19 sty 2018

Przesunięty rozdział 117


Wybaczcie moi drodzy, ale z racji tego, że aktualnie nie mam internetu w domu, będę musiała przełożyć numerek 117 na następną sobotę (27 Styczeń). 

Postaram się dodać wcześniej, jeśli zdołam go skończyć szybciej.

Pozdrawiam x

6 sty 2018

Rozdział 116

Na wstępie chciałabym ogłosić, że 2 Stycznia minęło dokładnie 3 lata odkąd powstało to opowiadanie!
 Jestem niezmiernie szczęśliwa, że wciąż wiele osób jest ze mną tutaj od samego początku. Przez ten okres czasu na blogu wybiło ponad 
205 tysięcy wyświetleń!
Dziękuję z całego serca wszystkim czytelnikom, którzy czytają historię Harry'ego i Vanessy na bieżąco i tym samym osobiście wspierają mnie jako autorkę. 
To wy jesteście powodem dla którego wciąż uwielbiam zasiadać przed laptopem i kontynuować te opowiadanie. 
Pozdrawiam ciepło i oczywiście miłego czytania numerka 116, który jest 1 rozdziałem w 2018 roku!
 Widzimy się 20 Stycznia

~*~

Tego wieczoru, nic nie wydawało się normalne. W powietrzu wisiało napięcie i niezręczna cisza, która potrafiła każdego przygnębić. Nikt nie miał zbytnio ochoty rozmawiać o tym co się stało. Nawet i ja. 
Deszcz ustąpił, gdy wszyscy z trudem zebraliśmy się na powrót po godzinnej walce likwidowania za sobą śladów. Ciała Thomasa i Rebecci zostały zabrane przez Zayna oraz Louisa i wpakowane na tyły minivana, którym Liam podjechał pod bramę posiadłości, zaraz po tym jak dowiedział się, że akcja została pomyślnie zakończona. Niall zaś zajął się paleniem ciał ponad dziesięciu strażników. Do wschodu słońca wszystko wydawało się wrócić do codzienności.

Nikt z chłopaków nie ukrywał, że było łatwo otrząsnąć się po minionych wydarzeniach. Moje osobiste myśli krążyły wokół rzeczywistości jaką pamiętałem, ale jakiej nie chciałem pamiętać. Wszystko wydawało się normalne, ja, świat, życie, a jednak nie potrafiłem tego zaakceptować. Wydawało się, że byłem poza tym wszystkim, że istniałem, ale nie tak samo jak inni, że własne zmysły tylko pozornie dostrzegały te same zdarzenia. W mojej głowie myśli krążyły wolniej, nieskażone, proste. Wszystko natomiast to, co dotyczyło rzeczywistości było zagmatwane, porozrywane zdarzeniami, niepełne i skomplikowane. Nie mogłem tego zrozumieć i czułem w pewnym sensie odrazę.

Miałem wrażenie, jakby za sprawą dokonań Jaspera, czas zatrzymał wszystko wokół. Zamiast czuć się wygranym, czułem się wręcz odwrotnie. Starałem oczyścić się z tego przykrego wrażenia, ale jednak nic nie pomogło. Uczucie żalu, straty po śmierci Rebecci, nie minęło, wręcz nasiliło się. Nie spodziewałem się, że mogłem jeszcze kiedykolwiek przeżywać śmierć kogoś, kto był dla mnie zupełnie obcy.
Ale rzecz w tym, że nie potrafiłem zapomnieć o tym, do czego Rebecca się przyczyniła. Możliwie iż była dla mnie obcą kobietą, którą przyznaję się nadal nienawidziłem, ale to co zrobiła, przekonało mnie, że niektórzy ludzie może nie zawsze są tymi za których się uważają. Będąc osobą za którą się podawała, nie zdawała sobie sprawy, że przez cały ten czas miała klapki na oczach. Dopiero śmierć musiała przekonać ją do tego by wreszcie otworzyła oczy i zaczęła domyślać się gdzie popełniła błąd we własnym życiu.  
Dlatego tak naprawdę nie byłem w stanie pogodzić się z tym jak jej życie się zakończyło. Odczuwałem dziwne wrażenie, jakby Bóg wziął do siebie osobę, która nie zasługiwała na taki los jaki jej się podarowało. Wierzyłem, że miała szansę przeżyć, ale po prostu odebrano jej chęci walki o to.

Okna budynków gasły na moich oczach, kiedy po drodze mijaliśmy wschodnie wybrzeże miasta. Ciemniały dosłownie jak źrenice zmożone snem. Fabryki milkły i zasypiały, ulice głuchły i zdały się przeciągać w leniwym, rozkosznym odpocznieniu. Domy zaś zanurzały się w ciemności i w ciszę, gwar ludzkich rojowisk przycichał. Tylko księżyc świecił coraz jaśniej, tylko czuby drzew szeptały listkami i jakby się wznosiły w tej srebrnej mgle i jakby piły światło i ciszę, no i ukojenie. 
Liam wraz z Louisem siedzieli na przednich siedzeniach minivana, a Zayn i Niall tuż za nimi. 
Jasper i ja zajęliśmy miejsca na samym końcu, aby uniknąć jakiejkolwiek konwersacji. Nikt z naszej dwójki się odezwał przez połowę drogi, aby być szczerym. Pomimo tego jak ja się czułem, wiedziałem, że z Jasperem było dwa razy gorzej. On chyba z nas wszystkich najbardziej przeżywał to co się stało. I z jednej strony, nie byłem zbytnio zdziwiony jego zachowaniem. Nigdy nie wyobrażałbym sobie postrzelenia własnego rodzeństwa, a więc zapewne rozumiałem to co musiało zaprzątać jego umysł. Martwiłem się jednak o to czy był w stanie sobie poradzić i zaakceptować śmierć brata, który zginął spod jego ręki. Nadal wyglądał na oszołomionego całym tym zdarzeniem. 

W momencie w którym Jasper pojawił się wtedy w posiadłości, nie miałem pojęcia co myśleć. Nie wiedziałem co zrobi, a w szczególności w sprawie dotyczącej Thomasa. Bałem się jednak, kiedy wyraźnie zawahał się po słowach brata, który zaczął obiecywać mu lepsze życie. Dosłownie spanikowałem. 
 
Thomasowi od zawsze udawało się ogłupiać ludzi na tyle by nie wierzyli w nic oprócz tego, co on sam miał do powiedzenia, więc nikt nie powinien się dziwić, że aż tak zareagowałem. Musiałem zgodzić się, że miał dar do tego typu rzeczy. Przecież Jasper nie był taki jak ja, nie miał tyle wiary w siebie ile ja potrafiłem mieć. Był łatwowierny, zbyt chcący wszystkiego doświadczyć. W jednej minucie, przeczuwałem, że to się źle skończy. Dopiero po tym jak postrzelił Thomasa, kamień spadł mi z serca. Odetchnąłem wtedy spokojniej.

Atmosfera w samochodzie wydawała się być duszna, mimo ciągłych rozmów chłopaków przede mną. Za oknem równie ciężkie powietrze zwiastowało kolejną falę burz. Nic nie zdawało się polepszyć przed kolejnym dniem.

Ciekawy, ukradkiem spojrzałem na Jaspera po swojej lewej. Po ruchach jego głowy poznać można było, że z usilnie wytężonym wzrokiem spoglądał na krajobraz za szybą. Ręce uparcie skrzyżowane miał na piersi, ale wyraźnie dostrzegłem dłonie brudne od ludzkiej krwi, które drgały niepokojąco. Jego mokre jasne włosy kleiły się zaś po deszczu. Widocznie nie przejmował się tym jak wyglądał. 
- Jasper? - odezwałem się cicho, nie będąc pewien jak zareaguje. Przyjaciel jednak posłusznie odwrócił głowę w moją stronę. Po wyrazie jego twarzy, musiał być chyba zaskoczony tym, że w ogóle wymieniłem jego imię. - Nie wydaje ci się, że powinniśmy porozmawiać o tym co się stało?
Jasper spojrzał na mnie dziwnie.
- Nie. - odparł bezdusznie i wrócił za chwilę do wpatrywania się w ciemne budynki za oknem.
Dobra, może i źle, że zacząłem tą rozmowę, ale nie mogłem poradzić sobie z poczuciem winy. Wplątałem w ten cały konflikt z Thomasem właśnie jego i musiałem być świadom tego co on sam o tym myślał i jak się czuł.
- Słuchaj, przepraszam. - wypaliłem od razu. Nie zastanowiłem się nawet nad tymi słowami. - Nie planowałem byś mieszał się w tą sytuację i był świadkiem śmierci Thomasa. Nie chciałem dla ciebie tego.
Jasper ani drgnął. Starałem się więc zapanować nad nerwami.
- O co więc chodzi? - ciągnąłem dalej. - Gniewasz się na mnie?
- Nie na ciebie. - blondyn znów na mnie popatrzył, tym razem z litości. - Jestem zły na samego siebie. 
- Jasper...
- Spanikowałem, kiedy Thomas nalegał. - odrzekł gorzko. - Nie mogę uwierzyć, że gdyby nie to o czym sobie wtedy przypomniałem, pozwoliłbym mu żyć. Zastanawiałem się nad losem własnego brata. Przez chwilę ujrzałem w nim nadzieję.
Przyjaciel wydawał się naprawdę przejęty, kiedy wspomniał o Thomasie.
- Oczywiście, że widziałeś. Pomimo wszystko, i tak byliście rodziną. Miałeś prawo pomyśleć o tej sytuacji inaczej. 
- Gdybym go lepiej nie znał, uwierzyłbym mu Styles. - przyznał. - A przecież wiedziałem ilu ludzi przez niego straciło życie. Jak skończony idiota i tak wahałem się nad tym co mówił, tylko dlatego, że niczego innego tak bardzo nie chciałem jak znów poczuć rodzinną więź. 
- Jasper, nie powinieneś się obwiniać. - poleciłem. Widząc go tak zdruzgotanego, jeszcze bardziej zacząłem odczuwać żal z powodu tego co przeszedł. - Thomas był ostatnim, który pozostał z twojej rodziny. Oprócz niego, nie miałeś nikogo. To oczywiste, że ludzie zawsze będą chcieli ujrzeć dobro w kimś, kto nawet i tak nie będzie miał zamiaru się zmienić. 
Przyjaciel pokręcił głową. Miałem nadzieję, że dałem mu trochę do zrozumienia. 
- Wiesz Harry, nigdy bym nie przypuszczał, że kiedykolwiek zadecyduję o losie kogokolwiek. - odrzekł szczerze. - Będąc odpowiedzialnym za śmierć Thomas, czułem, jakbym sam sobie odbierał kawałek życia. Bo tak czy inaczej, Thomas był człowiekiem z którym wiązałem swoją przeszłość. I mimo tego co zrobił, zawsze będę wierzył, że gdzieś tam w środku niego zostało jeszcze trochę dobra. Chyba każde rodzeństwo tak ma, że zawsze widzi pozytywy w rodzinnych konfliktach. 
- Zrobiłeś dobrze. - poklepałem go po ramieniu. - Jasper, wiedz, że jestem pewien, że się nie mylisz w jego sprawie. Ale pamiętaj, że tak czy inaczej, to musiało się tak skończyć.
- Tak wiem...
- Uratowałeś życie nie tylko mi, ale i mojej rodzinie i chłopakom, a także i wielu ludzi, którzy byli pod władzą Thomasa. Obróciłeś bieg wydarzeń o trzysta sześćdziesiąt stopni. Zmieniłeś tym życie nas wszystkich. 
Ku mojemu zaskoczeniu, kąciki ust Jaspera uniosły się ku górze.
- Mam nadzieję, że od tej chwili wszystko się zmieni. Zwłaszcza dla ciebie. - dodał. - Zgaduję, że już coś planujesz?
Sam nie mogłem zmusić się do nie uśmiechnięcia się.
- Skąd ten pomysł? 
- Oczy ci się świecą. - wskazał na własne tęczówki. - Zawsze tak masz, jeśli chodzi o coś ważnego. Lub o kogoś, oczywiście.
Jasper doskonale znał moją osobę. W przeciągu minionych miesięcy spędzonych razem, był w stanie odgadnąć co siedziało mi w głowie po samym wyrazie mojej twarzy. Dziwiło mnie trochę jak to robił.
- Naprawdę przestałbyś udawać, że nic nie czujesz do Vanessy. - dodał znienacka. Poczułem jak robię się spięty na samą wzmiankę o dziewczynie. - To jak nawet reagujesz na jej imię, świadczy już dużo.
Zanim odpowiedziałem na jego komentarz, minivan raptownie zatrzymał się pod mieszkaniem Liama. Z oddali zobaczyłem stojących przy drzwiach wejściowych, Eleanor i Mirandę na których widok również się uśmiechnąłem. 
Zayn i Louis jako pierwsi wysiedli z pojazdu i pognali w kierunku dziewczyn, co było zbyt oczywiste do przewidzenia. Obie wyglądały naprawdę szczęśliwe, gdy zamknęli w uściskach chłopaków. Eleanor musiała chyba wcześniej płakać, ponieważ jej policzki były zaczerwienione, a oczy aż za zbyt szybko mrugały. W przeciwieństwie do dziewczyny Louisa, Miranda zaś utrzymała nerwy w sobie. Oczywiście ucieszyła się na widok Zayna, ale nie widać było po niej śladu łez.

