim, któremu zaufałeś, bo dał ci szansę na rozpoczęcie lepszego życia. Wziął cię pod swój dach, gdy nie miałeś dokąd pójść. Uciekłeś od rodziny zastępczej z pragnieniem porzucenia okresu czasu, który tylko przywoływał same bolesne wspomnienia. Widziałeś tylko jego. Thomasa. Bo to on uratował cię przed bezdomnością. 
Chłopak złapał moje dłonie w swoje i uniósł do swoich ust by je ucałować. Przez ten czas, nie przerywał naszego kontaktu wzrokowego.
- Gdybym tylko był mądrzejszy, gdybym wiedział jaki Thomas jest naprawdę... - mówił. - Nigdy bym tego nie zrobił. Nie dopuściłbym do tylu zbrodni za jakie jest odpowiedzialny. Zawsze będę czuł obrzydzenie do samego siebie za to, że byłem mu ufny aż zbyt bardzo by niezauważyć co się wokół mnie tak naprawdę działo. 
- Jesteś dobrym człowiekiem. - przyłożyłam dłoń do jego serca, gdy tylko wyplątałam swoje palce z jego uścisku. - Wiem to i ty też to wiesz. Ludzie popełniają błędy nieświadomie, ale to nie znaczy, że już zawsze będą to robić. Przychodzi czas, kiedy uświadamiasz sobie, kim się było jakiś czas temu i wyciągasz z tego wnioski. Poczatki zwykle bywają trudne, lecz wraz z biegiem czasu, wszystko przyśpiesza, coś sie zmienia. - Ryan przyglądał mi się zauroczony. - Jesteś wyjątkowy i jestem wdzięczna, że jestem pierwszą kobietą, którą tak mocno pokochałeś i za którą zdecydowałeś się wyjść. Nigdy nie myśl o sobie, że nie zasługujesz na nic ze względu na to co zrobiłeś z Thomasem. Liczy się to co jest teraz. Nie to co było. Mam gdzieś jaki byłeś przy nim, bo wiem, że to nie byłeś prawdziwy ty. Kocham cię takim, jakim jesteś teraz. 
Kąciki ust Ryana uniosły się ku górze na moje słowa. Tak samo i moje.
- Nawet nie pamiętam w którym momencie tak zalałaś sobą mój umysł. - jego głos znów przemienił się w szept. Oparł czoło o moje. - Kiedy zostaniesz panią Henderson, będę cholernie najszczęśliwszym facetem na świecie, bo żaden facet obecnie żyjący, nie będzie miał okazji znaleźć identycznie pięknej, mądrej i bystrej kobiety jak ty. Pragnąłem tego momentu... momentu gdzie mógłbym mieć możliwość na ułożenie sobie życia przy kimś, kogo kocham. Chciałem się zakochać, próbowałem tego, ale nigdy nie przyszło mi to tak łatwo jak z tobą.
- A więc w takim razie, muszę być szczęściarą.
 Chłopak przytulił mnie do siebie mocniej, tak, że nasze ciała ponownie się styknęły.
- Nie. To ja jestem szczęściarzem, że cię mam. - odrzekł. - Gdy pierwszy raz zobaczyłem cię w parku, miałem co do ciebie mieszane uczucia. Mówiłem sobie, że może nie jesteś gotowa na związek z kimś innym po "stracie Harry'ego". Ale pomyślałem też, że jeśli nie spróbuję, nigdy nie dowiem się jak pomiędzy nami mogłoby być. Kiedy już poznałem cię na tyle wystarczająco by stwierdzić jaka jesteś naprawdę, zapragnąłem cię. Wiem, że to brzmi idiotycznie. Pewnie myślisz sobie, że nie można aż tak szybko się zakochać. Ale ja od zawsze chciałem mieć przy sobie kogoś, komu mógłbym zaufać i tym samym nie martwić się o to, że zostanę przez tą osobę okłamany. Chciałem pomagać. Zdawałem sobie sprawę z tego, że byłaś nieszczęśliwa z powodu Harry'ego i dlatego starałem się robić cokolwiek, co było w mojej mocy by sprawić, że poczułabyś się chociaż odrobinę lepiej. Nasz ślub... nasze małżeństwo to jest to, czego mi brakowało. Stabilności, tak jak ty to kiedyś określiłaś.
