10 kwi 2017

Rozdział 102

Rozdział 102 chciałabym zadedykować swojej przyjaciółce Emilki P., która już za kilka dni obchodzi swoje urodziny.
Jeśli to właśnie czytasz to wczesne "Wszystkiego Najlepszego" dla ciebie, moja droga! :) x

*Perspektywa Vanessy*

Jesienny krajobraz Griffith Park był pełen barw, zapachów i dźwięków rozdawanych szczodrze przez naturę; niemal jak majątek rozdzielany w pośpiechu pomiędzy przyjaciół przez kogoś, kto wyjeżdża na zawsze gdzieś daleko i wie, że jego rzeczy na nic mu się już nie przydadzą.
Cały świat zdarzały się wypełniać wielobarwne liście. Niektóre szeleszczały już brązową barwą starości, inne czerwieniały dopiero od coraz wolniej krążących w nich soków, a niektórym udało się nadal zachować młodzieńczą zieleń. Liście pokrywały nagie drzewa albo wirowały wkoło, tworząc kolorowe kobierce na rzadkich trawnikach. Pojawiały się także w dłoniach spacerowiczów, szczególnie tych najmłodszych.
Ulice wypełniały promienie stygnącego słońca, pozbawione już letniego szaleństwa i siły.  Cieszyły oczy coraz krócej, coraz częściej znikały też za deszczowymi chmurami. Jesień była więc także krajobrazem natury płaczącej przy pożegnaniu ze swoją bujnością. Krajobraz skąpany w chłodnym i gęstym deszczu, który szerokimi strugami przepływał przez ulice i gubił się w nurcie rzek. Nieodłącznym elementem stawały się wtedy parasolki i kalosze, swoimi kolorami próbujące nierzadko dorównać jesiennym liściom. Lubiłam jesień ze względu na jej kolory i spokój, jaki zdawał się górować wówczas nad całą naturą.
Ze środka samochodu zaparkowanego niedaleko od wejścia do parku, z uśmiechem obserwowałam jak dzieci ubrane w ciepłe kurtki biegały rozbawione po parku w celu nazbierania jak najwięcej różnobarwnych liści do swoich wiaderek. Pomyślałam wtedy o swojej Lily, o dziewczynce w podobnym wieku, co dzień znikającą z domu na pół dnia aby spędzić czas ze swoimi znajomymi. Matczyne serce zabiło mocniej na samą myśl o momencie w którym będę dumna z tego, że moja córka dorasta w bezpiecznym dla siebie otoczeniu wśród ułożonych ludzi.
Przez niecałe kilka godzin po głowie chodziła mi pomarańczowa teczka, znaleziona na biurku ojca w jego gabinecie. Wciąż zastanawiałam się co mogą znaczyć inicjały R.H i do tej pory nie umiałam rozwiązać tej kuriozalnej zagadki. Dlatego postanowiłam, że przez wiadomość telefoniczną poproszę Jonathana o pomoc w znalezieniu foldera zabranego przez matkę. Zależało mi na tym co kryje się w środku.
W chwili spojrzenia w wsteczne lusterko, zorientowałam się, że za mną właśnie parkuje się bardzo dobrze znany mi francuski, o kolorze skóry rekina, peugeot należący do mojej przyjaciółki Mirandy. Momentalnie wyszłam z samochodu, gdy smukła dziewczyna w jeansowych spodniach i blado żółtej koszulce, okrytej czarnym żakietem pośpiesznie ruszyła w moją stronę. Jej ciemno brązowe loki podskakiwały w czasie ruchu. Na twarzy Mirandy widoczne nie było nic, poza zdezorientowaniem.
- Zanim przejechałam taki kawał drogi by się z tobą spotkać, mogłaś mi przynajmniej powiedzieć po co to wszystko. - wyrzuciła ręce w powietrze, po czym oparła się o mój pojazd obok mnie.
- To nie jest sprawa na telefon. - odparłam cicho, ale dość słyszalnie - Nie pomogłabyś mi, gdybym ci powiedziała wcześniej od razu o co chodzi. 
Miranda spojrzała na mnie, jakbym powiedziała coś nieodpowiedniego. Również odwróciłam wzrok ku niej, stykając się z niezrozumieniem w jej nietypowo chłodnych tęczówkach.
- Cokolwiek to jest...
- Mam nóż na gardle, Miranda. - mój głos drgnął, jakby spowodowany nagłym przypływem strachu - I jeśli mi nie pozwolisz na to co ci zaraz powiem, niewinni ludzie umrą. 
- O... o czym ty mówisz? -  zająkała się - Nie rozumiem.
- Thomas czegoś ode mnie chce. Ten liścik znalazłam na szybie swojego samochodu dziś po wyjściu od matki. - podałam jej zwiniętą karteczkę - Nie wiem czego on chce, ale wyraźnie dał mi do zrozumienia, że jeśli nie zgodzę się na jego warunki, oni umrą...
- Ale kto? - brunetka całą swoją uwagę wbiła we mnie - Kto umrze Vanessa?
- Chris i Ryan. - wyszeptałam słabo - Przytrzymuje ich i zrobi im krzywdę, jeśli się z nim nie spotkam. 
Miranda wiedziała o każdych sprawach związanych z Thomasem z przeszłości mojej, jakże i Harry'ego. Dowiedziała się o wszystkim od Zayna, który wyraźnie nie potrafił trzymać swojej ukochanej w niewiedzy. Musiała znać prawdę.  Należała teraz do tego całego zamieszania.
- Ale... ale nie rozumiem czego Thomas od ciebie chce i po co potrzebni są mu oni. Czemu powrócił? Czyżby wiedział, że Harry...
- Nie mam pojęcia Miranda. - pokręciłam odruchowo głową -  Ale wiem, że muszę działać. Bez twojej pomocy nie dam sobie rady.
- Jakiej pomocy? - uniosła brew co spowodowało pojawienie się małej zmarszczki na czole - W jaki sposób miałabym ci pomóc?
Gula siedziała w moim gardle, utrudniając mi wypowiedzenie prostych słów. Ból, jaki w nich siedział przenikał przez moje kości, sprawiając mnie słabszą z każdą chwilą. Nie mogłam uwierzyć, że zaraz miałam powiedzieć rzeczy o których nigdy nie byłabym w stanie nawet pomyśleć, ale teraz nie liczyło się nic oprócz bezpieczeństwa swojej własnej córki.
- Musisz zaopiekować się Lily. - przyjaciółka już otworzyła usta by coś powiedzieć, ale nie przestałam mówić - Nie, posłuchaj. Nie mogę narażać jej na niebezpieczeństwo. To zbyt ryzykowne. Musi mieć kogoś, jeśli coś mi się stanie.
- Co ty wygadujesz? - Miranda prawie wrzasnęła, choć szybko zorientowała się, że znajdujemy się w miejscu publicznym. Zniżyła więc ton - Thomas to podstępny morderca. Wiedząc, że może stać się coś złego, godzisz się na to spotkanie jak gdyby nigdy nic! Vanessa, masz dziecko. Chcesz pozbawić dziecka, matki? Czy ty do reszty...
- Nie mogę pozwolić im przeze mnie umrzeć.