Opuściłem minivana jako ostatni po Jasperze, którego także nie ominęły ciepłe powitania dziewczyn. Podczas więc, gdy chłopaki pogrążyli się w krótkiej rozmowie, Liam oderwał się od grupki by móc ze mną przez chwilę porozmawiać.
- Świetnie się spisałeś, Harry. - pocieszył mnie przyjaciel. Czasami aż trudno było mi się przyznać, że jego obecność często stawiała mnie na duchu.
- Nie oszukujmy się. - oparłem się plecami o samochód. - Schrzaniłem. I to totalnie.
Liama rozbawiła moja upartość.
- Aż tak źle nie było.
- Nie było? Zginąłbym, gdyby nie Zayn. 
- Chodziło mi o ogólną strategię planu. Nie była ona wcale taka zła. Przecież wyszliście z tego cali, nie?
- No, jeśli patrząc z tej strony. - wzruszyłem ramionami. Przyjaciel utkwił wzrok w swoich butach. - Liam, wtedy gdy byłem w posiadłości, chciałeś mi coś powiedzieć. Na temat Vanessy.
- Och tak... Tak chciałem. 
- O co chodziło?
 Chłopak zamyślił się przez chwilę.
- Rozmawiałem z Ryanem, tak jak mnie o to prosiłeś. - powiedział z niepewną nutką w głosie. - Kazał mi ci przekazać, że Vanessa już wie o wszystkim. Wspomniał, że będziesz wiedział o co chodzi. Tylko tyle.
Że Vanessa wie o wszystkim? O czym dokładnie miałaby wiedzieć?
- Dziękuję, że dotrzymałeś słowa. - wypaliłem niespodziewanie, tym samym zmuszając Liama do popatrzenia w moją stronę. - Jestem ci winny przysługę. 
Liam po raz kolejny się uśmiał.
- Myślę, że już jesteśmy kwita. 
- O czym mówisz?
Poklepał mnie jedynie po ramieniu i odszedł w stronę chłopaków bez słowa. Kiedy tak zastanawiałem się nad jego słowami, nie mogłem dojść do porozumienia z własnymi myślami. Miałem już zamiar spytać się Liama o co mu chodziło, ale w tym samym czasie coś przykuło uwagę nas wszystkim.
Odwróciłem się za siebie, słysząc podjeżdżający samochód. Od razu rozpoznałem pojazd należący do Ryana, którego pamiętałem z poprzedniego wieczoru. Ale tym razem wiedziałem, że nie przyjechał sam. 
Zamyślony, dostrzegłem Vanessę na miejscu pasażera dopiero, gdy samochód się zatrzymał. Mogłem przysiąc, że serce podskoczyło mi niespodziewanie. Zacząłem się denerwować coraz bardziej, czego nie umiałem niestety ukryć. Od wczoraj, w mojej głowie pojawiało się milion scenariuszy związane z Vanessą. Próbowałem je zagłuszać racjonalnym tłumaczeniem, ale nic to nie pomogło. Niepokój w moim sercu można było zniwelować tylko w jeden sposób. Musiałem z nią porozmawiać. Pragnąłem spojrzeć jej w oczy i przyznać się do wszystkiego, co napisałem wtedy w liście do niej. Nie chciałem już więcej kłamać.

Dziewczyna wyszła z pojazdu i od razu otworzyła drzwi za sobą. Zauważyłem jak za chwilę wyciąga Lily i bierze ją w ramiona. Ryan w tym czasie zdążył już wysiąść i przywitać się ze stojącą najbliżej Mirandą, która później podekscytowana rzuciła się w stronę przyjaciółki by móc ją uściskać.
Moja córka miała na sobie ciepłą czarną dziecięcą kurtkę z grubymi spodniami z powodu nagłego spadku temperatury. Jej krótkie ciemne włosy schowane były pod czapeczką w lawendowym odcieniu, a malutkie rączki w rękawiczki w tym samym kolorze. Obserwowałem córkę z uwagą i zachwytem, ale i miłością jaką chciałem już do końca życia ją obdarowywać. Nie umiałem spuścić z niej wzroku.
Podczas gdy Vanessa wszczęła rozmowę z Mirandą, Ryan podszedł do chłopaków. Lily najwyraźniej coś się nie spodobało, więc raptownie zaczęła się wiercić w ramionach Vanessy by ta pozwoliła jej stanąć na ziemi. Gdy ta posłusznie zrobiła to o co ją poprosiła, zaniemówiłem na to co się stało później.

Lily jakimś cudem spojrzała w moją stronę. Wyrwała niespodziewanie dłoń z uścisku swojej matki i rzuciła się w moją stronę, pokonując dystans bez żadnego upadku. Nie mogłem dosłownie uwierzyć własnym oczom, obserwując jej poczynania.
Kucnąłem, gdy dwuletnia dziewczynka znalazła się bliżej, a kiedy wpadła w moje ramiona z tą niepewną, zaniepokojoną minką na ślicznej buzi, wszelkie wcześniejsze postanowienia znikły jak zaczarowane. Moje serce podskoczyło, wywinęło koziołka i co prawda wróciło na miejsce, ale biło tak mocno i szybko, że miałem wrażenie, iż wszyscy mogli je usłyszeć. 
Moja córeczka wtuliła się we mnie mocno. Nie umiałem wydusić z siebie ani słowa. Kochałem Lily niewyobrażalnie mocno, ale to co zrobiła zbiło mnie dosłownie z nóg. 

Kątem oka spojrzałem na Vanessę z nad przeciwka. Zacisnęła usta w cienką linię, ale nie odezwała się na wybryk córki. Dziewczyna również mi się przyglądała, tym razem z lekkim zaskoczeniem, ale i czymś jeszcze, czego nie umiałem ująć w słowach.

Na jej widok serce dudniło mi w klatce piersiowej jeszcze mocniej, a wszystko wokół zdawało się rozmazanym na tle ostrości jej piękna. Chyba każdy zna to uczucie ogromnego zachwytu zakrawającego o uwielbienie tej jednej osoby, które pojawia się pod wpływem chwili i towarzyszących temu okoliczności. Od zawsze uważałem, że Vanessa była piękna, ale wydawało się, że z dnia na dzień młoda kobieta kwitła pełnią dojrzałej urody. Jej twarz się zwęziła przez okres naszej rozłąki, utraciła cechy nastolatki. Była teraz kobietą znacznie atrakcyjniejszą, a urzeczony jej urodą patrzyłem w nią jak w obrazek. Długie ciemno brązowe włosy schowane miała pod damską zimową czapką, ale kosmyki i tak układały się w niesforne fale, co przypomniało mi o zmianie, ponieważ jeszcze zza czasów naszego związku, jej włosy zdecydowanie były prościejsze. 
Ramiona Vanessy opinał beżowy płaszcz, który zapewne dobrany był pod kolor czapki. Gdy chłopaki podeszli do mnie by przywitać się z Lily, podniosłem się na nogi wraz z nią w ramionach. Mimo tego, nadal nie spuszczałem oczu z kobiety, która z cierpliwą uwagą wlepiała wzrok we mnie oraz naszą córkę. 
Każdy z chłopaków był zaskoczony tym co się stało. Nie mieli pojęcia, że już wcześniej miałem okazję poznać Lily osobiście, więc może dlatego tak zareagowali. Niall więc jako pierwszy przywitał się z moją małą księżniczką, wyciągając dłoń w jej stronę, ale ta była zbyt nieśmiała z powodu blondyna, więc schowała głowę w zagłębieniu mojej szyi. Eleanor wraz z Louisem postanowili przywrócić jej pewność siebie, ale tego dokonał dopiero Jasper na którego widok momentalnie się rozpromieniła. Musiał na pewno utkwić jej gdzieś w pamięci.
- Taka podobna do ciebie, Harry. - skomentowała Eleanor z pełnym uśmiechem na twarzy.
Mimo, że uwielbiała dzieci to nie była na nie jeszcze gotowa, czego Louis oczywiście był świadom.
- Mówiłem, że Lily to cały Styles. - dodał od siebie Zayn i pogłaskał dziewczynkę po policzku, która  kurczowo przytrzymała się skrawka mojej kurtki. - Tyle razy to powtarzałem.
- Dopiero teraz widać duże podobieństwo. - przyznał Niall. - Ej, ale czy mi się zdaje czy Lily urosła odkąd ją ostatni raz widzieliśmy?
Wpatrywałem się wciąż w Vanessę podczas gdy chłopaki rozgadali się na temat Lily. Ryan próbował coś do niej powiedzieć, ale ta najwidoczniej go nie słuchała. Jej uwaga skupiała się na mnie.

Oczywiście pierwszym co zauważył moje rozkojarzenie był Louis. Od razu szturchnął Liama w bok by dać mu coś do zrozumienia, a ten za chwilę poinformował pozostałych.
- Chodźmy może do środka. - zakomunikował Liam. Jego głos dosłyszał nawet i Ryan. - Robi się zimno.
Eleanor podeszła bliżej i pogłaskała Lily po głowie. Dostrzegłem z jaką delikatnością się do niej odnosiła.
- Czy ja... czy ja mogłabym ją na chwilę, Harry? - spytała. Nie widziałem jednak nic złego w pozwoleniu jej zająć się przez jakiś czas moją córką.
Podałem jej posłusznie Lily, a ta zamknęła ją w ramionach, dając jej wcześniej soczystego buziaka w policzek. Dziewczynka zaklaskała wesoło, kiedy Jasper dotrzymał Eleanor towarzystwa, gdy ta postanowiła ruszyć za Liamem w kierunku domu. Louis i Niall postąpili zaraz tak samo, tylko Zayn zaczekał jeszcze kilka minut na Mirandę, która kończyła rozmawiać z Ryanem.

W momencie w którym pozostałem sam z Ryanem i Vanessą, odczułem nagły przypływ nerwów. Po raz pierwszy w życiu chyba aż tak bardzo poczułem się nieśmiały wobec bliskich mi ludzi. Nie byłem w stanie podejść bliżej kobiety, którą kochałem, choć tak bardzo pragnąłem to zrobić.
Może i utrzymywaliśmy kontakt wzrokowy, ale dla mnie to nie wystarczało. Chciałem czegoś więcej, ale nie umiałem się przełamać.
Ryan zdążył jednak zauważyć moje zmieszanie i od razu zareagował. Powiedział coś na ucho Vanessie, po czym ruszył w moją stronę. Z uśmiechem na twarzy poklepał mnie po ramieniu na zachętę bym wreszcie odważył się zrobić ten właściwy krok i zniknął za drzwiami mieszkania.
Nie byłem pewny dlaczego tak się zachował, ale obiecałem sobie, że później z nim porozmawiam.

*Perspektywa Vanessy*

Kiedy Liam zadzwonił do Ryana i powiadomił nas o akcji, która zakończyła się pomyślnie, od razu rzuciłam wszystko i przyjechałam. Sama myśl o tym, że Thomas został zabity, zdeterminowała mnie do działania. Musiałam zobaczyć się z chłopakami i porozmawiać z nimi, ale oczywiście zdawałam sobie sprawę, że nie uniknę również zobaczenia się z Harrym. I tak się złożyło, że to właśnie od rozmowy z nim wszystko się zaczęło.