Zawiesiłam swoje ręce na szyi Ryana, kiedy skupił uwagę na moich oczach, które musiały skrywać bardzo dużo uczuć w chwili obserwowania go. 
- Dlatego pragnę wziąć ślub z tobą w jak najszybszym czasie. - odparłam z uśmiechem. - Za tydzień, dwa. Nie musi to być huczna ceremonia. Chcę coś skromnego, małego. 
- Co z twoimi rodzicami i bratem? - spytał Ryan niespodziewanie. - Będzie trzeba im o wszystkim powiedzieć. Wkrótce wszyscy będą o nas wiedzieć. Chłopaki, Jasper, Miranda, Harry...
- Martwisz się, że Harry nie zaakceptuje tego, co nas łączy? - opuściłam ręce w dół. - Ryan...
 Ale ten tylko pogładził kciukiem wierzch mojej dłoni. 
- Pytaniem jest, czy to ty przypadkiem nie martwisz się tym, jak Harry to zniesie.
- Nie obchodzi mnie jego zdanie.
- Będzie chciał walczyć o Lily, jeśli oficjalnie zostaniemy małżeństwem. - Ryan wydawał się spięty. - Jego prawa ojcowskie nad dzieckiem mogą być zminimalizowane. Wiesz jak może zareagować.
Przyłożyłam policzek do swetra, który okrywał klatkę piersiową Ryana, by uniknąć spojrzeń, starających się zmusić mnie do mówienia prawdy. Oczywiście, że wiedziałam do czego Harry mógłby być zdolny, jeśli dowie się, że na papierach to Ryan będzie oficjalnym ojcem Lily. Najprawdopodobniej wpadnie w szał i zacznie grozić. 
- Będzie dobrze, słyszysz? - kojący dotyk Ryana na moich plecach uciszył moje nerwy. - On musi zaakceptować twoje decyzje. Nie ma prawa ich podważać. Musisz być silna.
Ale czy byłam? Miałam dość słuchania o tym, że zawsze muszę być twarda jak skała. A nawet jeszcze twardsza, bo przecież skały też czasem tracą cierpliwość i się rozsypują. Potrzebowałam kogoś, kto pozwoliłby mi być słabą, bezbronną i zupełnie zagubioną w tych wszystkich uliczkach pokrętnej rzeczywistości. Pozwoliłby mi wypłakać serce, a później podniósłby je z podłogi i włożył na miejsce. Kogoś, kto pozwoliłby mi rozpaść się na kawałki i tym samym wiedziałby jak z powrotem ułożyć mnie w całość. Ryan był tym kimś, czego umysł i dusza pragnęły. Ale najgorsze było to, że pomimo iż kochałam jego, kochałam również i Harry'ego. Dlatego nic nie dawało mi szansy na pozostanie przy zdrowych nerwach. Bo jak można być silnym, kiedy kocha się dwie osoby jednoczeście, chce się dla obydwu z nich jak najlepiej, wiedząc, że i tak jedną z nich skrzywdzisz?

~*~

Był jasny, słoneczny poranek, kiedy Ryan postanowił wrócić do swojego domu aby zabrać kilka swoich rzeczy. Zbudzone już miasto szemrało pogwarem wstających głosów życia. Sąsiedzi kosili trawę pod swoimi domami, pomimo zimnego chłodu wiatru, który nawiewał od oceanu. Na podjazdach walało się mnóstwo liści, których codziennie mieszkańcy musieli się pozbywać ze swoich podwórek. Jesień niestety nie była ulubioną porą roku dla ludności Los Angeles, ale jeśli chodziło o mnie to mi osobiście to nie przeszkadzało. 
Lily obudziła się wcześniej ode mnie, co oczywiście również zmusiło mnie do wygramolenia się z łóżka. Druga połowa posłania była pusta ze względu na nieobecność Ryana. To była nasza pierwsza wspólna noc, kiedy to spaliśmy razem w jednym łóżku. Było to trudne i trochę niezręczne dla nas obu, ale przecież nie mogłam pozwolić Ryanowi spać na kanapie. Był przecież moim przyszłym mężem.
Posadziłam córeczkę w krzesełku do karmienia i z cierpliwością podawałam jej na łóżeczce mleczną kaszkę mannę o owocowym smaku, by dopilnować, że zje śniadanie do końca. Lily z uwagą podczas jedzenia, oglądała jedną ze swoich ulubionych kreskówek o dwóch wiewiórkach o imieniach Chip i Dale, która zawsze puszczana była w porannych godzinach na kanale poświęconym dzieciom. 