- A jeśli naprawdę nie wrócisz? - oczy przyjaciółki przybrały ciemniejszy odcień brązu, podobny do pnia jednego z jesiennych drzew parku Griffith - Jeśli Lily już nigdy nie zobaczy matki? Jeśli to pułapka? Przecież nie wiesz czego on od ciebie chce.
- Obiecaj mi, że się nią zaopiekujesz. - złapałam jej dłonie w swoje. Były dziwnie chłodne, tak samo jak spojrzenie - Proszę. Gdyby coś mi się stało, chcę by wiedziała, że zrobiłam to co powinnam by była bezpieczna. 
Miranda była zbita z tropu, nie wiedziała co powiedzieć ani zrobić. Wpatrywała się we mnie z takim zaskoczeniem, że miałam wrażenie odczucia przyśpieszania własnego serca. Kochała mnie tak mocno. Uświadomiłam sobie już dawno, że człowiek, który kogoś kocha, zrobiłby wszystko dla tej osoby. Musiała mi zaufać, nie było innego wyjścia z tej sytuacji.
Otworzyłam tylne drzwi by wziąć śpiącą córkę z fotelika w ramiona. Lily mruknęła coś cicho pod nosem, ale nie obudziła się. Brunetka spojrzała na mnie z wyrazem bólu mieszanego z nieustępliwym lękiem. 
- Nie Vanessa. Nie pozwolę by stała ci się krzywda. - pokręciła głową ze zdenerwowania - Nie mogę tego zrobić.
- Zaufaj mi. - podałam ostrożnie Lily swojej przyjaciółce - Wrócę i wszystko będzie dobrze. Jeśli nie, powiedz Harry'emu całą prawdą, całą o naszej córce. Ona będzie go potrzebowała.
Miranda wyglądała na zdruzgotaną moim wyznaniem. Zresztą, nie dziwiłam się jej. Wiedziała, że miałam odmienne zdanie, jeśli chodzi o oddanie Harry'emu praw nad dzieckiem, ale dla dobra córki ktoś musiał się nią opiekować, ktoś z jej rodziny. Brunetka przez chwilę się wahała, nie będąc pewna czy podjąć się tak ważnej decyzji i choć z trudnością to później zrobiła, miałam wrażenie, że zadaje jej nożem cios prosto w serce, potwornie bolesny cios. Bez sprzeczania wzięła ode mnie małą dziewczynkę i przytuliła ją do serca by za chwilę ciepło otulić ją różowym kocykiem.
- Powinniśmy powiadomić chłopaków... - piwne oczy drobnej dziewczyny zeszkliły się swobodnie - ... oni muszą nam pomóc...
- Nie. - głos przywarł impulsywnie twardy ton - Nie mogę ich w to wmieszać. Nie mogę. Muszę załatwić to sama, dlatego proszę, nie mów im nic na ten temat. Nikt nie może wiedzieć o moim spotkaniu z Thomasem.
- To niebezpieczne, Vanessa. Potrzebujesz kogoś uzbrojonego, kogoś kto stanie w twojej obronie. Nie masz nawet żadnej broni przy sobie.
- Z twoim zaufaniem czuję się silniejsza. I będę, jeśli wierzyć we mnie nie przestaniesz. 



"Myślę, że przyjaciel to taka osoba, która gdy jest Ci źle, otuchy Ci doda.
Gdy jesteś na dnie, poda Ci pomocną dłoń, wesprze, pomoże jeśli tylko może. 
Że możesz powiedzieć mu naprawdę wszystko, w trudnych sytuacjach jest zawsze blisko.
Gdy jest źle, możesz po prostu zadzwonić, powiedzieć co tak naprawdę boli. 
Niekoniecznie musi dawać jakieś dobre rady, wystarczy, że posłucha.
Przecież tego właśnie szukasz: wsparcia, otuchy, po prostu zrozumienia.
 Kogoś kto rozumie i naprawdę docenia. 
Przy kim będziesz po prostu sobą bez żadnej maski, za żadną zasłoną."

 ~*~

Obszar Silver Lake Meadow rozciągał się przede mną jak początek nieskończonego wodnego szlaku. Jezioro i niebo w oddali spajały się z sobą bez śladu, a w świetlistej przestrzeni wysuszone na słońcu żagle niewielkich łódek dryfujących po spokojnie kojącej wodzie zdawały się być ledwo widoczne z tak wielkiej dzielącej odległości. Dookoła gęste zarośla okrążały zalew wodny, przybierając coraz to bardziej widocznej ciemniejszej zieleni w chowającym się powoli za wysokimi drzewami słońcu. Dzień kończył się leniwie wśród cichej pogody, wspaniałej i nieskazitelnej. Woda jaśniała spokojnie, niebo bez żadnej plamki było dobrotliwym bezmiarem nieskalanego światła. Nawet nagła mgła na mokradłach wyglądała jak zwiewna, promienista tkanina, która zawisła z lesistych wyniosłości w głębi lądu, układając się na niskich brzegach w fałdy przejrzystej draperii. Słońce tkwiło posępnie nad lasami i zniżało się flegmatycznie jakby rozgniewane, że zaraz musi wymienić się obowiązkami z księżycem.
Wreszcie słońce zsunęło się dostatecznie nisko by zakreślić niedostrzegalny łuk, i od gorejącej białości przejść w ciemną czerwień bez promieni i bez ciepła. Woda zmieniła natychmiast swoje oblicze, a pogodna ciemność stała się jakby głębsza. Stare jezioro, rozlane szeroko, wypoczywało bez ruchu u schyłku dnia.
Oparta o białe drzwi samochodowe od strony kierowcy, cierpliwie oglądałam zachód słońca, który w każdej sekundzie zbliżał się coraz bliżej swego końca. Otaczał mnie rodzaj ciszy, tak cichej, że aż ją było słychać. Taki rodzaj ciszy otaczał tutejsze drzewa. Żaden dźwięk z zewnątrz tu nie docierał; nawet ten nieznośny, nazywany ruchem ulicznym z autostrady z której trzeba było skręcić w las by dojechać do tego miejsca.  
Za mną było potężne ogrodzenie, stalowa brama wjazdowa, prowadząca do najskrytszych zakamarków do tej pory nieznanego mi lasu. Miała trzy i pół metra wysokości; na oko widać, że była dość stara i prawie wcale za często nie otwierana. Było to miejsce nieodwiedzane przez ludzi ze względu na brak czegokolwiek co by ich tutaj zachęciło. Dlatego więc krajobraz wyglądał tutaj jakby niedotknięty przez żadnego człowieka; tylko pozostawiony tak jak stworzyła go matka natura. 
Żwirowa droga wychodziła z gęstego lasu i kończyła się po drugiej stronie, gdzie również trzeba było przejechać przez drzewa by wydostać się do autostrady. Dookoła jeziora niestety nie było żadnych innych dróg, dlatego wszystko musiałam obserwować z pobocza tej jedynej. 