W oczach Harry'ego pojawił się błysk wątpliwości, gdy ponownie podniósł na mnie wzrok. Wydawało się, że na sam jego widok krew zgęstniała mi w żyłach i teraz serce musiało napracować się podwójnie, żeby nadal bić. Wyglądał naprawdę źle. Jego policzki okaleczały ciemnofioletowe blizny, a pod nosem dostrzec można było zaschniętą krew. Lewy rękaw czarnej kurtki zaś miał podwinięty, ale był zbryzgany krwią tak, że nawet i na jego gołej skórze pozostawały rubinowe plamy.
- Harry. - powiedziałam cicho, ale chyba nie usłyszał.
Nagle wydało mi się szaleństwem, że dzieliło nas tyle przestrzeni, że się nie dotykaliśmy. Miałam już zamiar ruszyć ku niemu, ale on podjął się tego kroku jako pierwszy, dosłownie jakby pod wpływem hipnozy lub innych sygnałów, które były w jego podświadomości. Bystrymi świetlistymi zielonymi oczami jak u jastrzębia, nie odrywał ode mnie spojrzenia. Dopiero w chwili kiedy znalazł się bliżej i doskonale wyczuł mój przyśpieszony oddech, zrozumiał, że powstrzymywałam się od wybuchnięcia płaczem.
Delikatnie uniósł moją smukłą dłoń i zamknął ją w swojej.
- Wróciłeś. - powiedziałam niespodziewanie przez łzy.
Mogłam przysiąc, że jego serce niemal równie tak samo jak moje zatrzymało się w tym momencie. W głęboko osadzonych oczach chłopaka, które zlewały się z ocienionymi długimi rzęsami, było tyle bólu i tęsknoty.
- Miałem dla kogo. - szepnął.
Wolną ręką łagodnie kciukiem przejechał po linii moich warg. Tęskniłam za tym, za jego delikatnością. To była jedna z rzeczy, które sprawiały, że się w nim zakochałam. Kiedy sobie uświadomiłam, że w tym poranionym, sarkastycznym chłopcu jest łagodność wobec tego, co kochał.
- Oh Harry... co ty sobie wyobrażałeś?
Dotknęłam jego policzka, gdy szatyn zamknął oczy. Wtulił się w moją dłoń, włosy połaskotały mnie w kostki i wtedy poczułam, że jego twarzy była mokra.
Nigdy przecież przy mnie nie płakał.
- Obiecałem, że zrobię wszystko byś wraz z Lily była bezpieczna. - powiedział łamiącym się mu głosem. - Dotrzymałem słowa.
- Ryzykując własnym życiem.
Odpowiedziałam mu spokojnym spojrzeniem. Przynajmniej taką miałam nadzieję.
- Nie zdajesz sobie sprawy... - głos Harry'ego był ledwie szeptem. - ...ile jeszcze rzeczy byłbym w stanie dla was zrobić.
Widząc go tak bezradnego i bezsilnego, sama z trudem powstrzymywałam się od płaczu. Ile miesięcy musiało minąć, ile rozstań i kłótni bym znów mogła ujrzeć tą prawdziwą stronę jego osoby. Nawet nie umiałam wyrazić słowami tego jak bardzo jego obecność tutaj działała mi na emocjach.
- Harry...
Zarzuciłam ręce na szyję chłopaka, kiedy ten zdążył zauważyć, że dystans pomiędzy nami się zmniejszył. Ten przygarnął mnie ostrożnie i ukrył twarz w zagłębieniu mojej szyi.
Po tylu przejściach, zrozumiałam, że dla niego zrobiłabym wszystko. Od samego początku tak było. Byłabym gotów zepsuć samą siebie tylko po to, żeby naprawić jego.
Pocałowałam go w policzek z taką samą czułością, jaką on mi okazywał. Wyczułam sól - krew i łzy. Harry nic nie mówił, ale czułam szalone bicie jego serca przy swojej piersi. Obejmował mnie mocno, jakby nigdy nie zamierzał puścić. Pocałowałam odruchowo jego kość policzkową, gdy uniósł lekko swoją twarz, potem szczękę i wreszcie usta, leciutko. Chłopak zadrżał.
- Jesteś ranny...
Próbowałam dotknąć jego pokaleczonej twarzy, ale powstrzymał mnie.
- Nie przejmuj się, proszę.
 Uniosłam wzrok, bardzo powoli, jakbym się bała. Kiedy nasze oczy znów się spotkały, zapragnęłam już nigdy nie wypuszczać go z objęć, nigdy nie oderwać wzroku od jego wielkich, hipnotyzujących, zapatrzonych we mnie z czułością i pożądaniem oczu.
- Czas skończyć z przestępczością. - panikowałam, lustrując uważnie jego blizny. - Żadnych broni, niczego, co by postawiło nas w niebezpieczeństwie. Koniec ze wszystkim. Musisz mi obiecać...
- Obiecuję. - odparł Harry i ucałował moją dłoń. Obserwował mnie swoimi dużymi oczami, które nadal były nawilżone od łez. - Od tego momentu wszystko się zmieni. Jeśli dasz mi tylko szansę.
Nasza spojrzenia się spotkały. Pomyślałam o fali, która zawsze mnie porywała w obecności Harry'ego. Teraz też zaczęła ciągnąć mnie z siłą, nad którą nie potrafiłam zapanować.
- Po wczorajszym wieczorze...
- Nie musimy rozmawiać o tym teraz. - uprzedziłam go. - Jeśli nie chcesz...
- Nie, Vanesso. - potrząsnął głową nerwowo. - Nie mogę już więcej kłamać. Nie jestem w stanie kontrolować samego siebie od wczoraj. Powinnaś wiedzieć jak naprawdę się czuję wobec ciebie.
Ton jego głosu wydawał się wręcz błagalny. Mogłam przypuszczać ile myśli musiał mieć w swojej głowie. Był zdenerwowany, ale jednocześnie starał się tego nie pokazywać. Robił co mógł by zachować opanowanie.
- Moja chęć zemsty przyćmiła to co naprawdę w życiu powinno się liczyć dla człowieka. - odrzekł z odwagą i mocnym przekonaniem. - Przez te ostatnie miesiące, nie zdawałem sobie sprawy, że wciąż nosiłem jakiekolwiek uczucia z tobą związane. Dopiero kiedy po raz pierwszy ujrzałem Lily, naszą córkę, coś otworzyło mi oczy. Przejrzałem i teraz widzę w czym popełniłem błąd. Nie zgadzałem się z tym co podpowiadało mi serce. Kochałem cię, ale nie doprowadzałem do siebie tej myśli. Oskarżyłem cię o powód tego co się stało pomiędzy nami, choć dobrze zdawałem sobie sprawę, że gdyby nie ta dziewczyna, może nigdy nie musielibyśmy przechodzić przez to wszystko. - zaczerpnął tchu. - Kocham cię Vanesso. Kocham i nie przestanę tego powtarzać, nawet jeśli miałabyś zaraz mi tego zabronić. I nie oczekuję od ciebie wybaczenia mi błędów jakie zrobiłem, ponieważ to byłoby głupie. Pragnę byś jedynie mi zaufała.
Położyłam dłoń na klatce piersiowej Harry'ego, tuż przy sercu, które biło szaleńczo. To był prawdziwy Harry, mój Harry o którym nie potrafiłam zapomnieć.
- Nigdy nie popełniłeś błędu w naszym związku. - obwieściłam raptownie. Chłopak zmrużył oczy, zdezorientowany. - Wiem jak było naprawdę. Ryan wszystko mi powiedział. Ty nigdy mnie nie zdradziłeś. To Thomas wmieszał się pomiędzy nami.
Harry odsunął się ode mnie i odruchowo przyłożył rękę do czoła.
- Nie wiedziałem, że Ryan ci powiedział. - wyznał. - Nie myślałem nawet, że to zrobi. W ogóle nie powinien był ci mówić.
Popatrzyłam na niego lekko zaskoczona jego reakcją.
- Niby dlaczego?
- Bo on cię kocha. - w głosie Harry'ego brzmiała gorycz. - Dlaczego miałby?
- Ryan zawsze idzie za prawdą. - odparłam. - Musiałbyś go lepiej poznać by go zrozumieć. On nie jest taki jak inni. Nie kłamie, a troszczy się. Nie masz pojęcia ile rzeczy zrobił dla nas obojgu.
- Przypuszczam do czego Ryan jest zdolny ze swoją szlachecką cechą. - mówił spokojnie. - Ale czasami za daleko się z nią posuwa.
- Uśpił własne uczucia do mnie by dać nam obu szansę na naprawienie tego co zostało zepsute. - powiedziałam. - Nie rozumiesz tego? Poświęcił się dla tego właśnie momentu. Dla nas.
- Ale go kochasz. - obwieścił gwałtownie. Jego oczy wypalały we mnie dziurę. Miał dziki wzrok, włosy splątane, jego dłonie drżały z emocji. - Widziałem jak na siebie patrzycie. Wybacz mi, że dopiero teraz na serio poruszyłem ten temat, nie licząc wzmianki w liście. Czujesz do niego coś, prawda? Coś, czego zapewne nie czułaś przy mnie. I jeśli jesteś pewna, że tylko Ryan może ci to dać, dlaczego miałbym stawać wam na przeszkodzie?
Przez ostatnie dwa lata życia przeszłam wiele, zmieniłam się, życie zmusiło mnie do zmian. Może i w pewnym sensie romans mój i Harry'ego poruszył moje życie, ale z drugiej strony dał wielką siłę i wiarę w siebie.
Harry odszedł tak po prostu, choć ponoć byłam jego wielką miłością, dla której gotów był się poświęcić. Tak to wtedy odbierałam. Depresja i załamanie nerwowe, jakie przeszłam uczyniły ze mnie inną kobietę, ból, jaki czułam był niedopisania, morze wylanych łez i bezradność, że nie mogłam walczyć uczyniły mnie jeszcze twardszą. Gdyby nie przyjaciele nigdy bym się z tego nie podniosła, ale byli zawsze, zawsze, gdy potrzebowała, kiedy nie było już siły na płacz, bo zabrakło łez. Po roku postanowiłam zapomnieć, może nie zapomnieć, bo nie potrafiłam się raczej oduczyć życia bez niego, bo choć wmawiałam sobie, że zapomniałam, choć nigdy nie wspominałam, nigdy o tym nie mówiłam to pamiętałam. Pamiętałam każdy gest, każdy dotyk, uśmiech, wszystko. Bo kochałam go, nawet wtedy, kiedy nie chciałam. I to sprawiało, że nie umiałam się od niego odsunąć ani pozwolić mu odejść.
- Kocham cię. Wiesz o tym. - po raz pierwszy odważyłam się wymówić te słowa z tak wielką siłą. Byłam pewna, że te słowa podziałały na Harry'ego jak uderzenie w dzwon. - Ale masz rację. Kocham też i Ryana. Łączyło nas coś silnego, ale on tak nie uważał, choć chciał. Za każdym razem to ty byłeś powodem dla którego się hamował. Bo nie widział we mnie nadziei, że moglibyśmy być razem, coś wspólnie stworzyć. Wiedział, że wciąż coś do ciebie czuję.
- I to dlatego nie próbował? - chłopak podszedł do mnie powoli. - Ze względu na mnie? Nawet i wtedy, kiedy tak okropnie byłem w stanie cię traktować?
- On wie, że nie wszystko skończyło się tutaj, Harry. - wskazałam palcem na miejsce pod domem Liama, gdzie po raz ostatni widziałam się z Harrym przed jego ucieczką do Miami. - Kiedy wróciłeś do Los Angeles, zorientowałam się, że nie jesteś tym człowiekiem, którym byłeś przedtem. Pomimo twojego zachowania, zawsze widziałam w tobie światło nadziei. I dlatego Ryan zrozumiał, że co byś nie zrobił to i tak bezustannie będę starała się cię ratować. Bo mimo wszystko, czułam, że to byłeś ty i nawet ten drugi ty... były w nim cząstki prawdziwego ciebie. To tak, jakbym patrzyła na ciebie przez brudne okno. Przynajmniej tyle teraz wiem.
- Co masz na myśli? - zacisnął dłonie na moich ramionach. - Co to znaczy, że przynajmniej tyle wiesz?
- Kiedy byłeś... pochłoniony tymi wszystkimi chęciami władzy i zemsty, z jednej strony wydawałeś się szczęśliwy. Zjawiłam się, bo chciałam cię ratować. - ściszyłam głos. - Ale czasami zaczęłam się zastanawiać przed czym właściwie cię ratuję. Chciałeś stworzyć nowe życie. Więc po co uporczywie sprowadzać cię z powrotem do życia w którym i tak wydawałbyś się nieszczęśliwy przez to co się stało? 
- Nieszczęśliwy? - Harry potrząsnął głową. - Miałem szczęście. Tak. Wielkie szczęście. Ale tego nie dostrzegałem. - spojrzał mi w oczy. - Kocham cię. I ty czynisz mnie szczęśliwszym, niż kiedykolwiek uważałem to za możliwe. A teraz kiedy wiem, jak to jest być kimś innym... utracić siebie, chcę odzyskać swoje życie. Rodzinę. Ciebie. Wszystko. - jego oczy pociemniały. - Chcę to odzyskać.
Nie mogłam przestać patrzeć na jego idealną twarz. Na jego oczy, szeroko otwarte. Na lekko rozchylone usta, które w blasku księżyca wyglądały na idealnie wykrojone. Nie wiedziałam co miałam mu powiedzieć. Drastycznie szybko zabrakło mi słów.
- Nie potrafię przestać czuć się poddany tobie. - nagle poczułam jak nasze policzki się stykają. Przymknęłam powieki, wsłuchując się w cichy głos szatyna. - Od wczoraj nieustannie o tobie myślę. Po naszym pocałunku... odepchnąłem cię, bo wydawało mi się, że zaczynasz rozumieć to co ciebie czuję. Byłem przerażony, że miłość znów mogłaby nas rozdzielić. Listem musiałem sprawić, byś znienawidziła mnie za prawdę. Więc spróbowałem. A potem chciałem poddać się losowi, umrzeć z godnością, jeśli plan nie zadziała. Myślałem, że jakoś zniosę twoją nienawiść, ale teraz, gdy stoisz tu przede mną bez ani krzty złości w sobie za to co dokonałem, wiem, że nigdy jej w tobie nie było. Zawsze podchodziłaś do spraw ze spokojem, jak nikt inny kogo bym znał. - położył dłoń na moim biodrze. - Kocham cię jak ten sam szalony nastolatek, któremu pomogłaś, a on w zamian stracił dla ciebie głowę. Pokazałaś mi sens życia, razem mamy najpiękniejszą dziewczynkę pod słońcem. Zdaję sobie sprawę, że wszystko musi się zmieniać. Wiem tylko, że nie mogę cię stracić. Nie chcę. Nie poznam już nikogo takiego jak ty.
Staliśmy twarzą w twarz, pierś w pierś. Jego oddech poruszał moje włosy. Czułam bijący od niego żar pomimo zimnego wiatru. Widziałam z dziwną jasnością puls bijący na jego szyi, światło latarni na ciemnych włosach opadających na kark. Poczułam mrowienie na całym ciele, jakby ktoś wbijał we mnie rozżarzone igiełki, wprawiając w oszołomienie. Ile razy bym nie powtarzała jego imienia, to i tak nie umiałam się przyzwyczaić do tego, że to był on. Mój prawdziwy Harry. 
- Tyle razy śniłam o tobie, by móc ujrzeć cię takiemu jak teraz. - powiedziałam. - O momencie podobnym do tego w którym nie są obecne już żadne nasze problemy...
 To wystarczało by zapewnić Harry'ego o własnych uczuciach. Jego oczy pociemniały, policzki zapłonęły. Nie pozwolił mi na dokończenie tego co miałam do powiedzenia. Tak po prostu nachylił się i przywarł ustami do moich ust, a ja zamarłam kompletnie zaskoczona. Całowaliśmy się. Ja całowałam się z Harrym, powtarzałam. Pocałował mnie, nie wiedząc, czy ten pocałunek potrwa minutę, godzinę, czy całą noc. Pocałował mnie, nie wiedząc, co się wydarzy w przyszłym tygodniu, miesiącu. Ale w tej chwili żadna z tych rzeczy nie miała znaczenia. Liczył się pocałunek. Nie tylko sam pocałunek, ale i to, co ten pocałunek mówił. Każdy następny był jak czyste powietrze po długim przebywaniu w dusznym mroku. Jedną ręką Harry delikatnie objął mnie w pasie, przyciągając do siebie bliżej, a drugą zaś obejmował moją twarz i kciukiem lekko pieścił policzek. Dotykał mnie i całował ostrożnie, a ja wiedziałam dlaczego. I choć wiedziałam, że powinnam się odsunąć to i tak nie potrafiłam tego zrobić. Podczas gdy zapewniałam umysł, że to Harry mnie całuje, to on przyprawia o zawroty głowy i szum w uszach, moje ręce uniosły się jakby z własnej woli, objęły go za szyję i przyciągnęły. Szatyn musiał być tak pewien, że go odepchnę, że na chwilę znieruchomiał. Przesunęłam prawą dłonią po ramionie jego czarnej kurtki, a drugą wolną przytkałam do piersi. 
Oderwał się niespodziewanie od moich warg by móc zaczerpnąć tchu. Wzrok utkwiony miał jednak nadal na moich ustach. Kosmyki lśniących włosów opadały mu niesfornie na twarz, na której malowała się wyrozumiałość.
- Pragnąłem to zrobić w każdym momencie każdej godziny każdego dnia, odkąd powróciłem z Miami. Ale ty to wiesz. Musisz wiedzieć. Prawda?
Spojrzałam na niego zdumiona.
- Co wiem? – zapytałam. 
On też był zdziwiony. Czyżby naprawdę pomyślał, że nie wiedziałam co do mnie czuł? 
Chłopak westchnął z rezygnacją i pocałował mnie. Całował łagodnie, pragnąc wyrazić nie w słowach, a w czynach to co do mnie czuł.
- Czy byłabyś teraz w stanie mi zaufać? Po raz kolejny? - Harry znów dotknął kciukiem mojego policzka, tak ostrożnie i niepewnie, jakby bał się mojej reakcji. Ponownie musnął delikatnie moje usta, po czym odsunął się by tym razem spojrzeć mi w oczy. - Dać szansę na pokazanie ci, że potrafię się zmienić? Dla ciebie, dla naszej córki. Wezmę każdą odpowiedzialność na siebie. Zrobię co zechcesz bym zrobił.
- Chcę ci zaufać, Harry. - odrzekłam ciszej. Starałam się zapanować nad oddechem.
- A co z nami? - spytał. Jego oczy rozszerzyły się, kiedy dotknęłam kciukiem jego skroni. Różne myśli kotłowały się w jego umyśle. - Chcesz nadal ukrywać przed wszystkimi to co nas łączy? Nie umiem już więcej kłamać, wiesz o tym. I tym samym nie będę kłamał i teraz. Pragnę stworzyć z tobą przyszłość, mieć możliwość wychowania naszej małej Lily we dwoje...
Nasze usta znów się spotkały. Doznanie było tak silne, tak zniewalające, że zamknęłam oczy, jakbym mogła ukryć się w ciemności. Kiedy on brał wdech, ja wydychałam powietrze. Nasz pocałunek przestał być delikatny. Zaczął całować mnie coraz mocniej i głębiej. Jedną dłoń wsunął w moje włosy, a drugą błądził po moim całym ciele, z każdym ruchem przyciągając mnie jeszcze bliżej.
- Harry... - powstrzymałam szatyna przed jakimkolwiek ruchem i odsunęłam się. - Nie zapędzaj się proszę. - chłopak popatrzał na mnie swoimi rozszerzonymi oczami. - Nie sądzę, bym była na to jeszcze gotowa. Nie chcę za szybko się angażować. Musisz zrozumieć, że Ryan...
- No tak, jasne. - westchnął gwałtownie. - Przecież wciąż go kochasz.
- Nie o to chodzi. - uspokoiłam go. - Niedawno nasz związek się zakończył. Nie chciałabym pokazywać mu, że tak szybko pocieszyłam się w twoich ramionach. Tak samo jak i ja, potrzebuje on czasu by pozwolić życiu oswoić się ze zmianami. Mogą minąć miesiące zanim się ze wszystkim uporam. Najważniejsze jest dla mnie teraz wychowanie Lily i wrócenie do pracy.
 Harry zamilkł przez moment. Byłam pewna, że bił się z myślami, ponieważ wzrok miał nieobecny.
- Masz rację. - odrzekł nagle. - Niesłusznie wywieram na ciebie presję. Przepraszam. 
- Obiecaj mi, że będziesz cierpliwy. 
- Będę. Obiecuję. - jego palce złączyły się z moimi. - Wierzę, że wszystko ułoży się samo we właściwym czasie.
 Z zaskakującym uśmiechem na ustach, Harry pozostawił ostatni lekki pocałunek, tym razem łagodny na moim czole, po czym przytulił mnie do siebie, otulając ciepło swoimi ramionami. Czułam się bezpieczna, ale i pewna, że nasze dotychczasowe konflikty już nigdy nie będą stawały się dla nas problemem.
Jak gdyby nigdy nic się nie stało, oboje ruszyliśmy do domu Liama i dołączyliśmy do grupki znajomych. Mała Lily od razu rzuciła się w naszą stronę, gdy tylko nas ujrzała. Mogłam przysiąc, że nie widziałam jeszcze tyle szczęścia w Harrym co teraz w obecności naszej córki.