Po skończeniu śniadania, musiałam wziąć się za przebranie Lily ze względu na pobrudzone kaszką ubrania. Jak to dzieci, miały tendencję do nieuwagi, dlatego większość jedzenia wylądowywało na ciuszkach. Kiedy stwierdziłam już, że córeczka jest świeżo umyta i ubrana, pozwoliłam jej na pobawienie się zabawkami w salonie do których tak się rwała. Była zła, że zabrało mi to dużo czasu, zanim ostatecznie pozwoliłam jej na zrobienie tego czego chciała. Miała do dyspozycji dużo zabawek, dlatego często większość z nich zostawiała na kanapach, fotelach, stolikach, a nawet podłodze, a później płakała, kiedy nie mogła jakiejś znaleźć. Codziennie musiałam sprzątać jej rzeczy do specjalnego pudła, abym na następny dzień nie miała z nią problemu. 
Ale tego dnia, Lily była nieco bardziej spokojna niż zazwyczaj. Grzecznie bawiła się porozrzucanymi różnego rodzaju zabawkami po jej dywaniku, gdyż ja przez cały ten czas starałam się wyprasować stertę ciuchów. Nie ukrywałam zaskoczenia jej zachowaniem, ponieważ żadko zdarzało się, że dzieci są grzeczne przez cały dzień. 
W chwili, kiedy skończyłam prasować swoją koszulkę i miałam zamiar sięgnąć po nastepną, dzwonek do drzwi rozbrzmiał w mieszkaniu, co nawet oderwało Lily od wpatrywania się w telewizor. Upewniając się, że dziewczynka raczej nie ruszy się ze swojego miejsca, szybko podeszłam do drzwi by je otworzyć. Ale gdy to zrobiłam i ujrzałam osobę stojącą przed progiem mojego domu, nigdy nie pomyślałabym, że tak prędko zaszczyci mnie swoją obecnością.
- Hej. - odezwał się nieśmiało Harry, z dłońmi wpuszczonymi w kieszenie. Sterczące włosy chłopaka oraz ciemne cienie pod oczami dawały mi do zrozumienia, że nie spał zbyt dobrze poprzedniej nocy. Odziany był w białą męską koszulę, nie do końca zapiętą w te guziki co trzeba, brązowe spodnie dżinsowe i czarne skórzane buty. Serce zabiło mi prędzej na jego widok, ręce zaś spociły się na klamce, którą kurczowo trzymałam. - Przepraszam, że przyjeżdżam o tak wczesnej porze, ale musiałem zobaczyć się z Lily. Czy ja... czy mógłbym wejść i znów ją zobaczyć?
Przez chwilę jedynie wpatrywałam się w Harry'ego z lekko utwartymi ustami. On przyjechał zobaczyć Lily. Własną córkę. Wrócił ze względu na nią.
- Jeśli nie chcesz bym został, zrozumiem. - dodał. Jego czujne spojrzenie wypalało we mnie dziurę. - Nie chcę sprawiać ci problemów. Wiem, że to dla ciebie trudne. 
Trudne to mało powiedziane, pomyślałam. Ale nie mogłam mu odmówić, jeśli wiedziałam, że pokonał taki kawał drogi by tylko zobaczyć córkę.
- Wejdź. - wyraziłam zgodę, na co on mruknął pod nosem ciche dziękuję i wszedł do środka.
Rozejrzał się niecierpliwie po mieszkaniu.
- Jest Ryan? - spytał. - Jeśli wolisz bym przyszedł kiedy indziej...
- Nie, nie ma go. Nie musisz się o niego martwić. 
Machnęłam głową w stronę salonu, a on bez słowa ruszył posłusznie w tamtym kierunku. Po zamknięciu drzwi, podążyłam za nim. 