Nagle zauważyłam jak charakterystyczne światła reflektorów samochodowych wyłaniają się z głębi dzikiej roślinności i po chwili nowej generacji Chevrolet Corvette, czarny jak smoła wjeżdża na nierówny teren, zatrzymując się zaraz za moim czterokołowcem. Raptownie nabrałam powietrza, gdy z eleganckiego, stylizowanego na dwudziesty wiek pojazdu wysiadł blondyn o srogich rysach twarzy z lekkim zarostem oraz oczami o chabrowy odcieniu, tak mocnym, że aż nieprzyzwoitym na typowego człowieka. Jego silną posturę opinała dłuższa antracytowa kurtka z bluzą z kapturem pod spodem i dużymi, praktycznymi kieszeniami. Jeansowe spodnie zaś gustownie kontrastowały się ze sportowymi butami.
- Muszę przyznać, że mała Lily bardzo przypomina Harry'ego, nie uważasz Vanesso? - Thomas uśmiechnął się szyderczo, kiedy tylko znalazł się bliżej - Powiedziałbym nawet, że rośnie z niej mała kopia. - Serce podskoczyło mi niemiłosiernie w klatce piersiowej, obijając się o żebra jak szalone. Lustrowałam przybysza wzrokiem tak zaskoczonym, że trudno było mi oderwać od niego oczu. Tak dawno go nie widziałam, jego obecność zawsze sprawiała, że czułam się niepewnie, będąc z nim tak blisko, ale także nie przestawałam być czujna na jego nieoczekiwane czyny. - Ale pewnie zastanawiasz się skąd to wiem, prawda? Otóż, nie trudno jest mieć to czego się chce, moja droga. W moim przypadku to zazwyczaj działa. - złączył ręce za sobą - Od pewnego czasu przyglądam się waszej córce z każdym dniem coraz bardziej zaintrygowany jej urodą. Niedowierzaniem jest, że wciąż udaje ci się ukrywać ją przed własnym ojcem, nawet teraz, gdy on wyraźnie powrócił i oznajmił, że nigdy nie należał do ludzi posłanych do grobu.
Thomas stanął naprzeciwko mnie i obserwował jak zareaguje na jego niecne komentarze. Groźne spojrzenie, skryte w jego ostrych tęczówkach tworzyły krąg emocji, które wyraźnie dawały znak, że właśnie mam do czynienia z człowiekiem, którego powinnam się lękać. Przecież na bladej skórze jego dłoni miał krew, krew ludzi, którzy zginęli z niesprzymierzenia się z nim. Pomimo iż przeczuwałam jak moje ciało działa na jego osobę, starałam się pozostawić swój umysł w skupieniu, a krew w żyłach na tyle zimną na ile było mnie stać.
- Pamiętam ten moment w parku w którym obiecałeś, że zostawisz mnie w spokoju. - z odwagą uniosłam głowę. Chłopak był znacznie wyższy, prawie takiego samego wzrostu jak Harry - Obiecałeś, że nikt nie musi ginąć ani być szantażowanym. Uwierzyłam ci. Później przyszłeś do szpitala, kilka dni po porodzie. Mówiłeś, że  każda bliska osoba twojego wroga zostanie wkrótce twoim celem, ale przez ostatnie miesiące zniknąłeś. Miałam wrażenie, że się zmieniłeś.
- Ja? Zmieniłem? - jasnowłosy raptem roześmiał się, jakbym rzuciła najśmieszniejszy żart o jakim w życiu usłyszał - Czy ty naprawdę byłaś na tyle głupia by chociaż przez chwilę pozwolić swojemu umysłowi pomyśleć o mnie pozytywnie? Czy ty widzisz tu gdzieś jakiekolwiek pozytywy?
- Miałam prawo tak myśleć. Nie dawałeś mi żadnych obaw przed samym sobą.
- Masz racje, nie dawałem. - pokręcił głową nadal z rozbawionym wyrazem - Wyjechałem na jakiś czas, dlatego swoje obowiązki pozostawiłem swojej ekipie, która z chęcią podjęła się pracy obserwowania ciebie. Odkąd tylko pierwszy raz ujrzałem Lily, mogę powiedzieć, że każdego dnia widzę jak dorasta. Dostrzegam w niej osobę, której tak bardzo nienawidzę. A wiesz co jest w tym najbardziej śmieszne? Mam wrażenie, że wyrośnie z niej wykapany tatuś, nawet pomimo twojego matczynego wychowania.
- Ona nigdy nie będzie taka jak Harry. - syknęłam gniewnie - Nie masz prawa mówić tak o małym dziecku. Ona nie wie co jest grane i chcę by tak pozostało. Jeśli cię to nie obchodzi to chociaż mi pozwól trzymać ją od tego z daleka, z dala od Harry'ego by nigdy nie dowiedziała się jaką przeszłość kryje jej ojciec. Możesz wyżywać się na mnie, ale nigdy nie mów o niej jak o ofierze, która jest jedynie na twoim kolejnym celowniku.
- Czemu sądzisz, że to rozsądne? - spytał, dając nacisk na irytację - Trzymać ją z dala od Harry'ego? Przecież odpowiedzialność nad dzieckiem powinno ponosić obojga rodziców. Nie widzę sensu trzymania tego w tajemnicy. Znam Harry'ego na tyle długo, że wiem jak wytrwale potrafi dążyć do swego. To dziecko ma w sobie jego krew i choćbyś tego nie chciała, przejmie parę jego genów, a może i większość z nich.
- Zależy ci na tym, prawda? Bym mu to wyjawiła?
Thomas sprawiał wrażenie obojętnego, jakby nie obchodziło go zbytnio to o czym gadamy. Był trudny do rozgryzienia, zbyt dobrze umiał się maskować.
- Masz przy sobie mocną broń, Vanesso. Broń, która może sprawić, że Styles znienawidzi cię do końca życia. Czy to nie tego właśnie chcesz? Z jednej strony dobije go to, że przez ponad dwa lata kryłaś tak ważny sekret, sekret o jego dziecku. Wątpię czy wybaczyłby ci taki czyn.
- To dlatego mnie tutaj wezwałeś? Najpierw straszysz mnie, że Chris i Ryan zginął, jeśli się nie pojawię, a teraz dajesz mi do wiadomości, że tak naprawdę chodzi ci jedynie o moją córkę?
- Tu nie chodzi o twoją córkę, moja droga. - tym razem włożył ręce do kieszeni spodni jeansowych - Nigdy o nią nie chodziło. Jak wiesz, do tej pory nie stanowi dla mnie najmniejszego celu. Harry o niej nie wie i może i dobrze. Tak naprawdę chroni ją przed tym co mogę jej wkrótce zrobić, jeśli dowie się o jej istnieniu. Ważna dla mnie jesteś w tym momencie ty i twoja pomoc w przyciąganiu ludzi.
- Nie wiem o czym mówisz, ale dopóki nie zobaczę swoich przyjaciół żywych... - starałam się stłumić nagły przypływ złości - ...w niczym ci nie pomogę.
- Pozwolisz zatem, że z przyjemnością cię do nich zaprowadzę? - kąciki ust Thomasa uniosły się do góry w satysfakcji. Wskazał na dwa samochody, całkowicie odmienne od siebie - Wystarczy, że za mną pojedziesz, a uświadomię ci, że dotrzymuję danej umowy.