"Nie rzeczywistość sama, ale serce, z jakim ku niej przystępujemy, nadaje życiu kształty i kolory."


*Perspektywa Harry'ego*

Siła, jaka drzemie w uczuciach, choć czasem nie zdajemy sobie z niej sprawy, jest ogromna. Brzmi to może dość nietypowo, ponieważ nie możemy ich dotknąć, nie mają bowiem namacalnej formy. Trudno nam je opisać, skonkretyzować, namalować. Mimo to potrafią dużo, dlatego niektórzy bardzo obawiają się ich siły. Uczucia zmieniają przede wszystkim nasze podejście do określonych sytuacji, zdarzeń, sprawiają, że reagujemy inaczej, niż zwykle. Kiedy są silne, nasza zmiana jest tak duża, że zauważają ja inni ludzie. Pozytywnym objawem ich działania jest wytrwałość w dążeniu do celu, jakiej nie mają ludzie, którzy nie są pod wpływem uczuć. Otrzymujemy wtedy siłę, która nie zna przeszkód i dzięki temu jesteśmy w stanie uczynić bardzo wiele. Uczucia wpływają też na nasze relacje z otoczeniem, czasem je poprawiają, czasem zmieniają na gorsze - wszystko zależy od tego, jak bardzo pozwolimy im działać i czy są one pozytywne, czy negatywne.

Tym razem, po rozmowie z Vanessą, byłem przepełniony wielce pozytywną energią, ale i nadzieją, że wreszcie odnalazłem ścieżkę, którą chciałem podążać przez życie. Byłem gotów zapracować na jej zaufanie, pokazać, że potrafię dokonać zmian, jeśli naprawdę tego chcę. Kochałem ją, dlatego nie chciałem się poddawać. Czegoś się nauczyłem od chłopaków w tej sprawie. Wiedziałem, że warto walczyć o to co się kocha i pragnie. A ja pragnąłem nie tylko Vanessy, ale i rodziny z nią. Nie potrafiłem myśleć o niczym innym jak o tym, że miałem już swoją małą rodzinkę.

Chłopaki postanowili opić sukces dzisiejszej akcji, która udała się bez żadnych poważnych problemów. W salonie Liama rozstawione były puszki z piwem, a także i dwie butelki wina dla dziewczyn. Niestety musiałem odmówić picia z racji tego, że prowadziłem, a co najważniejsze zajmowałem się Lily, która od pierwszego momentu zobaczenia jej, stała się moim oczkiem w głowie. Oczywiście nie raz udało mi się przyłapać Vanessę na uśmiechaniu się w naszą stronę. Nasza córeczka była niesamowicie wniebowzięta, że byłem taki chętny na zabawy z nią. Całowałem ją, przytulałem, a ta jedynie śmiała się. Przypuszczałem, że tak szybko jej się to nie znudzi.

Ryan siedział w fotelu po lewej stronie stołu od mojej strony, a Vanessa tuż obok na jego oparciu. On też nie pił z racji tego, że przyjechał samochodem, więc jedynie starał się brać udział w rozmowach. Jasper zaś siedział naprzeciwko niego i również próbował wmieszać się w nasze konwersacje, ale czasami zdarzało się, że po prostu milkł, jakby wciąż był pogrążony w myślach po śmierci Thomasa.

Gdy później Vanessa zaproponowała, że pomoże mi przemyć twarz i założyć opatrunki na niektóre z bardziej poważniejszych blizn na twarzy, nie protestowałem. Podczas tych czynności, które głównie odbywały się w łazience, naszej małej ciekawskiej księżniczce często zdażało się do nas zaglądać. Chichotała się, uważnie obserwując to jak Vanessa zmywała ze mnie zaschniętą krew. Oczywiście Miranda była w pobliżu, więc czuwała nad nią by przypadkiem się nie potknęła i nie zrobiła sobie krzywdy w czasie biegania po mieszkaniu.

Kiedy wróciłem do salonu wraz z Lily, Miranda i Vanessa postanowiły wziąć Eleanor i pójść na chwilę na taras by móc się przewietrzyć, co dla mnie znaczyło głównie by móc sobie w spokoju porozmawiać. Pod ich nieobecność, udało mi się z chłopakami przedyskutować moje wcześniejsze zachowanie i co nieco wyjaśnić swoje błędy jakie popełniłem, jeśli chodziło o nich. Cieszyłem się, że wiele rzeczy sobie wytłumaczyliśmy i że teraz już nie było pomiędzy nami żadnych niepotrzebnych konfliktów i zniechęć. Przeprosiłem ich za swoje zachowanie i poinformowałem, że będę starał się popracować nad własnych charakterem z czego również nie ukrywali radości. Byłem im niewyobrażalnie wdzięczny za to co zrobili wobec mnie, pomimo tego iż wiedzieli, że potrafiłem być nieźle upartym, jak by to ująć, chujem. Zrozumieli i wzięli sobie do serca wiele z tego co powiedziałem i miałem wielką nadzieję, że od tej chwili zaczniemy wszyscy w zgodzie razem żyć. Udało mi się także przekonać ich o dobrych intencjach Jaspera, ale także i Ryana, który zgrywał trochę nieśmiałego w naszej obecności. Chciałem by oboje stali się częścią naszej niewielkiej rodziny i czuli się w niej swobodnie jak w swojej własnej.

Lily biegała po salonie z misiem w ręce, co chwila zaczepiając przede wszystkim Jaspera do przyłączenia się do niej. Przyjaciel uśmiechał się na każde jej zachcianki i mówił coś do niej, a ta słuchała z oczami wielkimi i świecącymi z podekscytowania. Ryan zerkał na nią i próbował ją zaczepić, ale ta zbytnio nie zwracała na niego uwagi ze względu na Jaspera, który był jej podajże ulubionym oficjalnie wujkiem. Jej długi czerwony sweterek na którym widniał obrazek drewnianego domku i łąki wokół pełnej różowatych kwiatów, wydawał się na nią nieco za duży, ponieważ co jakiś czas musiałem podwijać rękawy by jej przeszkadzały.
- Pamiętasz Harry, gdy ja i Niall pojechaliśmy do Hiszpanii? - Zayna nabrało na wspomnienia sprzed kilku lat. - No mówię wam, w jedną noc wypiliśmy tyle wódki, że w drogę powrotną do hotelu zasnęliśmy w pobliskim parku.
- Czy to było w dniu twoich urodzin? - spytał Liam. Opierał się wygodnie o zagłówek kanapy i z zaciekawieniem obserwował kumpla. - Co żeście poszli na imprezę i na następny dzień wylądowaliście na posterunku policji?
- Tak. - odparł Niall i dopił swoją drugą puszkę piwa. - To wtedy chyba był mój pierwszy raz, kiedy przeholowałem z alkoholem.
- Najlepsze było ta sytuacja z Zaynem, pamiętasz? Co był tak pijany, że wsiadł na motor i złamał sobie rękę? - Liam wydawał się rozbawiony podjętym tematem rozmowy. - A powtarzałem mu, że krzywdę sobie zrobi, jeśli wsiądzie na tego harleya.
Zayn szturchnął przyjaciela w ramię.
- Najlepiej to pić z Zaynem w zamkniętych pomieszczeniach, tak by miał potem gdzie spać. - dopowiedziałem. Lily pomachała mi pluszakiem przed nosem. Ucałowałem ją w czoło, gdy wziąłem go od niej. - Raz tak się oboje upiliśmy u Louisa, że ten spał z nogami zamoczonymi w oczku wodnym.
Chłopaki roześmiali się. Fajnie było powspominać stare lata. Bycie nastolatkiem z jednej strony zawsze wspomina się najwięcej. Może dlatego, że to wtedy robi się najwięcej głupstw.
Lily zeszła z moich kolan i pobiegła do Nialla. Ten posadził ją do siebie na kolana, ale szybko się rozmyśliła, więc przeszła po kanapie do Zayna.
- Dobra, słuchajcie. Muszę wam o czymś powiedzieć. - obwieścił niespodziewanie Louis.
Podniósł się na nogi, a jego twarz natychmiast zrobiła się czerwona.
- Co jest Tommo?
Niall nadal nie przestawał się śmiać. Louis jednak postanowił kontynuować.
- Planuję oświadczyć się Eleanor. - odrzekł, a wszyscy spojrzeli na niego zaskoczeni. Nikt z nas się szczerze tego po nim nie spodziewał. - Od niedawna o tym myślę.
- Nie gadaj! Serio?
Liam zerwał się z kanapy i uściskał przyjaciela. Ja osobiście potrzebowałem jeszcze kilku minut by ta informacja do mnie doszła. Zrozumiałem przy okazji jak szybko zmieniły się nasze życia w ciągu ostatnich kilku lat. Nie byliśmy już głupimi nastolatkami. Tu chodziło o podejmowanie poważnych decyzji, które miały mieć wpływ na nasze życia.
- Gratuluję stary!
Niall również dołączył do Liama i uściskał Louisa. Tak samo jak później i Zayn, pozostali także wstali by pogratulować. Nie dochodziła do mnie myśl o Louisie jako mężu i może później ojcu. To tak szybko się działo.
- Kiedy zamierzasz to zrobić? - zapytał Zayn. Sięgnął po piwo, kiedy Lily postanowiła pójść pobawić się z Jasperem.
- W przyszłym tygodniu. Planuję oświadczyć się jej gdzieś na plaży. Eleanor uwielbia chodzić w takie miejsca.
- No to teraz naprawdę mamy super okazję by opić ten dzień.
Niall podał Louisowi puszkę piwa i wszyscy od razu wznieśli toast. Przejąłem moją córeczkę w ramiona, a ta zaklaskała wesoło na widok uradowanych chłopaków. Pogratulowałem osobiście Louisowi i złożyłem życzenia. Naprawdę kibicowałem jego związkowi. Od kilku lat są razem z Eleanor i wydają się szczęśliwi w swoim towarzystwie.
- Przepraszam was na chwilę. - odezwał się Ryan i wstał z kanapy. - Muszę zaczerpnąć trochę powietrza.
- Spoko. - odparł Louis.
Wszyscy odprowadziliśmy go wzrokiem aż do drzwi. Nie wydawał się szczęśliwy, ale i także i nie przygnębiony. Postanowiłem pójść za nim i porozmawiać z nim w cztery oczy. Poprosiłem szybko Zayna by zaopiekował się na chwilę Lily, po czym ruszyłem za nim.