Harry klękał przed Lily, kiedy weszłam z powrotem do pokoju. Szeptał do niej coś na tyle cicho, bym ja tego nie usłyszała, podczas gdy dziewczynka wpatrywała się w niego z wytrzeszczonymi oczami, tego samego koloru co jego. Chłopak uśmiechał się do niej szeroko i zachęcająco, widziałam jak niepewnymi ruchami dłoni obchodzi się z córką, tak delikatnie, jakby nadal nie mógł przyzwyczaić się do jej obecności. Wziął ją po chwili w ramiona i i usadowił na swoim kolanie, pozwalając jej oprzeć plecy na jego ramieniu. W tej chwili, jego głos przerodził się w głośniejszy ton, niezwykle zwyczajny i słyszalny, nawet z mojej odległości. Pytał córkę o zabawki jakie ją otaczały, wskazywał na poszczególne z nich by przyciągnąć jej uwagę na siebie. Sięgnął po blondwłosą lalkę do której Lily kurczowo wyciągnęła rękę i podał jej. Dziewczynka dotykała paluszkami jej twarzy, włosów, co jakiś czas przenosząc wzrok na Harry'ego, tak samo nieśmiały jak i wcześniej jego własny. Po raz kolejny ujrzałam pomiędzy nimi uderzające podobieństwo.
- Lily bardzo lubi, kiedy ktoś poświeca uwagę jej zabawkom. - przemówiłam nieoczekiwanie, kiedy złożyłam deskę do prasowania i oparłam ją o ścianę obok drzwi. Harry odwrócił się w moją stronę by na mnie zerknąć i jedynie się uśmiechnął. Dołeczki w jego policzkach były znacznie widoczniejsze niż zapamiętałam.
- Zauważyłem. - odrzekł. Lily zaczęła się kręcić na jego kolanach, gdy sięgnął po żółtego pluszaka w kształcie małej kaczki. Chłopak podniósł ją ostrożnie pod ramionami i usadowił z powrotem na dywanik. Dziewczynka oparła się tym razem o jego klatkę piersiową. - To chyba dobrze.
- Cieszę się, że jest taka otwarta do ludzi. Ale myślałam o przedszkolu, gdy skończy cztery lata. - kontynuowałam rozmowę. - Lily nie ma zbyt dużo styczności z rówieśnikami, a to by pomogło również i mi. Nie musiałabym się martwić o to z kim mam ją zostawić, gdy będę musiała chodzić do pracy.
- To nie taki zły pomysł. - Harry skupił się na córce, choć mówił wprost do mnie. - Ale wiesz Vanessa, że w każdej chwili możesz liczyć także i na mnie. Nie musisz brać wszystkiego na siebie. Chcę ci pomóc.
Usiadłam na kanapie i spojrzałam na córkę, która pokazywała swojemu tacie figurki w postacie bajkowe. 
- Harry, ale ty nie masz doświadczenia z dziećmi...
- Nabiorę wprawy, jeśli będę musiał. - mówił z taką zawziętością, że aż mnie ona zaskoczyła. - Wiem, że muszę wiedzieć wiele rzeczy. Jako ojciec, to mój obowiązek się ich nauczyć.
- Nie mam nic przeciwko temu, ale musiałabym się nad tym zastanowić. 
Harry siegnął po kilka zabawek z pudełka i wstał z dziecięcego dywaniku wraz z Lily na rękach. Po chwili przysiadł się do mnie na kanapę, usadowując córeczkę na kolanach i podał jej dwie lalki.
- Nie odtrącaj mnie, Vanesso. - spojrzał na mnie, oczami szeroko rozszerzonymi. Również uniosłam głowę. - Zrobię wszystko by być bliżej Lily jak najczęściej. Musimy znów zacząć czuć się lepiej w swoim towarzystwie. Dla niej. Ale pierw musisz coś dla mnie zrobić.
Złączyłam dłonie przed sobą, opierając łokcie na kolanach. Harry przybrał chwiejny ton głosu, jakby coś co miał zaraz powiedzieć, uparcie nie chciało opuścić jego umysł.
- Chcę byś wyjechała z naszą córką. - odrzekł ze stanowczością. - Na chwilę. Gdzieś, gdzie nikt niemogłby cię znaleźć.
On nie mówił poważnie. Zwariował.
- O czym ty mówisz? - z wyrzutem sumienia rzuciłam mu gromiące spojrzenie. - Czemu chcesz...
- Musisz mi zaufać. Zabierz Lily i wyjedź. - patrząc na niego, nie chciałam uwierzyć w to co mówił. - Proszę. Nie chcę byś była świadkiem tego, do czego niedługo dojdzie. Wiem jak pozbyć się Thomasa, ale potrzebuję byś zniknęła z Los Angeles dopóki nie zapewnię cię, że wszystko jest w porządku.
Twarz chłopaka przybrała smutny wyraz, usta zacisnęły się w cienką linię. Miałam ochotę go spoliczkować.