*Perspektywa Christophera*

Obudziłem się z cichym okrzykiem, przerywając sen o krwi i bezustannie niekończących się strzykawek z podawanym lekiem usypiającym coś w rodzaju do polowania na niedźwiedzie. Leżałem na brudnych, zimnych kamieniach, otulony ciemnością, jaka była mi najbardziej znana. Przez chwilę wpatrywałem się w nią pełen napięcia i strachu, lecz uczucia te przyćmiewał spokój, którego do końca nie rozumiałem. Miałem wrażenie, że co chwila budzę się i zasypiam, tak jakby to była moja codzienna monotonia.
Nagle poczułem na twarzy ruch nieco chłodniejszego powietrza. Było to uczucie przyjemne, ale nie tak bardzo jak widok, który ujrzałem chwilę po tym. W blasku oddalonej od krat lampy gazowej, niewiele udawało mi się zobaczyć, jednak czułem, że coś jest nie tak. Głośny kaszel rozbrzmiał pomiędzy silnymi ścianami, przypominając mi gwałtownie o obecności Ryana, który tak samo jak ja był uwięziony pośrodku silnego zabezpieczenia. Nie mogłem dojrzeć znajomego mężczyzny, choć wiedziałem, że był blisko.
- Ryan... - wyszeptałem, przybliżając się chwiejnie do krat - Ryan, słyszysz mnie?
- Tak. - jego głos był cichy, ale wyraźnie zirytowany - Oczywiście, że tak. Przecież słuchu nie straciłem.
- Trzymasz się jakoś?
- Czy trzymam? - prychnął - Nie powiedziałbym.
- Jesteś chory? - nieustannie próbowałem dojrzeć jego osobę wśród panującego mroku - Wydajesz się być.
- Jestem ostatnią osobą o którą powinieneś się teraz martwić. - wymamrotał, wydając się być lekko oburzony moim zachowaniem. Sam bym zresztą był na jego miejscu. Nie palałem do niego sympatią, więc on do mnie widocznie też nie - Tracisz przytomność, gdy tylko ponawiają zastrzyk albo gdy działanie jest zbyt silne. Przynajmniej nie odczuwasz tego co ja.
- Nie jestem pewien... - dotknąłem momentalnie swojej głowy, gdy przesiał mnie solidny ból - ... czy to dobra rzecz pozbawiania kogoś zdrowego rozsądku.
- W tym przypadku, może i najlepsza. - odparł bezdusznie - Odkąd znów straciłeś przytomność, nikt się tu nie pojawił, co oznacza, że nie podali ci więcej tego usypiającego świństwa. Twoja krew powoli się oczyszcza.
- I co w związku z tym?
- Musimy coś zrobić. - oznajmił całkowicie pewny swojego zdania - Oboje wiemy jak przebiegły potrafi być Thomas. Kiedy już dostanie Vanessę, będzie próbował sprowadzić Harry'ego z jej pomocą, która praktycznie opiera się naszym kosztem. Ona tu przyjdzie i zrobi to co będzie jej kazał, ale wiesz, że Thomas nie do końca potrafi dotrzymywać swoich słów. I tak któryś z nas zginie i wolałbym, żebym to był ja zamiast ciebie. Dlatego musisz się stąd wydostać.
W pomieszczeniu nastała cisza, głucha cisza, która odbijała się nieprzyjemnie echem pomiędzy nami obojga. Nie rozumiałem co Ryan miał na myśli, mówiąc, że to ja powinienem próbować uciekać zamiast niego samego.
- Czemu miałbyś to dla mnie zrobić? - chłód przesiąkł moje ciało, gdy usiadłem na podłodze. Oparłem się plecami o kraty, które nas dzieliły i otuliłem się pośpiesznie ramionami by dodać sobie trochę ciepła - Przecież wiem jak bardzo zależy ci na Vanessie. Nie zrobiłbyś jej tego, tak samo jak ja.
- Mój organizm jest osłabiony. - wyznał bez krzty zawahania - Nie miałbym żadnych szans na wydostanie się stąd przed nimi. Dopadną mnie wcześniej czy później.
- Posłuchaj. Rozumiem, że za tym wszystkim stoi nienawiść do mnie, ale nie muszę tego robić sam. Możemy zrobić to razem.
Nie dowierzałem, że właśnie starałem się być miły dla kogoś, kto kiedyś współpracował z wrogiem, próbującym zniszczyć życie mojej przyjaciółki. Czy ja już do reszty straciłem resztki świadomości?
- Tu nie chodzi o to co myślę o tobie, Chris. - westchnął, po czym ponownie zakaszlał jak tylko wiatr nabrał więcej siły - Wiem jedynie, że jesteś w wystarczająco dobrej kondycji by chociaż spróbować stąd uciec. Zrób to dla siebie, dla własnego dobra. Pewnie potraktujesz to jak łaskę za dokonane czyny, ale z jednej strony to moja wina, że nie ostrzegłem cię wcześniej przed tym z czym się będziesz zmagał. Nie powinieneś się mieszać w to od samego początku. Wdałeś się po prostu w zemstę pod wpływem szantażu.
- Żałuję tego co zrobiłem, pomimo iż nienawidzę Stylesa z całych sił. - wydawało mi się, że rozmowa z Ryanem pozwalała mi zrzucić niepotrzebne kamienie ciążące mi na sercu i wreszcie poczuć ulgę -  Chciałem zaznać tej satysfakcji z pozbycia się osoby, która jest ci uciążliwa, o której myślisz bezustannie każdego dnia w obawie, że może ci zaszkodzić. Zrobiłem to, bo musiałem ją chronić. Nie miałem wyjścia.
- Zrobiłbym to samo gdybym musiał. - usłyszałem szelest za sobą, jakby Ryan właśnie zmienił swoją pozycję. - Kierowałeś się tym co powiedział ci Thomas i miałeś prawo mu się podporządkować ze względu na to, że tu tylko chodziło o osobę, którą kochasz. Tylko głupiec nie postąpiłby tak samo jak ty.
- Trochę trudno mi jest uwierzyć w to co mówisz. - przyznałem z lekkim uśmiechem na ustach, choć niewidocznym dla towarzysza - Nikt jeszcze nie przyznał mi racji w tej sytuacji.
- Nie traktuj mnie od razu jak przyjaciela, bo wiesz, że nim nie jestem. - odpowiedział gorzko - Mówię tylko to co powinieneś wiedzieć. Sam wiem jak to jest kochać osobę i walczyć o nią, nawet pomimo tak trudnych do przełknięcia konsekwencji.
- Kochasz ją, prawda? - zapytałem z opanowaną ostrożnością - Kochasz Vanessę, dlatego chcesz to zrobić. Stać się ofiarą w zamian za jej wolność.
- Wiesz, nie trudno jest kochać tak wspaniałej kobiety, jaką jest Vanessa. Przez parę lat żyłem w cieniu Thomasa, obserwując jak niewinni ludzie giną w jego niekończącej się złości. Nie chcę by osobę, która tak bardzo zawdzięcza swoje życie własnej córce, zabrał wir tego gniewu, który prawdopodobnie nigdy nie ujrzy końca. Nie pozwolę by ludzie ją kochający, żyli w bólu, wiedząc jak cenną osobę stracili.