Gdy otworzyłem drzwi wejściowe od mieszkania, od razu natrafiłem na Ryana. Siedział spokojnie na frontowych schodach, na najniższym schodku i obserwował przed sobą jakąś starą kobietę przechodzącą z psem. Dochodziła dwudziesta trzecia na zegarku, więc trochę sam się zdziwiłem, że tutejsi mieszkańce aż tak późno postanawiają wyjść na spacery.
- Hej. - przywitałem się, kiedy Ryan odwrócił się za siebie. - Mogę się do ciebie przyłączyć?
- Jasne. - odparł.
Usiadłem obok przyjaciela i starałem się również skupić wzrok na krajobrazie przed sobą. Przez chwilę czułem się dziwnie, ale w końcu poddałem się i zacząłem rozmowę od tematu, który kusił mnie już od jakiegoś czasu.
- Vanessa powiedziała mi co zrobiłeś. - powiedziałem. Zerkałem ukradkiem na twarz Ryana, ale nie było w niej nic oprócz naturalnego spokoju. - O tym jak się poświęciłeś.
- Mówiłem ci, że to zrobię. - westchnął, wzruszając ramionami. - Aż tak to cię więc zaskoczyło?
- Wiesz, nie spotyka się raczej często ludzi podobnych do ciebie. Bynajmniej ja nigdy takich nie spotkałem...
- Zrobiłem to co było słuszne, Styles. - przerwał mi. - Nie wiem co jeszcze miałbym ci powiedzieć na ten temat.
- Naprawdę jesteś gotów zapomnieć o uczuciach do niej? - spytałem. Miałem nadzieję, że nie sprawiałem wrażenia natrętnego. - Przecież kochasz Vanessę. Czemu miałbyś robić coś takiego?
- Po prostu tak musi być. Nie wytłumaczę ci tego, nie umiem. Jakoś nie czuję się tym odpowiednim dla niej.
- I dlatego pomyślałeś, że ja mogę nim być? - zakpiłem. - Z jakiej niby racji? W przeciwieństwie do mnie, nie masz aż tak zniszczonej przeszłości.
- Znasz takie przysłowie, "Jeśli kogoś kochasz, daj mu wolność"? - spojrzał na mnie pytająco. - Owszem, kocham Vanessę, ale to co było pomiędzy nami, nigdy nie będzie takie same jak to, co jest pomiędzy tobą, a nią. Nie będzie tak trwałe i tak silne, bo to ciebie ona kocha. Po co miałbym trzymać ją przy sobie, skoro i tak wiem, że nic z tego nie będzie? Nie mogę zmusić jej do kochania mnie. Nigdy bym tego nie zrobił.
- Ale ty wiesz, że ona cię kocha, prawda? - kopnąłem niewielki kamyk leżący w pobliżu jak najdalej od siebie. - Pomyślałeś, jak ona będzie się czuła z twoją decyzją?
- Nie mogę nic z tym zrobić. - odrzekł od razu. - Przedyskutowałem z nią ten temat wiele razy w ciągu ostatnich godzin. Musi zaakceptować moją decyzję. To będzie dla niej najlepsze.
- Tak uważasz?
- To silna kobieta. - zapewnił. - Powinieneś był widzieć przez co przechodziła. Jestem pewien, że poradzi sobie z tym.
- Martwię się o nią. - pokręciłem głową nerwowo. - Teraz, gdy ten cały koszmar z Thomasem się skończył, zastanawiam się nad tym co będzie. Czy poradzimy sobie z normalnym życiem, z zaakceptowaniem tego, czego już nie ma.
- Masz na myśli czy Vanessa głównie poradzi sobie ze śmiercią Christophera?
- Niby o nim nie wspomina, ale wiem, że bezustannie o nim myśli. Ma kilka zdjęć w swoim mieszkaniu. Nie wiem czy zauważyłeś...
- Tak ma. - oznajmił. - Ale to nie powód byś się o nią martwił. To normalne u ludzi, którzy stracili swoich bliskich. Myślę, że z czasem pogodzi się z jego stratą.
- To ja go zabiłem. Dlatego czuję się winny temu przez co przechodzi.
- Nie możesz obarczać siebie za to do końca życia. Prędzej czy później to uczucie minie. - odparł. - Staraj się skupiać swoją uwagę na tym co się dzieje teraz, a nie zaprzątać sobie głowy tym co stało się w przeszłości czy stanie w przyszłości. Chociaż raz przestań martwić się o głupie rzeczy, a skup na tych właściwych.
Ryan czasami naprawdę robił na mnie wrażenie. Powaga i opanowanie w nim było godne podziwu.
- Dziękuję ci za wszystko. Naprawdę nie wiem jak mógłbym ci się odwdzięczyć. Zaopiekowałeś się Vanessą i moją córką, potraktowałeś ich jak własną rodzinę. Cieszę się, że znalazłeś się w ich życiu i sprawiłeś je lepszym. Zrobiłeś coś, czego sam nigdy nie zrobiłbym zapewne lepiej.
- Wiedz Harry, że masz dobrą okazję, więc wykorzystaj ją. Bądź dobrych ojcem dla Lily i troszcz się o Vanessę. A, i obiecaj mi, że tym razem nie zawalisz. Bo serio, wtedy będę musiał naprawdę skopać ci dupę przy wszystkich.
Uśmiałem się na jego komentarz.
- Postaram się. Dzięki za radę.
- To nie rada, to ostrzeżenie. - zagroził mi, choć wiedziałem, że robi sobie ze mnie jaja. - Nie ręczę za siebie, jeśli coś głupiego ci przyjdzie do głowy.
- Myślę, że wystarczająco dorosłem by wiedzieć co powinno się w życiu cenić najbardziej.
- No ja myślę.
Na niebie, usłanym chmurami, nie świeciła ani jedna gwiazda, ale wiatr i tak posuwiście hasał. Jeszcze przez kilka minut siedzieliśmy oboje na schodach, zanim później ostatecznie deszcz wraz z narastającą burzą zagonił nas do środka.


"Chłopak wierzył, że wystarczy mieć nadzieję. Że świat to nie droga jednokierunkowa, że może pomieścić wiele różnych historii. Że jest naprawdę dostatecznie duży i nieprzewidywalny."






23 gru 2017

Rozdział 115 - cz. 2

Przed zachodem słońca wszyscy już byliśmy gotowi. Pożyczony przez Jaspera czarny minivan stał przed domem, a wszystkie potrzebne rzeczy zostały już do niego wcześniej zapakowane. Ku zdziwieniu, niebo zdążyło się nieco rozchmurzyć wraz z mijanymi godzinami. Wiatr wyraźnie spowolnił, przy czym deszcz również. Ale mimo poprawień, noc nie zdawała się być spokojna. Obserwując niebo, usłane burzowymi chmurami, czułem, że mogło czekać na nas kilka nieprzyjemnych dodatkowych wyzwań.
Zayn uzbroił nas w rewolwery i specjalne noże, a także dał nam po kilka małych przydatnych rzeczy takich jak powiedzmy zapalniczka. Liam zaś zaopatrzył każdego w słuchawki douszne byśmy mogli być w kontakcie przez cały czas. Nic więcej raczej nie było nam już potrzebne.
- Louis wraz z Niallem zajdą budynek od tyłu i zajmą się tamtejszymi strażnikami. - wskazałem na mapę w miejscu o którym było mowa. Wszyscy zebraliśmy się w salonie by omówić po raz ostatni cały plan. - Ja zajmę się tymi z przodu, gdy tylko Rebecca przedostanie się do Thomasa. Zayn... - odwróciłem głowę w prawą stronę, gdzie stał mój przyjaciel. - ty dołączysz do mnie później. Nikt nie może zauważyć, że coś jest nie tak. Musimy starać się nie przyciągać uwagi.
- To właśnie dlatego jesteście zaostrzeni w strzały usypiające. - dodał od siebie mulat. - No może nie w stu procentach, ale jesteście. Używacie je tylko do pozbycia się strażników. Strzały nie wydają dzwięków w przeciwieństwie do zwykłych pocisków. Pomoże nam to bez problemu zakraść się do celu.
Byłem pewny, że mój plan zadziała. Tym razem nie bałem się iść na wojnę z sprzeciwującymi mi się myślami. Nie miałem ich. I to najbardziej dodawało mi siły. Wierzyłem, że to wszystko się skończy. Że Thomas wkrótce poczuje prawdziwą moc mojej nienawiści do niego.
- Co jeśli Rebecca nas okłamuje? - zapytał Niall niepewny. Podczas gdy Jasper pilnował wspólniczki Thomasa, siedzącej już w samochodzie, blondyn wreszcie mógł szczerze odezwać się na jej temat. - Nie mamy pojęcia czy mówi prawdę. Plan szlag trafi, jeśli okaże się, że zostaliśmy okłamani. 
- Horan ma rację. - poparł go Louis. - Nie sądzę by Rebecca była z nami do końca szczera. Ale słuchajcie, nic nam nie pozostaje jak uwierzenie jej. Przypuszczam, że możemy natrafić na więcej strażników, ale nawet w tym przypadku damy radę. Nie ma co panikować.
Każdy z chłopaków miał na sobie czarne ubrania by w ciemnym lesie móc pozostać niezauważonym. Kieszenie męskich kamizelek były wypełnione nożami, a także i dodatkowymi amunicjami. Na nogach widniały ciężkie robocze buty, ale takie by mogły ułatwić swobodę w przemieszczeniu się. W przeciwieństwie do reszty, tylko Niall i Louis wyróżniali się swoimi charakterystycznymi czapkami z daszkiem.
- W razie czego, zgłaszacie się. - kontynuowałem. - Musimy trzymać się planu i wykorzystać szansę. Rebecca odwróci uwagę frontowych strażników swoim przybyciem, tym samym dając nam większe pole do popisu. To będzie najlepszy moment dla mnie by spokojnie przedostać się do środka posiadłości.
- A co z Jasperem? - spytał Liam z nad przeciwka. - Masz zamiar włączyć go w akcję?
- Nie będę narażał go na niebezpieczeństwo. - przyznałem. - Zwłaszcza, że Thomas i on są rodzeństwem. Bałbym się, że mogłoby to zaszkodzić wszystkiemu. Wiesz o co mi chodzi. Nie mam pewności co do Thomasa, jeśli chodzi o jego sprawy rodzinne z Jasperem. Lepiej będzie jak zostanie z tobą w aucie.
Przyjaciel kiwnął głową na zrozumienie, choć nie bardzo byłem pewny, że ta wiadomość go ucieszyła. Nikt chyba zbytnio nie przepadał za Jasperem z racji tego, że był on związany z Thomasem pod względem rodzinnej więzi. Ta sama krew, te same geny, to samo wychowanie. Chłopaki zapewne starali się go tolerować ze względu na mnie, ale czasami coraz częściej udawało mi się zauważyć ich zdenerwowanie, gdy znajdywał się w pobliżu. W sumie to nie szczególnie mnie to zadziwiało.
- Już czas. - obwieściłem nagle, wcześniej spoglądając na zegar wiszący na ścianie naprzeciwko. - Zbierzcie ostatnie rzeczy, które się przydadzą i za pięć minut widzimy się na dole. 

~*~

Niestety tak jak przepowiadałem, pogoda ponownie się zepsuła, gdy tylko znaleźliśmy się na miejscu. Deszcz nabrał tempa, a wraz z nim pojawiły się burze, które co jakiś czas rozjaśniały zachmurzone niebo.
Liam zaparkował samochodów z dala od kryjówki Thomasa tak by pozostać niezauważonym przez strażników. Przez połowę drogi wszyscy zachowywali kamienne twarze, co mnie zaskoczyło. Kiedy jeszcze byliśmy nastolatkami, podobne akcje nie miały dla nas dużego znaczenia, wręcz nie obchodziły nas konsekwencje. Teraz widać było, że to się zmieniło. Każdy miał powód dla którego chciał wciąż żyć.

Wokół nas, otaczał nas mrok lasu. W okolicy nie znajdowało się nic, oprócz dzikiej roślinności i małych kapliczek chrześcijańskich przy drodze. Oblał mnie strach. Był niczym jak żywa, mieszkająca we mnie istota. Czasami czułem, jak krąży po moim ciele, usiłując wyrwać się na wolność. Towarzyszył mi i teraz, kiedy nieoczekiwanie pomyślałem o Vanessie. Starałem się nie dopuszczać takich myśli do siebie akurat w takim momencie, ale nie dawałem rady. Martwiłem się o nią i o Lily, moją córkę. Miałem wielką nadzieję, że wszystko się w krótce ułoży. Chciałem móc czuć się wolny bez ciągłego życia w strachu o to co się stanie. Niczego tak bardzo nie pragnąłem jak mieć rodzinę. Dlatego musiałem wyjść z tej akcji żywy.  
Minivan miał wystarczająco dużo siedzeń by pomieścić całą naszą siódemkę. Rebecca siedziała cicho na swoim siedzeniu przy oknie za kierowcą, ponuro zerkając co jakiś czas na każdego z chłopaków. Dużą uwagę jednak poświęcała na wpatrywaniu się w Jaspera, który siedział na miejscu pasażera na samym przodzie. On natomiast raczej nie wyglądał zbytnio na zainteresowanego tym co się działo. 
- Harry, jesteś pewny, że uda wam się w taką pogodę? - odezwał się Liam, wyłączając przednie światła pojazdu.
Niski, dudniący grzmot burzy przetoczył się gwałtownie nad nami. Zayn wraz z Louisem zerknęli z zaciekawieniem za okno w niebo.
- Damy radę. - obwieściłem. - Nie ma co panikować. Postarajcie się jedynie uważać. Szlak może być nieco zdradliwy. 
Niall wiercił się na swoim siedzeniu po mojej lewej stronie. Akurat ja siedziałem na środku pomiędzy nim, a Rebeccą. 
- Obyś wiedział co robisz, Harry. - przemówił Jasper. Bawił się co jakiś czas swoim telefon, jakby coś go nieustannie drażniło. - Powinniście uważać. 
- Wszystko się uda jeśli będziemy trzymać się planu. - schowałem pistolet za pasek spodni i odwróciłem się do tyłu do Zayna i Louisa. - Jesteście pewni, że macie wszystko?
Oboje skinęli głowami.
- Dobra. Louis i Niall wyjdą jako pierwsi. Trzymajcie się lewej strony, ale nie oddalajcie się za daleko od budynku. Ja i Rebecca ruszymy jako drudzy. Zayn dołączy później. Wy, Liam i Jasper, zostajecie tutaj. No, ale to już raczej wiecie.
- Starajcie się być z nami na bieżąco. - dopowiedział Liam. Sprawiał wrażenie naprawdę przejętego tą sytuacją. - Po to dałem wam słuchawki. 
- Racja. Każdy niech informuje wszystkich o swojej pozycji. To nam pomoże mieć kontrolę nad planem.
- Postarajcie się też mieć oko na Rebeccę. - Jasper zerknął na dziewczynę gromiącym spojrzeniem. - Tak na wszelki wypadek. 
Wspólniczka Thomasa miała chyba zamiar coś powiedzieć, ale ostatecznie poddała się. Wiedziała, że Jasper nie pałał do niej sympatią. 
- Louis, Niall. Możecie iść. - oświadczyłem. - Pamiętajcie o strategii. Powodzenia. 