- Nie mogę tak po prostu wszystkiego zostawić i wyjechać. - głos mi się łamał. - Co z moją rodziną, chłopakami...
- Poradzą sobie. - zapewnił od razu. - Im nic nie będzie grozić.
- A co z tobą? Co masz zamiar zrobić? - dopytywałam. - Nie mogę wyjechać bez upewnienia się, że będziesz bezpieczny tak samo jak reszta.
- Tego nie mogę ci obiecać. - odparł. - Jeśli nie opuścisz Los Angeles tak jak cię o to proszę, Thomas wykorzysta was obie przeciwko mnie. Nie chcę by wam stała się krzywda.
- I dlatego chcesz pójść na misję samobójczą? - uniosłam głos. - Harry, nie możesz sam wszystkiego dokonać. Nie uda ci się.
- Nie mam wyboru. Jeśli nie zakończę tego wszystkiego, Thomas wcześniej czy później zabierze się za Lily. To tylko kwestia czasu, zanim przyjdzie mu do głowy by ją skrzywdzić. Znam go. Dotknie się czegokolwiek na czym mi zależy. A tak się składa, że na szczęściu Lily zależy mi bardziej niż na własnym życiu.
Doskonale byłam świadoma, jakim zawziętym człowiekiem był Harry. Ale teraz nie umiałam uwierzyć, że chciał posunąć się do czegoś tak szalonego.
- Jak zamierzasz dopaść Thomasa? - spytałam nagle. - Czy ta dziewczyna o której wspomniał wczoraj Ryan, ma z tym coś wspólnego?
Harry wytrzeszczył oczy, ale nie odpowiedział. Poświęcił chwilę czasu, aby zastanowić się nad odpowiedzią. Jego zachowanie przypominało mi go sprzed kilku lat. Troszczył się, kochał, znów tak samo. Widziałam to wszystko w jego zmartwionych tęczówkach.
- Tak. - odrzekł, po czym ucałował głowkę Lily. - Dorwę ją, a ona powie mi jak dotrzeć do Thomasa. Na tym polega cały mój plan.
Jego policzek drgnął prawie niedostrzegalnie.
- Znasz ją, prawda? Wiesz kim jest. - mówiłam. - Skąd znasz wspólniczkę Thomasa?
- To nie ważne. - stwierdził pośpiesznie, jakby zbywając temat. - Tak czy inaczej, wiem gdzie jest i mam zamiar ją wykorzystać w dalszych celach. Dlatego proszę cię byś wyjechała. Jeśli Thomas dowie się o wszystkim, będzie chciał zemsty. 
- Harry... zrozum. Nie mogę wyjechać. - powiadomiłam. Chłopak westchnął w geście irytacji. - Nie mam nawet gdzie.
- Załatwie coś. - dłoń Harry'ego spoczęła na moim kolanie, a jego wzrok nadal utwiony był na mojej twarzy. Byłam zbyt zaskoczona by ją zrzucić. - Obiecuję, że to zrobię, ale to ty obiecaj mi, że zrobisz o co cię proszę. Wyjedź. 
Harry nie widział nic złego w trzymaniu ręki na moim kolanie, ale ja oczywiście tak. Zaschło mi w gardle, kiedy chłopak wpatrywał się we mnie, szukając odpowiedzi, która by go zadowoliła. Nie wiedziałam co powiedzieć czy nawet poczynić.
Lily podała mi jedną ze swoich lalek, jakby dając mi do zrozumienia, że zbyt długo gapię się na Harry'ego.
- A co na to chłopcy... - ciągnęłam dalej. - Wiedzą, co planujesz?
Harry przytulił do siebie córkę.
- Wkrótce mam zamiar im powiedzieć. Jasper już wie i nie pozwolił mi zrobić wszystko samemu. Chce byśmy to odegrali razem. 
- Razem z Louisem, Niallem, Zaynem i Liamem?
- Tak. - kiwnął głową. 
- To wariactwo. Kompletne wariactwo. - zepchnęłam jego rękę na co on popatrzył się na mnie ze zdumieniem. - To niebezpieczne. Ktoś z was może zginąć.  
- Vanessa, wiesz, że i tak to zrobię. - odparł uparcie. - Nie potrzebuję twojej zgody. 
- Oh, przestań myśleć o sobie! - zacisnęłam pięści. - Chociaż raz pomyśl o innych!