Słowa Ryana sprawiły, że zacząłem do niego podchodzić znacznie inaczej niż do wroga za jakiego go wcześniej uważałem. Wiedział jak ważna dla niego jest osoba, którą kocha, dlatego był gotów zrobić wszystko co możliwe by odsunąć ją od tej sytuacji jak najdalej. I choć przyznawałem mu rację, z czymś niestety musiałem się nie zgodzić. A mianowicie z pozwoleniem mu rozwiązać tego problemu samemu. Rzecz w tym, że siedzieliśmy w tym oboje, to my byliśmy kosztem. Nie mogłem pozwolić na to bym zostawił go, a sam uciekł. To niedorzeczne. Kochałem Vanessę równie mocno jak on, nie mogłem więc pozwolić mu być kosztem jej wolności. Tu nie chodzi już nawet o zazdrość wobec kobiety, którą oboje kochamy, ale o sprawiedliwość jaka musi zapanować między nami. Jeśli mielibyśmy ją uratować to tylko we dwoje.
W momencie w którym już miałem zacząć mówić by dać odpowiedź Ryanowi, który ciężko oddychał za kratami swojej celi, potężne drzwi budynku podniosły się do góry i zwinęły, pozwalając blasku księżyca oświetlić pomieszczenie. Wtedy zdałem sobie sprawę, że byliśmy zamknięci w magazynie, pełnym pudeł z nieznaną nam zawartością. Na środku sali stały dwa krzesła, a po stronie jednego z nich mały drewniany stolik na którym leżały podajże dwa pistolety, również nieduże.  Do pomieszczenia oświetlonego teraz jedynie przez kredowy księżyc oraz ledwo żółtawo-zieloną mgłę kłębiącą się wokół światła lampy gazowej, weszło dwoje ludzi, choć nie mogłem jednak przyjrzeć się ich twarzom z tak dalekiej odległości przy wciąż otaczającym nas mroku.
- Ona tu jest. - szepnął Ryan zza stalowych krat słabym, ale wystarczającym tonem, bym tylko ja mógł usłyszeć jego słowa.
Przez skórę przeszedł mnie dreszcz, gdy zorientowałem się, że ma rację. Lampa gazowa znajdująca się przed moją celą (o której nie miałem wcześniej pojęcia), zaraz na lewej stronie ściany, rozświetliła się gwałtownie. Zamrugałem kilka razy by przyzwyczaić się do oświetlenia i wtedy ujrzałem Vanessę. Długie ciemne włosy zwijały się smętnie wokół jej twarzy przez nagły podmuch wiatru w chwili skanowania otoczenia własnym wzrokiem. Wyższa, bardziej muskularna postać stojąca tuż za nią okazała się być Thomasem, który stał bacznie i jak tygrys przy swojej upolowanej zdobyczy, pilnował by dziewczyna nie zrobiła jakiejś bezmyślnej głupoty.
Zamarłem w chwili styknięcia się z wzrokiem z przyjaciółką. Miałem wrażenie, że mam halucynację spowodowaną większą dawką leku usypiającego, ale nic nie wskazywało na to, że to jedynie moja nadęta wyobraźnia. Zanim wróciłem na ziemię ze zdrowym rozsądkiem, zorientowałem się, że Vanessa już zdążyła podbiec do cel, wcześniej wykrzykując imię moje oraz towarzysza z sąsiedniej celi. Ryan nie wyglądał na wcale zaskoczonego jej obecnością, ale zmęczonego z braku siły nawet by wstać.  Dziewczyna rozejrzała się niepokojąco po nas obojgu, po czym ze strachem zmieszanym z wściekłością odwróciła się za siebie, gdzie Thomas już stał za nią ze spojrzeniem pełnym pogardy.
- Otwórz te drzwi. - warknęła gniewnie - Nie słyszałeś? Otwórz je!
Thomas zachowywał kamienną twarz, kiedy podszedł do celi Ryana i przekręcił kluczyk w metalowych drzwiach. Irytowało go jej zachowanie, ale nie robił niczego by pokazać, że ledwo to znosi. Nigdy nie miał stalowych nerwów, jeśli chodziło o znoszenie pogard innych.
Vanessa wbiegła do środka i przyklęknęła na kolanach przy chorym mężczyźnie. Klatka piersiowa Ryana unosiła się nierównomiernie, dłonie wciąż były blade z nieco widocznymi kośćmi na śródręcznej części, oczy przymknięte jakby kurczowo próbowały przytrzymać w środku powoli wydostający się ból, a na lewym policzku widniał fioletowy siniak, niewielki, ale widoczny.
- Ryan, słyszysz mnie? Ryan?
Nie miała pojęcia, co robić, bała się go dotknąć, by nie zrobić mu jeszcze większej krzywdy. Mimo to przekręciła jego głowę delikatnie w jej stronę, a kiedy lampa oświetliła jego twarz, aż jęknął. Vanessa drgnęła, nie mogąc oderwać od niego wzroku. Następnie dotknęła delikatnie dłońmi policzków przyjaciela, całkowicie pozbawionych naturalnych kolorów. Chory leniwie otworzył swoje powieki i spojrzał na brunetkę jak na anioła wybawiciela, który właśnie przybył by go uratować z otchłani rosnącego bólu. Nie umiałem odczytać z jego twarzy żadnej wdzięczności, ale w jego lustrującym ją wzroku było coś intrygującego, coś co dało mi do myślenia, że coś w sobie kryje. Coś więcej niż tylko troskliwość wobec siebie samych.
Thomas oddalił się od nas na chwilę by móc porozmawiać z facetem, który właśnie wszedł przez główne drzwi. Miał przy sobie jedynie małą smukłą broń, idealnie pasującą do jego dłoni. Był pozbawiony włosów, całkiem łysy z blizną na boku głowy w kształcie przecięcia czymś znacznie ostrym. Wyglądał strasznie, gdy uśmiechnął się chytrze do swojego szefa.
- Słyszysz mnie, prawda? Słyszysz. - dziewczyna oparła swoje czoło o przyjaciela i zerknęła w jego tęczówki, które nadal nie spuszczały z niej wzroku. Jakby była pięknym eksponatem w miejskim muzeum, pomyślałem.
- Jesteś. - mówił Ryan przyciszonym głosem. Chudą ręką przejechał po prawej stronie jej twarzy - Tak sądziłem, że zgodzisz się na warunki, które ci przedstawi tylko po to by nas uratować.
- Ryan, twoja koszula... ty krwawisz... mój boże.
Vanessa miała rację. Szara koszula chorego powoli nabierała ciemnokrwistego koloru, ale on nie wydawał się być tym do końca przejęty. Nadal posyłał swoją całkowitą uwagę ku drobnej brunetce.
- Rana nie zagoiła się jeszcze tak jak powinna. - odrzekł. Nadal zachowywał szepczący ton. - Starałem się pomóc. Próbowałem odwrócić jego uwagę od Chrisa...
 - O czym ty mówisz? - tym razem to ja wdałem się w konwersację, po raz pierwszy od pojawienia się Vanessy. Ta zaś posłała mi jedynie krótką wymianę zaskoczonych spojrzeń.
- Jeden z ludzi Thomasa próbował wstrzyknąć ci kolejny lęk usypiający. - wytłumaczył, po czym na kilka sekund przymknął powieki - Próbowałem powstrzymać go od czynów, ale nie dałem rady. Uderzył mnie pistoletem, aż zachwiałem się do tyłu na ścianę. Rana musiała się w międzyczasie otworzyć.