Dwójka przyjaciół opuściła pojazd. Pośród ciągnącej się roślinności, szybko za chwilę zniknęli w głąb lasu wysokich drzew. Modliłem się tylko by sobie poradzili. 
Gdy przyszedł czas na mnie i Rebeccę, poczułem własne nerwy. Oczywiście, że każdy człowiek w takiej sytuacji odczuwałby takie emocje. Pomimo iż byłem zdeterminowany do działania, całkowicie pewny naszej strategii, miałem prawo do myślenia o negatywach swoich dokonań. 
Dziewczyna siedząca obok mnie, wyglądała jeszcze gorzej ode mnie. Widząc jej twarz, wyobrażałem sobie co musiała odczuwać. Nie to, że jej współczułem. Wręcz przeciwnie. Jej przerażenie przyprawiało mnie o siłę, pokazywało, że miałem nad nią jakąś władzę. 
Pozwoliłem Rebecce wyjść z samochodu przede mną. Zanim jednak zrobiłem to samo, usłyszałem raptownie swoje imię wypowiedziane przez Liama.
- Styles, zapomniałem ci wspomnieć o jednej rzeczy. - odrzekł przyjaciel szeptem. - Rebecca ma wczepiony podsłuch. Ona o tym nie wie. Pomyślałem, że to może ci ułatwić nieco sytuację, gdy będziesz musiał oddalić się od niej na pewien czas. 
Byłem wdzięczny Liamowi za to co dla mnie robił. Nie umiałem wyrazić tego słowami. W jakiś sposób również wierzył, że uda mi się dokonać tego, do czego nieprzerwanie dążyłem przez te ostatnie lata. 
- Dzięki stary.
Byłem gotowy zrobić to także i dla niego. Doskonale pamiętałem to przez co przechodził, gdy Danielle zginęła. Przez parę miesięcy nie mógł wziąć się w garść. Obwiniał siebie, zażywał narkotyki by tylko ukoić ból. Nikomu niewinna dziewczyna zginęła przez takiego skurwysyna jakim był Thomas. Za to co się stało, mój wróg musiał zapłacić własnym życiem.

Zatrzasnąłem za sobą drzwi minivana, na tyle cicho na ile zdołałem. Rebecca stała niedaleko mnie, jakby wiedziała, że nawet jeśli podejmie jakiekolwiek kroki bez mojej wiedzy, to źle to się dla niej skończy. Niecierpliwie przestępowała z nogi na nogę, gdy zauważyła, że się zbliżam. Była niesamowicie zestresowana. Wyobrażałem sobie jak każdy mięsień w jej ciele robił się odrętwiały. Jak po głowie chodziły jej różnorakie myśli i nie były one ani trochę optymistyczne.
- Cieszę się, że się słuchasz. - odrzekłem spokojnie, przytrzymując kurczowo nadgarstek dziewczyny. Jej źrenice w mgnieniu oka zrobiły się duże. - Plan jest taki. Będziesz szła przede mną do momentu aż dotrzesz do bramy. Wtedy się rozdzielimy. Gdy znajdziesz się na terenie posiadłości, musisz odciągnąć uwagę strażników, podczas gdy ja będę przedzierał się przez ogrodzenie od prawej strony budynku. Jeśli piśniesz komukolwiek słowo o tym, że tu jesteśmy, nie oczekuj, że się nad tobą zlituję. Zrozumiałaś?
- Thomas się zorientuje, że coś jest grane. - odparła. - Nie unikniesz tego.
- A więc módl się, żeby do tego nie doszło, bo marnie wtedy skończysz. - warknąłem. - Trzymaj parasolkę. Przyda ci się.
Pchnąłem dziewczynę chamsko przed siebie by dać jej prawo do poprowadzenia nas obojgu do celu. Zanurzyliśmy się w cierpliwą puszczę, która momentalnie zamknęła się za nami, jak morze zamyka się nad nurkiem. Przedzierałyśmy się przez gęste zarośla, robiąc co w naszej mocy by nie wydawać jakichkolwiek dzięków, co było trochę irytujące, kiedy dosłownie na każdym kroku deptaliśmy po gałęziach i suchych liściach.
Powietrze było zimne, gęste, ciężkie i leniwe. Odczuwałem początek narastającej zimy jak jeszcze nigdy wcześniej. Mimo ciepłych ubrań, gęsia skórka i tak się pojawiła.
- Rusz się.
Ponagliłem Rebeccę, gdy ta niespodziewanie zawadziła o coś, najprawdopodobniej o korzeń i wpadła w drzewo. Cóż, nie ukrywałem, że należałem do osób cierpliwych.
Blondynka rzuciła mi gniewne spojrzenie, ale nie odezwała się. Posłusznie ruszyła przed siebie, nawet nie obrzucając mnie swoimi komentarzami. Byłem jednak pewny, że w myślach przeklinała moją osobę.
- Tędy dostaniemy się do ścieżki, którą potem dotrzemy pod samą bramę. - Rebecce wskazała nagle palcem na północno-wschodni kierunek lasu. - Dom będzie po naszej prawie stronie.
Zatrzymałem się obok niej, kiedy ta również przystanęła na chwilę. 
- Będę musiał więc skręcić w prawo nieco wcześniej by przedostać się od boku budynku, zgadza się?
- Tak.
Blondynka pokiwała głową, po czym skierowała się w kierunku wcześniej wskazanej drogi. Byłem naprawdę ciekaw jak się zachowa, gdy stanie przed Thomasem. Czy wstawi się za nami czy od razu przejdzie do rzeczy i nas wyda.
- Styles? Tu Louis. Słyszysz mnie dobrze?
Głos przyjaciela zabrzmiał w słuchawce mojego prawego ucha.
- Tak. - odpowiedziałem szeptem. - Słyszę cię doskonale. O co chodzi?
- Dotarliśmy do drogi, która była pokazana na mapie. W oddali widzimy budynek po naszej lewej stronie.
- Dobrze. Kieruj się z Niallem na północ. Od lewej strony musicie zajść dom od tyłu. 
Rzęsisty jesienny deszcz, który non stop się wzmacniał, zmoczył ziemię pod moimi nogami. Pobliskie ścieżki zapewne napełniały się już szorującymi wartko potokami. Robiłem co w mojej mocy by nadążyć za Rebeccą.
- Spoko. A jak z wami? Jak wam idzie?
- Jesteśmy już niedaleko, jeśli moje przypuszczenia są poprawne. 
- Uważajcie na siebie. Robi się ślisko. - śmiech Louisa trochę podniósł mnie na duchu. Dobrze wiedzieć, że choć jeden z nas potrafił poradzić sobie z nerwami. - Łatwo idzie się pośliznąć. 
- Dzięki za radę. - odparłem nieco trochę rozbawiony. - Trzymajcie się.
- Ty też. Do usłyszenia.
W słuchawce zapadła cisza. W tym samym momencie wraz z Rebeccą dotarliśmy na skraj ścieżki o której było mowa. Z daleka udało mi się dostrzec Nialla i Louisa, przebiegających na drugą stronę i za chwilę ponownie znikających w ciemnościach rozciągających się przed nimi zarośli. 
- Zayn? - kliknąłem na przycisk w słuchawce. - Jesteś tam? Posłuchaj, dotarliśmy do celu. Ja i Rebecca zaraz się rozdzielimy. Możesz już realizować swoją część planu.
- Przyjęte. - odpowiedział od razu mulat. - Wyruszam za waszymi śladami. Będę za niedługo. Do zobaczenia. 
Rebecca odwróciła się za siebie w moim kierunku po tym jak połączenie pomiędzy mną, a Zaynem zostało przerwane. Oddychała ciężej ze zmęczenia po pokonaniu błotnistego szlaku. Oboje byliśmy mokrzy przez deszcz, który co chwila wprawiał w nas w zakłopotanie. Raz był słaby, raz mocniejszy. Dobrze, że Liam dał jej w ogóle lepsze buty niż szpilki, bo inaczej sytuacja byłaby tragiczna. Wysokie buty do połowy łydki sprawiły się całkiem dobrze w takich okolicznościach.
- Wiesz co robić. - obwieściłem, gdy nastała między nami nieprzyjemna cisza. Podeszłem bliżej by nie mówić głośniej przez wcześniej dzielący nas dystans. - Gdy wejdziesz do środka, zostaw za sobą otwarte drzwi. I pamiętaj o tym co ci powiedziałem. Jedno słowo o nas i zginiesz.
Wyciągnąłem z plecaka jej szpilki i oddałem jej je. Ta szybko zmieniła obuwie, po czym rzuciła stare w krzaki. Musiałem to zrobić ze względu na Thomasa, by niczego nie podejrzewał. Rebecca musiała udać, że została podwieziona przez znajomego. 

Bez jakiejkolwiek odpowiedzi, Rebecca ruszyła w kierunku bramy należącej do posiadłości. Z daleka budynek musiał wznosić się wysoko. Udawało mi się dostrzec potężny dach i parę bocznych okien w których paliło się światło. Dziękowałem Bogu, że w nocy trudno jest cokolwiek zauważyć. Zapewne gdybym realizował swój plan w biały dzień, od razu zostałbym przyłapany. 
Przebiegłem na drugą stronę ścieżki w chwili gdy Rebecca oddaliła się ode mnie. Czułem mokre zarośla przez które musiałem się przedostać by dotrzeć do ogrodzenia. Grzmoty błyskawic przecinających niebo ponowiły się. Przez chwilę jasność oblała okolicę co ułatwiło mi dojrzeć ogrodzenie oddzielające posiadłość od dzikiej natury. 
Dotarłem do ażurowych przęsł, wspartych na murowanych słupach oraz murkach i przykucnąłem pośród pobliskich krzaków, kiedy tylko zauważyłem zbliżających się do Rebecci dwóch ochroniarzy. Przy samym drzwiach wejściowych paliła się mała żarówka, która ułatwiła mi widoczność. Mężczyźni patrolujący dom od przodu byli czarnoskórzy i całkowicie inni od siebie. Jeden był bardziej zbudowany, o czarnych kręconych włosach i niskim wzroście w porównaniu z wysokim na łyso obciętym strażnikiem o chudej budowie ciała. Rebecca jak gdyby nigdy nic, podeszła do nich i zamieniła kilka słów. Nie widziałem po niej strachu, co mnie nawet wcale nie zaskoczyło. Nie śmiałem wątpić w jej aktorskie umiejętności.
Każdy ze strażników miał w ręku pistolet. Byłem przekonany, że doskonale znali Rebeccę z racji tego, że od razu na jej widok obniżyli broń. Bez najmniejszych problemów, dziewczynie udało się przedostać przez ich ochronę. Nawet nie zwracali na nią uwagi, kiedy ta ruszyła za nich w kierunku drzwi. Ufali jej.
W momencie w którym blondynka zniknęła z mojego pola widzenia, wziąłem się za realizowanie mojej części planu. Ściągnąłem plecak ze swoich pleców i wyciągnąłem z niego broń naładowaną strzałami usypiającymi. Wyglądało to trochę jak polowanie na niedźwiedzie, ale mniejsza z tym.
Z ostrożnością podniosłem gotowy pistolet i namierzyłem cel. Skupiłem się uważnie na miejscu w które miałem trafić ofiarę, po czym nacisnąłem na spust. Umięśniony strażnik upadł bezwładnie na ziemię, wprawiając swojego towarzysza w oszołomienie. Zajęło mu to trochę czasu zanim zorientował się czym został postrzelony mężczyzna. Z przerażenia uniósł swój pistolet przed siebie i nerwowo rozglądał się wokół siebie. Nie chciałem tracić czasu na wpatrywanie się w jakiegoś debila, który nie wiedziałem jakim cudem dostał pracę strażnika, więc po prostu wycelowałem kolejną strzałę i tym samym pozbawiłem go życia, a siebie niepotrzebnych nerwów. 
- Harry, jesteśmy na pozycjach. - usłyszałem głos Nialla w słuchawce. - Założę się, że ty już też?
- Prawie. - rzekłem. Nawet nie zdałem sobie sprawy, że moje dłonie są czerwone od zimna, kiedy zniżyłem broń. - Właśnie załatwiłem strażników. 
- Nieźle. - dodał Zayn. Słyszałem jak ciężko oddycha, więć był równie przemęczony zdradliwym szlakiem jak ja jeszcze kilka minut temu. - Jestem już blisko, Styles. Dobrze słyszeć, że plan jak na razie działa. 
Schowałem broń z powrotem do plecaka i ruszyłem przed siebie. Rękami przytrzymałem się najbliższego murku by móc wspiąć się po ażurowych przęsłach. Nie było łatwo, ale ostatecznie udało mi się pokonać ogrodzenie. 
Upewniając się, że okolica jest czysta, jak najostrożniej skierowałem się w kierunku głównego wejścia do posiadłości. Styl jaki został na niej zastosowany ogółowo nawet mi się podobał, choć miejsce w jakim stała totalnie wszystko niszczyło. 
Drzwi tak jak przypuszczałem, były otwarte. W chwili kiedy weszłem do środka, od razu w oczy rzuciła mi się ekstrawagancka stylistyka. Japońskie panele na oknach, czarne meble i znakomicie zadbane obrazy różnych mitologii świata na czerwonych ścianach korytarza, dodawały nastroju, którego nie umiałem opisać słowami.