- A więc obchodziłoby cię to co się ze mną stanie, jeśli podejmę się planu? - znów położył swoją dłoń, tym razem na moich dłoniach, które kurczowo zaciskałam na własnych kolanach. Co on wyprawiał... - Zależy ci na moim bezpieczeństwie?
- Ja...
- Powiedz mi prawdę. - napierał. Jego oczy błyszczały z niewiadomego powodu. - Nie chcesz bym to zrobił.
- Nie chcę tego dla Lily. 
Harry wyprostował się gwałtownie na kanapie.
- Jeśli tego nie zrobię, Thomas będzie ją prześladować. Nie dopuszczę by mieszał w to mojej córki. Powinnaś to zrozumieć. - zabrał rekę z mojej dłoni, a następnie podał mi córkę, która z niechęcią opuściła kolana taty. Zanim chłopak podniósł się na równe nogi, ucałował policzek Lily. - Wyjedź z Lily i nie pokazuj się w Los Angeles, dopóki nie będzie tu bezpiecznie. Zrób to, zanim będzie za późno. Rozumiesz?
W jego głosie można było usłyszeć kazanie. Chciał bym to zrobiła. Bym za wszelką cenę uciekła i nie miała styczności z piekłem, które miał zamiar niedługo rozpętać.  
Harry zerknął na Lily, zmieszany i tym samym smutny. Widziałam w jego oczach, że cierpiał z jej powodu. Nie chciał zostawiać córki, której towarzystwem nacieszył się tylko dwa razy. Gdy posłał mi później dziwne spojrzenie, nabrałam odwagi by wyrzucić z siebie to co miałam mu do powiedzenia.
- Po to tu przyszłeś? By powiedzieć mi, żebym uciekała? - uniosłam głowę by zrównać się z zirytowanym wzrokiem chłopaka. Kurczowo powstrzymałam się przed urojeniem łez. - A wszystko z powodu twojego planu wobec Thomasa? Czy chociaż w ogóle przemyślałeś to co chcesz zrobić? Nie wiesz, że Thomas może cię podejść od strony, od której nawet go nie zauważysz? Jeśli zrobisz pierwszy krok, on może cię zaskoczyć. Zawsze ma dodatkowy plan. A ty jedynie jeden i to niepewny czy w ogóle wypali. Zastanów się dokładnie za jaką cenę miałbyś zrobić pierwszy krok, który on i tak przewidzi.
Harry poczuł sie głęboko zraniony pomimo świadomości, że zasłużył sobie na taką prawdę.
- Wywróciłem cały twój świat do góry nogami. - przemówił, powoli się ode mnie oddalając w stronę drzwi. - A najgorsze jest to, że wróciłem tylko po to by znów wciągnąć cię w swój konflikt z Thomasem. Nie chciałem tego, dobra? Tu nigdy nie miało chodzić o ciebie. Nigdy nie chciałem byś to ty była ogniwem w naszym sporze. To moja wina, że cię w to wciągnęłem i moje błędy za które nie pozwolę by płaciła moja własna córka. To musi się wreszcie skończyć. Nikt już więcej nie może umrzeć. No chyba, że ja sam. 
Harry ostatni raz spojrzał na Lily, a następnie na moją osobę ze znajomym mi spojrzeniem w którym kryło się tyle troski, bólu i nadziei. Kiedy zniknął z mojego pola widzenia, zatrzaskując z hukiem za sobą drzwi wejściowe, poczułam jak chłód zalewa moje ciało. Z nim było coś nie tak. Doszłam do wniosku, że Harry znów czuł, a nie niszczył. Przejrzał na oczy i był tego świadomy. O Harrym, o którym śniłam nocami jako o dobrym mężczyźnie, wrócił. Wrócił i miał zamiar zniszczyć tylko to, co już dawno miało pozostać zniszczone. Swoją przeszłością. 

"Wiele się zmieniło, spowodowała to wyższa wola. Jednak niektóre rzeczy pozostają takie jakie były. Dalszy ciąg już nie powstanie, po prostu zgubił się ten ktoś, kto pisał do tej pory scenariusz."



Od autorki: No i mamy numerek 110! Co sądzicie o zachowaniu Harry'ego? Myślicie, że naprawdę przewidział na oczy? Coż za trudny z niego człowiek...


Następny rozdział pojawi się 2 lub 3 września! Widzimy się za 2 tygodnie!