Zabrakło mi słów by móc cokolwiek powiedzieć. Ryan próbował stanąć w mojej obronie. Zapomniał na chwilę o czynach, których dokonałem i pomimo bezbronności pomógł mi. Wykazał się szlachetnością, którą niespotykanie udawało mi się spotkać w ludziach. Byłem mu winien naprawdę dużo.
Chory syknął odruchowo, gdy Vanessa podciągnęła poplamioną koszulę w górę. Położyła kurczowo dłoń na jego czole, starając się nie rozpłakać. Rana przecinająca jego klatkę piersiową nie była głęboka, ale wystarczająca by zadać potworny ból. Zastanawiałem się skąd on ją ma.
- Muszę cię stąd zabrać. Będzie jeszcze gorzej, inaczej...
Nie dokończyła tego co chciała powiedzieć. Ryan urwał jej w pół zdania, zwróciwszy wzrok na swoją lewą rękę. Powoli podniósł ją, a nikłe światło lampy gazowej oświetliło szkarłatną krew, która nagle pokryła wewnętrzną stronę jego dłoni. Vanessa spojrzała na niego z przerażeniem wymalowanym w oczach.
- Posłuchaj mnie uważnie. - chłopak podniósł spojrzenie z powrotem na zatroskaną dziewczynę, wcześniej ocierając dłoń o koszulę - Nie wolno ci się mną teraz przejmować, zrozumiałaś? Musisz wiedzieć, że jesteś tu po to by zbawić za sobą Harry'ego. Thomas wie, że jesteś jedyną za którą tu przyjdzie...
- To niemożliwe. - pokręciła nerwowo głową - Harry'emu na mnie nie zależy. Sam mi to powiedział.
- Thomas w to nie uwierzy, Vanesso. Będziesz musiała zrobić wszystko by go tu ściągnąć, ponieważ od tego zależy czy my do jutra przeżyjemy. To my jesteśmy kosztem twojego poświęcenia.
- Nie chcę was skrzywdzić. - po policzku przyjaciółki przeleciała łza. Miałem ochotę do niej podejść i ją przytulić, ale wiedziałem, że to by było wręcz nierozsądne w takiej sytuacji.
- Nie skrzywdzisz nas. Wiem, że nie. - cichy męski głos nabierał kojącego tonu z każdym kolejnym wypowiadającym słowem - Po prostu zrób to co oczekuje od ciebie Thomas.
- Jestem zaskoczony, że takie słowa zostają wypowiadane przez ciebie, Henderson. - mężczyzna o jasnych włosach i szerokich barkach podniósł dziewczynę automatycznie z brudnej podłogi i pchnął ją poza drzwi ciemnej celi. Dziewczyna natychmiast się poderwała, czując, jak serce podchodzi jej do gardła, ale za nim dotarła do drzwi, facet z blizną z którym jeszcze chwilę temu rozmawiał Thomas był znacznie szybszy. Zdążył złapać ją w ostatniej chwili by później oddalić ją  na bezpieczną odległość.
Niebieskie oczy Thomasa zaczęły z gniewem lustrować chorego przyjaciela, który nawet nie drgnął na ton tak ochrypłego głosu. Tak jakby nic nie dotknęło Ryana, nawet strach tworzony przez górującego nad nim mężczyzny.
- Co sobie myślałeś, przyprowadzając ją tutaj? - Ryan z niechęcią podniósł spojrzenie - Myślisz, że twój plan się powiedzie z jej pomocą? Skąd możesz mieć pewność, że Styles jej zaufa i przyjdzie tu jak gdyby nigdy nic się pomiędzy nimi nie stało?
Thomas kucnął przed chorym chłopakiem z uśmiechem pełnym zadowolenia z jego obecnego stanu zdrowia. Jak on mógł mieć w sobie tyle nienawiści po tylu latach po tragedii, która dotknęła jego rodzinę?
- Tu nie chodzi o nią, przyjacielu. - blondyn przekręcił głowę na bok by przyjrzeć się zauważalnemu siniakowi na policzku ofiary - Styles przyjdzie tu by się ze mną rozprawić po tym co zrobiłem, a nie ze względu na jej obecność tutaj. Uważasz, że nie wiem jak ją traktuje? Cóż, sam nie palałbym dobrocią do swojej ex po tak długim czasie i po tym co się stało. - satysfakcja przepychała się po między jego słowami - Zabrać ich! Obojgu!
Dwoje mężczyzn ze srogimi sylwetkami ciała pojawiło się nagle nie wiadomo skąd. Jeden z nich, na oko starszy z włosami w odcieniu rudym przepchał się obok Thomasa i szarpnięciem podniósł Ryana z ziemi, po czym pchnął w stronę dwóch krzeseł stojących na środku budynku magazynowego. Drugi zaś wyglądał na azjatę, pochodzącego ze wschodniej części świata. Można było go poznać po typowych rysach szczęki, oczach i koloru skóry znacznie ciemniejszej niż moja. Nie był wcale muskularny tak jak pozostali, ale gdy otworzył drzwi od mojej celi i pchnął mnie w stronę Ryana, wyczułem w nim znaczną siłę, która byłaby nawet w stanie złamać mi rękę przy najbliższej możliwej okazji.
Wspólnicy Thomasa związali nas obojgu do siedzeń za pomocą specjalnych mocnych lin, które zazwyczaj wiąże się ofiary. Spojrzałem na towarzysza po swojej lewej stronie i dopiero teraz dojrzałem jak bardzo blady jest. Krew plamiła jego górną odzież, kapiąc przy okazji na świeże spodnie. W jego ciele brakowało siły, chęci do walki o której jeszcze jakiś czas temu rozmawialiśmy. Już zupełnie przestał skupiać się na tym, jak bardzo ból przeszywa jego ciało. Ignorował każde cierpienie, które mu towarzyszyło. Starał się przy tym nie myśleć kompletnie o niczym, wyłączyć uczucia, wymazać z pamięci obraz koszmaru, który cały czas do niego nawracał. Nie mógł się przecież poddawać, nie teraz.
Łysy mężczyzna pchnął Vanessę przed nami, a ta upadła na kolana. Skórę miała obdartą, o czym można było się domyślić po za chwilę spływającej powoli rubinowej krwi. Dziewczyna zasyczała z bólu, ale nie podniosła wzroku na sprawcę. Serce dudniło mi jak oszalałe, patrząc na jej bezbronność. Perspektywa utraty najlepszej przyjaciółki, najbliższej mi osoby, sprawiała, że drżałem jak liść na wietrze, choć miałem na sobie wystarczająco ciepłe ubranie.
Chłodny wiatr pogarszał jednak całą sytuację swoim silnym powiewem, który powodował gęsie skórki na skórze naszej trójki. Przed sobą miałem widok na rozciągający się las, tajemniczy, a zarazem niebezpieczny. Księżyc spokojnie panował nad nocą, chowając się co jakiś czas za gęstymi chmurami i pozbawiając nas swojego blasku.
Kiedy odwróciłem wzrok od krajobrazu, zorientowałem się, że Vanessa cały czas niespokojnie zerka na towarzysza obok mnie, który rozpaczliwie zaciskał oczy, gdy tylko cierpienie wzrastało. Miałem ochotę przejąć połowę jego bólu, by tylko móc uspokoić przyjaciółkę.