Z wnętrza domu słychać było urywki rozmów. Po obu moich stronach ciągnęły się schody na górne piętro, a na wprost rozciągał potężny salon, który okazał się pusty. 
Głosy jakie jednak bezustannie słyszałem dobiegały od mojej lewej strony. Tuż za schodami ujrzałem drzwi, które były otwarte, więc nie tracąc ani chwili dłużej podążyłem w tamtym kierunku, w dłoni kurczowo trzymając swój rewolwer. 
Przekroczyłem próg pomieszczenia, który oświetlony został przez małą lampkę stojącą w rogu na stoliku, ale on również okazał się pusty. Nie podobało mi się to zbytnio, choć brnąłem dalej podążając za coraz to lepiej wyraźnie słyszalnymi głosami. Po prawej stronie zastałem kolejne drzwi, które były jednak uchylone. Byłem w tym momencie pewien, że głosy wydobywały się właśnie zza tych drzwi.
- Dzwoniłem do ciebie, ale nie odbierałaś. - momentalne rozpoznałem zirytowany ton głosu Thomasa, który zabrzmiał wręcz gniewnie. - Wiesz, że nie cierpię jak ktoś nie odbiera ode mnie telefonu. 
- Mówiłam ci już, że nie mogłam. - Rebecca starała się utrzymać zimną krew. Wiedziałem, że to z nią rozmawiał mój wróg. - Byłam zajęta.
- Co noc włóczysz się z innym! Dałem ci wolność do robienia tego co chcesz, ale to nie znaczy, że masz nie odbierać ode mnie jebanych telefonów! Mam ważniejsze problemy niż zawracanie sobie głowy tobą!
- Przecież powiedziałeś, że idealnie radzisz sobie beze mnie! Po co ci więc byłam aż tak potrzebna!?
- Nie próbuj się po raz kolejny ze mną kłócić! - zagroził. - Na za wiele sobie pozwalasz!
- Ha! I ty to mówisz? - blondynka odparła z sarkazmem. -  Nie jestem twoją własnością, byś mówił mi co mam robić. Zresztą, to nie twoja sprawa co robiłam i z kim byłam. 
Kucnąłem cicho pod ścianą, która dzieliła mnie od kłótni z pokoju naprzeciwko. 
- Marnujesz mój cenny czas! Czy ty kurwa tego nie rozumiesz? - krzyknął. - Styles chce zemsty, tak samo jak ja! Jak mam się skupić na własnych problemach, gdy wiem, że znikłaś z oczu moim strażnikom w klubie!?
- Widocznie masz niedoświadczonych ludzi, którzy nawet nie umieją wykonać jednego głupiego zadania.
- Zapamiętaj, że pracujesz dla mnie i nie podważaj moich słów! Nie każ mi zamykać cię w domu!
- Nie spróbowałbyś. - roześmiała się. - Zbyt bardzo ci na mnie zależy i dlatego tego nie zrobisz.
- Na nikim mi nie zależy! Nie waż się mówić mi takich rzeczy! 
- Właśnie sam przyznałeś się do tego, że się mną interesujesz! Po co to ukrywasz!? Jestem z tobą odkąd mi pomogłeś! Robię dla ciebie co mogę!
- Nie robisz! Gdybyś to robiła, przystosowałabyś się do moich zasad!  
- Twoje zasady są śmieszne! Nie pozwolę byś cokolwiek miał do powiedzenia w moim życiu. Zrozum, że ja chcę żyć po swojemu, a nie być ciągle uwiązana u twojej nogi! - obwieściła srogo. - Nie muszę ci się spowiadać ze wszystkiego co robię.
- Harry, wszystko w porządku? - Niall przemówił niespodziewanie w mojej słuchawce. - Słyszymy kłótnię.
- Ja również ją słyszę. - odparł Zayn. - Gdzie dokładnie jesteś, Harry?
Nie mogłem odpowiedzieć. Musiałem siedzieć cicho, by się nie zdemaskować.
- Harry jest w budynku. - głos Liama wdarł się w rozmowę. Odetchnąłem z ulgą, słysząc jego głos. - Mam was wszystkich na ekranie. Wybaczcie. Zapomniałem wam wspomnieć, że w plecakach macie lokalizatory. Bądźcie czujni.  
Kontakt się urwał. Ponownie skupiłem się na rozmowie, która ciągneła się za ścianą.
- Od kiedy stałaś się taka zimna i wyniosła wobec mnie? - spytał Thomas, nie zmieniając swojego gniewnego tonu. - Nie pamiętam, żebyś aż tak się do mnie odzywała. Nie uważasz na swój język, którym się posługujesz. To się wcześniej nie zdarzało. - zauważył. - Zazwyczaj powstrzymywałaś się przed powiedzeniem czegoś. Wiedziałaś, że mogą być tego konsekwencje.
- Może przejrzałam w końcu na oczy? 
- Niby dlaczego dopiero teraz?
Po tym pytaniu Thomasa, przestałem wsłuchiwać się w rozmowę, gdy tylko usłyszałem za sobą kroki. Za mną stanęło dwoje facetów, bliźniaków o muskularnych budowach ciała tylko o odmiennych od siebie fryzurach. Jeden z nich był kompletnie łysy, a drugi zaś miał dosłownie do połowy ścięte włosy o czerwonym odcieniu. No to plan szlag trafił, pomyślałem od razu.
- Gary, chyba poznaję tego intruza, a ty? - spytał czerwono włosy mężczyzna do swojego brata obok.  
- Ja chyba też. I wiesz co? Wydaje mi się, że szef będzie zadowolony z jego niespodziewanej wizyty.
Z szyderczym uśmieszkiem na ustach, strażnicy w mgnieniu oka poderwali mnie do siebie. Ale ja oczywiście nie dałem się tak łatwo, jak mogło się to wydawać.
Obrócili mnie do siebie plecami i wygięli moje ręce do tyłu tak jak przeważnie robią to policjanci złapanym przestępcom. Zanim jednak zdążyli mnie obezwładnić, zapomnieli, że ja już znałem sposoby na takie o to zagrania. 
W jednej chwili, poczułem się jak nastolatek, zawsze pełen pewności siebie. Wspomnienia wróciły, podwoiły się. Próbowałem przywołać kilka z nich do tego właśnie momentu.
Tak jak za dawnych lat, obróciłem się twarzą do obojgu przeciwników i z tym samym irytującym uśmieszkiem, za jednym zamachem łokcia pozbawiłem łysego bliźniaka kontroli nad własnym ciałem. Z jego nosa zaczęła lecieć krew, gdy tylko upadł na podłogę. Momentalnie poczułem falę ognia przebiegającą wzdłuż kręgosłupa. 
Czerwono włosy mężczyzna rzucił się na mnie, zaraz po tym jak znokautowałem jednym ruchem jego brata. W ostatniej chwili udało mi się podciąć mu nogi, tym samym unikając ciosu, mającego zamiar roztrzaskać mi czaszkę. Pomimo nieudanego kroku, przeciwnik nie poddawał się. Podniósł się na nogi i zawzięcie podjął się do walki, podczas gdy brat bliźniak ledwo co komunikował. Był wściekły, tak jak wygłodniały rottweiler, któremu właściciel dał do powąchania soczysty stek, a potem schował go gdzieś poza zasięgiem psiego wzroku i węchu. 
Rozgniewany mężczyzna podszedł więc do mnie i wymierzył cios w twarz, choć ponownie zablokowałem jego zamiary. Udało mi się wykręcić jego rękę tak, że zasyczał z bólu. I może bym wygrał to starcie, ale w chwili w której miałem połamać mu kości w tej części ciała, zapomniałem, że jego łysy brat bliźniak w każdym momencie może wstać i rzucić się na mnie. I tak się stało.
Strażnik niespodziewanie nabrał sił i znalazł się bliżej mnie szybciej niż przypuszczałem. Mocny ból przesiąkł moje biodro, kiedy uderzył we mnie. Jego ramię po chwili otoczyło moją szyję, przyszpilając mnie do klatki piersiowej. 
Nie zdążyłem nawet sięgnąć po spluwę. Została ona od razu zabrana przez czerwono włosego, któremu ciśnienie ekstremalnie się podniosło. Stanął przede mną, a jego oczy zrobiły się znacznie większe ze wściekłości.
- Może to cię czegoś na uczy, Styles.
Niespodziewanie łysy bliźniak puścił mnie. Nie zdołałem zebrać wystarczająco dużo siły by nawet zrobić jakikolwiek ruch, zanim zrozumiałem co planuje czerwono włosy. Mężczyzna kopnął mnie w brzuch z taką siłą, że uderzyłem o drzwi, które momentalnie wyskoczyły z zawiasów i opadły po przeciwnej stronie. W sam raz przerywając kłótnie pomiędzy Thomasem, a Rebeccą.
Dziewczyna z krzykiem odsunęła się na czas z miejsca w którym wcześniej stała. Miała wielkie szczęście. Inaczej byłaby przygnieciona przeze mnie.
- Słyszysz mnie Harry? Odbiór. - głos Liama odbił się echem w moim uchu. - Wszystko u ciebie dobrze? Powiedz coś. 
Ból przeszył całe moje ciało, gdy opadłem z trzaskiem na podłogę. Chłód przenikał do moich kości i dopiero wtedy zrozumiałem jak bezsilny byłem. Odczułem żar bijący mi zza pleców, więc zamknąłem oczy i głęboko odetchnąłem. Złapałem po raz kolejny powietrze, gotowy za chwilę zmierzyć się z tym co mnie czekało.
Od czasu do czasu dopadała mnie ta specyficzna choroba – lęk, drżenie i pocenie się duszy. Próbowałem się podnieść, ale nie mogłem. Ledwo co odczuwałem czucie we własnych palcach u dłoni.
- Harry Styles. - mrożący krew w żyłach głos, który mógł należeć tylko i wyłącznie do Thomasa obudził mnie jak zimny prysznic. - Nigdy nie przestajesz zaskakiwać, co?
Dwoje strażników bliźniaków podniosło mnie z połamanych drzwi i przytrzymało bez mojej zgody. Musiałem zamrugać kilka razy, zanim wyraźnie skupiłem swoją uwagę na wrogu stojącym dosłownie przede mną.  
Jasna, nieco przydługa grzywka, opadała mu na oczy, ale ja widziałem, że były one niebieskie, takie same jak u jego brata Jaspera. Jego ramiona opinała ciemnobrązowa skórzana kurtka, a pod nią zauważyć można było zwykły czarny podkoszulek wsunięty w ciemne spodnie z dziurami na kolanach.
- Miło cię gościć w moich nowych progach. - jego usta rozszerzyły się w szyderczym uśmieszku. - Zapewne rozglądnąłeś się już co nieco.
- Czy to Thomas? - spytał Zayn w słuchawce. - Co do cholery...
- A już myślałem, że się przesłyszałem. - wtrącił się Niall. - Co robimy? Louis, Liam?
Cisza. Nikt się już nie odezwał.

Obserwowałem Thomasa z rosnącą nienawiścią. Miałem wielką ochotę strzelić mu kulkę prosto w serce, ale straciłem szansę. Zakląłem w myślach. No tak, przecież zostałem totalnie rozbrojony przez tych bliźniaczych skurwysynów. 
- Twój czas się skończył. - zagroziłem. Moje oczy nie przestawały obserwować wroga. - To koniec. Wiem o wszystkim co narobiłeś.
- Ja też. 
Ku mojego zaskoczeniu, Thomas zrobił coś czego się nie spodziewałem. Odwrócił się za siebie i wyciągnął pistolet w kierunku Rebecci. Przerażona blondynka podniosła ręce przed siebie. 
- Co ty robisz, Thomas? - spytała oszołomiona. - Odbiło ci?
- Nieźle ją wykorzystałeś, Styles. Chyba masz dar do przeciwstawiania ludzi przeciwko mnie, wiesz?
I strzelił. Huk przeciął pomieszczenie, a pomiędzy nami wszystkimi zapadła cisza. Dziewczyna opadła na ziemię, postrzelona w okolicę serca. Czułem, że żyła, ale nie na długo.
- Harry? - Liam powtórzył moje imię w słuchawce. - Wiemy, że masz kłopoty. Jeśli mnie słyszysz, wiedz, że sprawa jest krytyczna. Jasper wymknął mi się z samochodu. Zapewne biegnie do ciebie. Pozostali czekają na znak. Wszyscy strażnicy zostali wyeliminowani, ale myślę, że zaraz będziemy mieć towarzystwo. Jeśli chodzi o Vanessę, ona...
Połączenie znów się przerwało. Niech to kurwa szlag.
- Odbiło ci!? - warknąłem.  
- Puście go! - rozkazał srogo bliźniakom. Następne co poczułem to rozrywający mnie ból w ramieniu. - A więc to na tyle cię stać, Styles!? - szarpnął mnie za kurtkę, wcześniej kucając przy mnie na podłodze. - Na groźby i wykorzystywanie moich własnych ludzi!? Czy ty zdajesz sobie sprawę w jak chujowej sytuacji się znalazłeś!? 
Moja twarz wyrażała jedynie czystą determinację, podczas gdy Thomas palił mnie wzrokiem pełnym nienawiści.
- Nawet jeśli to przegram, to wiedz, że spalisz się w piekle razem ze mną. - oznajmiłem. Musiałem nabrać więcej powietrza by kontynuować dalej. - Za to co zrobiłeś nigdy nie zastasz spokoju. Wykorzystałeś Rebeccę do rozwalenia mojego związku z Vanessą, tylko i wyłącznie dla własnej satysfakcji. Pogrążyłeś tylu ludzi w cierpieniu, zaszantowałeś ich i kontrolowałeś, jakby byli dla ciebie jedynie nędznymi zabawkami. Zginęło przez ciebie tylu dobrych ludzi! Bez serca odebrałeś im możliwość do życia! Przysięgam, że zapłacisz za to skurwysynie! - gdyby nie bliźniacy strażnicy, rzuciłbym się na Thomasa i udusił go własnymi rękami. Straciłem kontrolę nad emocjami, nad rzeczywistością. Cierpienie, chęć zemsty i wściekłość oblała moje ciało jak drastycznie szybkim tempie. - Pokażę ci jak wygląda sprawiedliwość! Własnymi rękami pokażę ci jak ona wygląda. Tylko mnie puść, nędzny tchórzu! No dalej! - szarpnąłem się. - Zrób to!
Twarz Thomasa zrobiła się czerwona. Mogłem przypuszczać, że moja również. 
- Ty nie wiesz jak wygląda sprawiedliwość. - odrzekł z powagą mój wróg. - Przy Maddie nie wiedziałeś i do teraz nie wiesz.  
- Nie wpierdalaj w temat swojej zdzirowatej siostry! - splunąłem na podłogę. - Widziałem sprawiedliwość, gdy ją postrzelałem! I widzą ją i teraz przy tobie!
Thomas przytkał zimny rewolwer do mojej skroni.
- To jest ostatni raz kiedy słyszę od ciebie jakiekolwiek oszczerstwo na temat mojej siostry. Odebrałeś mi ją, tak jak ja już niedługo odbiorę ci wszystkie osoby, które tak niezmiernie kochasz. Chętnie zacznę od córeczki. - zaśmiał się. - Jak jej tam? Lily, tak?
Szarpnąłem się najmocniej jak potrafiłem. Ale mimo moich starań, dwoje muskularnych bliźniaków wciąż przerastało moje siły. 
- Nie pozwolę ci! - wrzasnąłem. - Zginiesz!
Thomas zaśmiał się jedynie i wstał. Zanim jednak zdążyłem popatrzyć w górę, rozrywający ból przeszył lewą stronę mojej twarzy, po tym jak wróg zamachnął się nogą. Upadłem z powrotem na podłogę, czując jak już kompletnie tracę kontakt z rzeczywistością. Nie odczuwałem własnych sił, a kiedy tylko otworzyłem oczy, widziałem przed sobą jedynie niewyraźnie zamglone kształty. Nie liczyłem na cudy. Już sam nie miałem pojęcia na co w ogóle liczyć. 
Byłem pewny, że to koniec. Że to tutaj moje życie się zakończy. Już nigdy miałem nie zobaczyć ludzi, których kochałem. Wierzyłem, że może to lepiej jak zniknę z ich żyć. 
I wtedy stało się coś dziwnego.
Kiedy otworzyłem słabe powieki, udało mi się zobaczyć to co się działo przede mną. Do pomieszczenia z hukiem wparował Zayn i wykorzystując swoją wiedzę na temat walk na noże, zmiótł obojgu bliźniaczych strażników za jednym rzutem ostrych narzędzi. Noże motylkowe wbiły się w plecy przeciwników, obezwładniając ich całkowicie. Martwi padli na twarz, a kałuże krwi od razu zaczęły się powiększać.
Zdziwienie Thomasa zakończyło się tak szybko, jak się zaczęło. Nie zdążył nawet zareagować. W tym samym czasie, widziałem jak na własne oczy Rebecca, wcześniej postrzelona, sięga niezgrabnie po pogrzebacz obok kominka przy którym leżała i zamachuje się nim w samego Thomasa.
Mężczyzna krzyknął nieoczekiwanie na ból zadany mu w plecy. Był to okropny wrzask. Upadł na podłogę przed siebie, upuszczając przy tym swój jedyny pistolet. Poleciał on dokładnie pod nogi Zayna. 
- Suka!
Pogrzebacz wypadł z ręki Rebecci, a jego czubek pokryty był krwią. Musiał rozedrzeć mu skórę, co prawdopodobnie wyglądało okropnie.
Pomimo tego, nie mogłem uwierzyć, że Rebecca tego dokonała. Powaliła Thomasa, człowieka, dla którego pracowała. To odebrało mi mowę.
Przeniosłem wzrok na Zayna, który wpatrywał się w broń wroga przed sobą. Thomas próbował się podnieść, ale ból zapewne wzmacniał się za każdym razem, gdy chciał się poruszyć. Mulat kucnął przed pistoletem i po chwili podniósł go. Nawet go nie obejrzał tylko tak po prostu podał broń do tyłu za siebie.
Zamrugałem kilka razy by przywrócić ostrość. I nie mogłem sam uwierzyć w to co zobaczyłem.
Za plecami Zayna, w samej osobie stał Jasper. Przyjaciel ominął mulata i przyglądnął się narzędziu. Dopiero za chwilę zmusił się do spojrzenia w kierunku swojego obezwładnionego brata, który zawzięcie walczył z bólem. 
- Jasper. - warknął z goryczą Thomas. - Co ty wyprawiasz!?
Najmłodszy z rodzeństwa Wild, przystanął obok niego. Thomas musiał podnieść wzrok z racji tego, że Jasper górował nad jego osobą. 
- Jest wiele rzeczy, których jako brat nigdy ci nie powiedziałem. - odezwał się Jasper. Jego opanowanie wydawało się lodowate. Thomas zazgrzytał zębami niespokojnie. - W dzieciństwie trochę podziwiałem ciebie i twoją determinację do życia. Wydawałeś się mieć tyle odwagi. Nigdy nie pozwalałeś ludziom zajść sobie za skórę. Widziałem jak troszczyłeś się o Maddie i dlatego nieustannie pragnąłem być tak silny jak ty. Być idealnym bratem dla was obojgu i idealnym synem dla naszych rodziców. - na bladej twarzy chłopaka pojawił się bolesny uśmiech. - Dopiero po latach zrozumiałem, że ludzie za bardzo chcą być podobni do innych. A po co być podobnym do kogoś, jeśli można stać się lepszą wersją samego siebie? Przecież nie ma ludzi perfekcyjnych. 
- Przestań bredzić, kretynie...
Pomimo zirytowania Thomasa, jego brat postanowił kontynuować dalej. 
- Z tego co pamiętam, Maddie nigdy nie była dla mnie dobrą siostrą. Ty również niczego niezwykłego sobą nie reprezentowałeś. Byłem zaślepiony tobą ze względu na to, że sam nie widziałem w sobie tego co chciałem widzieć. A rzecz w tym, że ja miałem wszystko, tylko po prostu nie umiałem tego znaleźć. W życiu nie chodzi o posiadanie samych dobrych kart, ale o umiejętne granie tymi, które już masz w ręku. Pogubiłem się, ale znalazłem swoją ścieżkę, która nauczyła mnie wielu rzeczy. Ty zaś... ty wolisz gubić się na tej samej ścieżce zamiast wyjść z niej i spróbować nowej. Nie pozwalasz sobie zobaczyć świata z innej perspektywy. Dlatego nigdy nie nauczyłeś się kochać ani dbać o innych. Bo nie potrafisz ujrzeć dla siebie szansy. Cofasz się, grzebiesz w przeszłości, która i tak już niczego nie zmieni.
- Dość! - Thomas podniósł się na kolana, ale wciąż podpierał swój ciężar jedną ręką. - Oczerniasz mnie, stawiasz w złym świetle, obwiniasz, że to wszystko moja wina! Ale gdzie ty byłeś!? Czy chociaż okazywałeś zainteresowanie problemami, jakie dotknęły naszą rodzinę? Śmiesz mówić mi, że wciąż tkwię w tym samym gównie, ale czy wiedziałeś, co przeżywałem, gdy wyjechałem po śmierci Maddie? Nie umiałem spojrzeć na swoje własne odbicie w lustrze! Nienawidziłem siebie! Jedyną osobą, która potrafiła się o mnie zatroszczyć była Maddie! Ciebie nigdy nie było! Nie masz prawa więc wytykać mi takich rzeczy, jeśli nie masz pojęcia jak było naprawdę!
Jasper zamilkł niespodziewanie. W tej samej chwili, Zayn kucnął przy mnie i sprawdził rodzaj pulsu u nadgarstka.
- Styles, trzymasz się? Twój puls jest stabilny. Słyszysz mnie?
Przekręciłem głowę w stronę Rebecci, której dłonie wciąż drżały. Ona powoli umierała. Byłem pewien.
- Pomóż Rebecce. - powiedziałem pewny swojej raptownej decyzji. Mulat popatrzył na mnie jak na wariata.
- Ty chyba żartujesz...
- Pomóż jej. - zakaszlałem. - Proszę, uratuj ją.
Przyjaciel zaklął pod nosem, ale zrobił to o co go poprosiłem. Przyklęknął za chwilę przy dziewczynie, ostrożnie przechodząc obok rozwścieczonego Thomasa, w ręku trzymając dodatkowe dwa noże na wszelki wypadek.
- To już nie ma znaczenia, Thomas. - przemówił srogo Jasper. Przeładował pistolet i uniósł go na wysokość czoła brata. - Ten rozdział oficjalnie zostaje zamknięty. Nie zmienisz już niczego. Jest za późno.
- Nie! - zaprotestował starszy brat. Jego oczy błyskały determinacją. - Nasza rodzina nie musi się rozpadać!
- Co ty...
- Jasper, nie musimy być wrogami. - ton głosu Thomasa po raz pierwszy zamienił się w błagalny. -  Przyłącz się do mnie, a obiecuję ci, że wszystko naprawię. Razem możemy walczyć w imię tym tego kim jesteśmy. A jesteśmy z rodziny Wild. Z rodziny nigdy się nie poddających.
Jasper obniżył broń. Wahał się.  Do cholery, przecież on nie mógł się wahać. Zakląłem po raz już sam nie wiem który. Nie mogłem do tego dopuścić. Thomas był przestępcą, kłamał w żywe oczy. 
- Jasper nie! - krzyknąłem i podniosłem się o własnych siłach do pozycji siedzącej. - Chyba mu nie uwierzysz!?
Przyjaciel milczał. 
- Nie słuchaj go Jasper. - dodał Thomas. - Wolisz posłuchać się obcej osoby niż własnego brata? Jesteśmy rodziną. 
- Od kiedy to niby nią jesteście!? Od jakiś dwóch minut?! - warknąłem zły. - Jasper, jeśli to zrobisz, on cię zabije. 
- Nie zabiłbym własnego brata, oszalałeś?!
Jasper wpatrywał się w starsze rodzeństwo z zakłopotaniem. Nie umiałem sobie wyobrazić myśli, które w tym momencie przepływały w jego umyśle. Jak on w ogóle mógł się wahać!?
- Jasper, przysięgam. Jeśli mi pomożesz, zrobię wszystko. Dosłownie pomszczę wszystkich, którzy kiedykolwiek skrzywdzili naszą rodzinę. Już nikt nigdy nam nie zaszkodzi. Nie naszej rodzinie.
- On kłamie ci w żywe oczy, Jasper! - desperacko próbowałem przemówić przyjacielowi do rozsądku. - Nie rób czegoś, czego potem będziesz żałował!
Jasper odwrócił się plecami do Thomasa i kątem oka zerknął na mnie. Nie miałem pojęcia o co mu chodziło.
- Thomas ma rację. Nie mogę oczerniać go za wszystko, skoro nie znam całej prawdy. - przyjaciel ponownie skierował swoją uwagę na brata. - Ale jedno jest pewne. Nie chcę jej poznawać. Bo cokolwiek byś mi powiedział, nie zmieni to biegu wydarzeń. Żałuję, że nie byłem dobrym bratem dla ciebie, Thomasie, tak samo jak i żałuję jeszcze wielu innych rzeczy. Mam nadzieję, że gdzieś tam pozwolisz sobie wybrać tą odpowiednią dla siebie drogę. Tego ci życzę najbardziej.
- Jasper, nie! Proszę!
- Żegnaj, bracie
Stres targał moje nerwy. Myślałem, że nie wyrobię, gdy nagle padł strzał i usłyszałem, jak ciało Thomasa pada na podłogę. Wszyscy wciągnęli powietrze i spojrzeli w jego stronę. Zapadła głucha cisza. 
Odczułem nieoczekiwanie spokój, o którym zawsze marzyłem. Spokój o bezpieczeństwo mnie, mojej rodziny i bliskich. Poczułem wolność, jakiej od tak dawna nie czułem. To chyba tu właśnie kończył się jeden z rozdziałów mojego życia.


                                                                             ~*~



- Harry.
Głos Zayna przywrócił mnie do rzeczywistości. Jasper jeszcze przez chwilę nie mógł pozbierać się po tym co się stało, dlatego wolałem zostawić go przez jakiś czas samego. Zebrałem w sobie ostatnie siły i podniosłem się na nogi by podejść do przyjaciela. Klęknąłem przy nim, tuż przed ciałem Rebecci, której oczy nadal były otwarte.
- Obawiam się, że dla niej jest już za późno. - szepnął mulat do mojego ucha. - Wybacz mi.
Położyłem dłoń na ramieniu przyjaciela. Był zdewastowany sytuacją.
- Zrobiłeś co mogłeś. Dziękuję ci.
Zayn pokiwał głową. Byłem mu naprawdę wdzięczny w tym dniu. Wykazał się niezwykłą odwagę.
- Skontaktuję się z Liamem. - obwieścił raptownie. - Powinien wiedzieć, że nareszcie już po wszystkim.
- A co z chłopakami?
- Thomas wezwał posiłki, ale Louis i Niall szybko się nimi zajęli. Nie ma powodów do obaw.
- Dzięki stary.
Mulat pozostawił mnie sam na sam z Rebeccą i ruszył do wyjścia. Po drodze zatrzymał się na chwilę przy Jasperze, którzy opłakiwał los brata.
- Harry... tak bardzo cię przepraszam. - głos dziewczyny był szorstki i niepewny, gdy zdecydowała się przemówić. Byłem gotowy poświęcić jej daną chwilę. - Teraz zrozumiałam powód dla którego Ryan odszedł. Miałeś rację co do Thomasa. Oboje mieliście.
- Rebecca...
Blondynka uroniła łzy. 
- Nie powinnam była mu ufać. - szlochała. - Gdy zorientowałam się, było już dla mnie za późno. Tak bardzo cię przepraszam, że narobiłam ci tyle cierpienia. 
- To co dzisiaj zrobiłaś... było znakiem tego, że masz w życiu swoje własne zdanie. Wykazałaś się nie tylko odwagą, ale i pokazałaś, że jesteś w stanie sprzeciwić się drugiej osobie. 
- Harry, ja naprawdę...
- Nie myśl o przeszłości. - poprosiłem. - Uratowałaś mi życie. I za to chcę ci podziękować. Że poświęciłaś się dla kogoś zupełnie obcego.
- Nigdy nie byłeś dla mnie obcy. - rzekła z uśmiechem. - Od pierwszego momentu, wiedziałam już jak ogromne ciepłe serce masz. Może i pomyślisz, że kłamię, ale proszę wiedz, że to co się między nami stało wtedy w Miami, nigdy nie było dla mnie tylko jedną głupią zabawą albo dodatkiem do planu Thomasa. Jesteś wspaniałym facetem i mam nadzieję, że kobieta, którą kochasz, zaakceptuje cię takiego jakim jesteś. Życzę ci rodziny, w której w imieniu tak zacięcie potrafisz walczyć i przede wszystkim szczęścia w życiu. By wszystko się w końcu tym razem ułożyło. 
Blondynka zamknęła powieki.
- Rebecca, walcz. - ścisnąłem jej dłoń. - Proszę.
- Dziękuję za pokazanie mi światła w tunelu, Harry. - odparła cicho. - Niech Bóg ma cię w opiece.
 Dziewczyna zachłysnęła się powietrzem. Wiedziałem już, że to był jej ostatni. Koniec ostatniego rozdziału jej życia. Odeszła do możliwie i lepszego świata.
Pomodliłem się w ciszy za jej duszę, a następnie złączyłem obie jej dłonie razem na podbrzuszu. 
- Niech Bóg również ma cię w opiece, Rebecco. 
 


"Może się zdarzyć, że urodziliśmy się bez skrzy­deł, ale naj­ważniej­sze jest, żebyśmy nie przeszkadzali im wyrosnąć." 



 ~*~

Od autorki: Trochę chyba sama się popłakałam przy pisaniu. Przepraszam, ale teraz zacznie się tyle emocjonalnych rozdziałów, że ja sama chyba się zapłaczę niedługo.

Sądziliście, że tak się zakończy jeden z rozdziałów życiowych Harry'ego?
 Podzielcie się opiniami :) x

To był mój ostatni rozdział w 2017 roku, a z racji tego, że Wigilia tuż tuż, chciałabym życzyć wam wszystkim moim czytelnikom, z całego serca najwspanialszych Świąt Bożego Narodzenia, przepełnionego ciepłą rodzinną atmosferą, pysznym jedzeniem, spokojem, a także i radością. Nie zapominajcie o uśmiechu! 

Niech rok 2018 będzie dla was lepszym rokiem, pełnym cudownych niespodzianek. Udanego Sylwestra!

Mam nadzieję, że razem ze mną będziecie świętować trzylecie historii Harry'ego i Vanessy, już niebawem, 2 Stycznia. Jest może coś, co byście chcieli im życzyć na nowy rok? :D

Następny 116 numerek pojawi się najprawdopodobniej przed 7 Stycznia 2018 roku!

 Dziękuję wam za cudowny rok w którym udało mi się napisać aż 20 rozdziałów z waszą pomocą! Jestem niezmiernie wdzięczna za każde wasze wsparcie.

Let's fly with our beautiful wings in 2018 as well! 

Buziaki i pozdrawiam :)