- Mam nadzieję, że chociaż jeden z was nauczył się dziś, że nie warto testować mojej cierpliwości.
Bezlitosny głos Thomasa rozległ się złowrogo po nieprzyjemnym pomieszczeniu. Blondyn obszedł powoli naszą dwójkę, po czym zatrzymał się przy Vanessie. - Czas zrealizować mój plan, moja droga. Wystarczy jedynie jedno krótkie zawiadomienie przez telefon.
- Chcesz bym zadzwoniła do Harry'ego, ale nie zrobię tego. - syknęła brunetka, próbując wyszarpać się z nagłych zaciskających się dłoni sprawcy na jej koszulce - Nie utrzymujemy kontaktów. 
- To zadzwoń do kogoś, kto z nim je utrzymuje. - szeroki uśmiech wykrzywił się w grymasie na niemiłej twarzy - Chyba to nie takie trudne?
- Harry jest skłócony z każdym, kogo kiedyś uważał za przyjaciela. - odparłem tym razem ja. Dziewczyna niemo mi podziękowała - Nie przemyślałeś to?
- Nie powiedziałbym, że z każdym. - pokręcił głową z zadowolenia -  Czyżby mój brat przypadkiem nie miał kontaktów ze Stylesem?
- Twój brat? - wymamrotał Ryan ku zaskoczeniu pozostałych. Podniósł wzrok z odwagą wpatrując się w Thomasa - Jasper? Nie wierzę, że chcesz wciągnąć w to własne rodzeństwo.
- Jasper od dawna jest wciągnięty w to co się dzieje, odkąd tylko sprzymierzył się ze Stylesem. Jakbyś zresztą nie wiedział. - prychnął - Wiem, że jeśli on tu jest to i mój brat również. Obserwowałem Vanessę od pewnego czasu i mam świadomość, że są w dobrym kontakcie. Wystarczy, że do niego zadzwoni, a wszystko samo się załatwi.
- Chcesz zemsty nawet i na swoim bracie? Postradałeś już całkowicie zmysły. Jedno rodzeństwo już straciłeś. Chcesz i drugie stracić tym razem przez samego siebie?
Ryan przesiąkł gniewem, ale i poczuciem oburzenia. Nie spodziewał się, że po tym do czego doszło w sprawie z siostrą Thomasa, ten będzie chciał się teraz pozbyć ostatniego rodzeństwa i to z własnej ręki.
-  Rodzina nic w tych czasach nie oznacza. - jasnowłosy podszedł bliżej chłopaka, dając znak rudemu spólnikowi by miał oko na Vanessę - Sam powinieneś o tym dobrze wiedzieć, Henderson. Twoja biologiczna rodzina, której praktycznie nie pamiętasz porzuciła cię, oddała do adopcji z której później trafiłeś do małżeństwa, gdzie za alkohol sprzedaliby nawet dziecko. Rodzina nie jest warta niczego. 
- Jasper postąpiłby inaczej, gdybyś ty był inny! - syknął oschle na ile go było tylko stać - Ja byłbym inny, gdybym został inaczej wychowany!
- Możesz sobie uważać jak chcesz.
- A ty możesz myśleć o sobie jak o greckim bogu, ale jedynym rozumem w tej potępionej rodzinie Wild'ów jest właśnie on! Tak, Jasper! Powinieneś się od niego nauczyć paru rzeczy!
- Nie porównuj mnie do tego zdrajcy! - Thomas zamachnął się do tyłu i z impetem uderzył pięścią w prawy bok twarzy Ryana, tak, że aż chory zachwiał się na krześle. Nie miałem jak mu nawet pomóc i za to karciłem się w duchu. Przywiązany do krzesła rękami i nogami, tak samo jak on, nie umiałem niczemu zaradzić. Byłem bezbronny, jak każdy z nas tutaj. - Nigdy nie będę taki jak on! Nigdy nie stanę w obronie mordercy, który zabił naszą niewinną siostrę! 
- A czy ty nie robisz tego samego co on kiedyś? - Ryan pomimo bólu uniósł spojrzenie ku blondynie - Czy nie zabijasz właśnie niewinnych ludzi, którzy mają swoje rodziny, swoich bliskich, którzy będą cierpieć za nimi tak samo jak ty za Maddie? 
Thomas stanął w bez ruchu, jakby właśnie ktoś zadał mu cios w twarz, a on nawet nie wiedział dlaczego. Źrenice wyglądały jakby z biegiem sekund powiększyły się odrobinę, a spojrzenie stawało się coraz bardziej intensywniejsze. Byłem zadziwiony odważną postawą Ryana, pomimo niestabilnego stanu zdrowia. 
Ku zaskoczeniu, jasnowłosy mężczyzna nie odezwał się do niego by rzucić jakimś nagannym komentarzem. Odwrócił się z powrotem w stronę przerażonej dziewczyny, która wyglądała jakby wiedziała co robić, ale nie była pewna czy to idealne rozwiązanie.
- Napisz do Jaspera wiadomość. - oznajmił lodowatym tonem, przesiąknięty także nieukrywanym poirytowaniem - Zrób to albo wbiję twojemu przyjacielowi drewniany kołek w serce. Wyświadczę mu honorową przysługę, zakańczając przy okazji jego ciągnące się cierpienie.
Drgnąłem z przerażenia, kiedy spojrzenie mężczyzny poległo na naszej dwójce, a mianowicie na Ryanie. Ten zaś pozostał w bezruchu, z głową opadniętą do dołu, jakby nie znosił patrzeć na twarz stojącego przed nim człowieka. 
- Zrobię to. - oznajmiła Vanessa pewna siebie jak jeszcze nigdy wcześniej. - Tylko nie rób im krzywdy. Proszę.
Thomas wyciągnął z kieszeni spodni telefon, który prawdopodobnie musiała wcześniej mu oddać w celach zachowania dyskrecji. Podał go jej, a brunetka od razu zaczęła wybierać odpowiedni numer, później stukając po dotykowej klawiaturze aby sformułować wiadomość.
*Perspektywa Louisa*
Miałem koszmarnie dość przesłuchiwania Harry'ego, który przez cały czas udawał, że nasze słowa nic go nie obchodzą. Jego zawzięty charakter miał nad nami górę, co potwornie doprowadzało nas obu do szału. Zayn nie przestawał jednak męczyć przyjaciela, nie lubił się za szybko poddawać, ponieważ wiedział, że to jedynie podsyci u niego satysfakcję. Styles zresztą wiedział z kim ma do czynienia, znał nas dosłownie na wylot, dlatego zdawał sobie sprawę, że nie spoczniemy, jeśli nie powie nam całkowitej prawdy. Dziwiłem się trochę Malikowi, któremu z zadziwiającym opanowaniem udawało się wytrzymać każdy złośliwy komentarz lecący w jego stronę. Harry potrafił być sarkastycznie nieznośny, prawie jak dziecko w podstawowym wieku szkolnym. 
- Ile jeszcze razy będziecie w kółko drążyć ten sam temat? - Styles spojrzał na swoje paznokcie, plecami opierając się o obmurowanie, które podtrzymywało schody - Na pewno macie lepsze zajęcia niż siedzenie tutaj ze mną by napawać się moim bólem. 
- Wciąż nie wyjaśniłeś nam paru rzeczy. - oznajmił Zayn, wyraźnie znudzony zachowywaniem się jak odpowiedzialny rodzic, którego dziecko nawet i tak nie posłucha - Jakbyś zaczął z nami współpracować to wszystko potoczyłoby się znacznie szybciej.
- Tracę co do niego cierpliwość, Malik. - spojrzałem niechętnie na ich obojgu  - Chodźmy, zanim rozbije mu butelkę na głowie.
Oparłem się głową o drzwi wejściowe do mieszkania i skrzyżowałem ręce przed sobą. Zayn zaśmiał się cicho, na co Harry spiorunował go wzrokiem. Oboje nie znosili siebie nawzajem, ale musieli ze względu na zawziętość jaka panowała u mulata. 
- Chętnie się odwdzięczę, Louis. - Styles podniósł na mnie swoje zirytowane spojrzenie, które praktycznie posyłał do każdego z nas przez ostatnią godzinę. A niech cię szlag, Harry. 
- Powróćmy lepiej do tematu, możemy? - Zayn przetarł dłońmi zmęczoną twarz, po czym wrócił spojrzeniem na przyjaciela z nad przeciwka - Wiemy już, że wróciłeś, bo chcesz zemsty. Wiemy też, że to my jesteśmy jej powodem. No może jedną czwartą tego powodu. Nienawidzisz Vanessy za to co zrobiła, nas za nieposłuszeństwo i brak wiary w ciebie, ale nie wiemy nic na temat sprzymierzenia się Christophera z Thomasem. Wiesz coś o tym wiesz?
- Wiem tylko to, że Chris pomógł Thomasowi by mnie zabić. Co innego miałbym wiedzieć? - wywrócił oczami nadal przynudzony naszą obecnością - To oczywiste, że Chris preferował stanąć po stronie mojego wroga, przecież chciał mojej śmierci tak samo jak on. Nic dziwnego więc, że zadziałali razem.
- Nie zastanawiasz się, że mógłby być inny powód stojący za tak chętną pomocą Thomasowi?
- Masz na myśli to, że Chris zrobił to tylko i wyłącznie ze względu na Vanesse? Od razu ci mówię, że to kłamstwa wyssane z palca. On od zawsze chciał się mnie pozbyć, jego zazdrość potrafiła sięgać zenitu, nie miała końca. Trudno w to nie uwierzyć.
- Rzecz w tym, że Chris mówi o całkowicie innym przebiegu wydarzeń. Tym o którym najpierw wspomniałeś. - odezwałem się nieco zaskoczony, że Harry próbuje nareszcie z nami współpracować. - Vanessa powiedziała, że tak jej właśnie mówił, choć sama w to ledwo co wierzy. 
- A może po prostu za tym stoją te dwa problemy? - podsunął nagle mulat, jakby wpadł na genialne rozwiązanie - Może to właśnie dlatego Chris przyczynił się do postrzelenia ciebie.
- Nawet jeśli Chris naprawdę zrobił to kurwa dla Vanessy to gdzie tu widzicie sens? Było kilkadziesiąt sposobów by nie dać się wziąć pod nóż. Thomas zagroził mu, bo wziął pod uwagę, że Vanessa była cenna dla nas obojgu, ale to nie znaczyło, że nie było innego wyjścia. Mógł się nie zgodzić, wywieść Vanessę z dala od miasta...
- Uważasz, że to takie łatwe? - wtrąciłem się - Wyprowadzenie się z miasta, pozostawienie rodziny, bliskich przyjaciół? Może dla ciebie takie ono właśnie jest, ale nie dla innych. Nie umiałbym pozostawić wszystkiego, tak jak ty to zrobiłeś. 
- Przyznałbyś mi rację jakie to łatwe do zniesienia.
Harry uśmiechnął się nie miło. Gdyby nie to, że jest moim przyjacielem pomimo tego co zrobił, nadal miałbym ochotę wybić mu zęby. Ale teraz powstrzymywałem się z powodzeniem. 
Momentalnie podskoczyłem w miejscu, gdy silne pukanie do drzwi wejściowych przedarło się do środka. Zayn spojrzał jedynie na mnie, posłał pytające spojrzenie, po czym otworzył drzwi kiedy tylko się od nich odsunąłem. W progu stanął Jasper, wyraźnie zmartwiony na twarzy. Wyglądał na przerażonego, choć cieszącego się w duchu, że nas widzi.
- Gdyby Ashton nie odebrał mojego telefonu, prawdopodobnie nie dowiedziałbym się dlaczego Harry zniknął. - blondyn posłał swoje spojrzenie ku przyjacielowi, który w milczeniu oglądał swoje zakrwawione nadgarstki na poplamionej podłodze. 
 - Coś się stało Jasper? - zapytał spokojnie Malik. Dał mu niemo do zrozumienia, że oboje mamy wszystko pod kontrolą, jeśli chodziło o bezpieczeństwo Harry'ego.
- Och stało się i to coś, czego nikt z nas by się nie spodziewał. - oddychał ciężko jakby właśnie skończył biegać maraton jednego okrążenia dookoła piłkarskiego stadionu. - Dostałem wiadomość od Vanessy, ale dość nietypową. Chce się spotkać przy opuszczonym magazynie, kilka kilometrów dalej od Griffith Park.
- Co jest w tym takiego nietypowego? - jęknął Harry - Może zgubiła drogę?
- Ona chce się spotkać tylko z tobą, Harry. 
Wzrok Stylesa utkwił w jasnowłosym przyjacielu. Miałem wrażenie, że właśnie po raz pierwszy oniemiał. Nawet nie rzucił żadnego sarkastycznego słowa.
- Ze mną? - nutka niedowierzania była słyszalna w przybranym tonie szatyna - Po co miałaby się ze mną spotykać? Nie mamy nic sobie więcej do omówienia. 
- Jeśli chce się z tobą spotkać to znaczy, że to coś ważnego. - odparł Zayn - Wypadałoby się dowiedzieć co. 
- Nie pojadę tam tylko dlatego, że ona tego chce. Mam daleko gdzieś to, że chce pogadać. Niech któryś z was jedzie.
- Jeśli cię uwolnimy i powiemy, że nie potrzebujemy już więcej od ciebie żadnych informacji, wyświadczysz nam tę przysługę i pojedziesz do niej? - spytałem spokojnie - Może to naprawdę jest ważne.
Harry patrzył na nas jak na bandę idiotów, którzy właśnie błaźnią się przed nim samym. Cóż, mogłoby to tak wyglądać, ale nam w tym momencie naprawdę zależało na ich rozmowie. Musieli porozmawiać, może nawet pozwoliłoby im to zamknąć ten cały spór między nimi.
- Jeśli tam pojadę to pomyślicie, że mi na niej zależy. Mam dać się w to nabrać?
- Niech twoja głowa będzie o to spokojna, przyjacielu. - Jasper uśmiechnął się do niego, po czym podszedł i przykucnął przed przyjacielem - Potraktuj to jak rodzaj zaufania wobec nas wszystkich. 
- To jak? - wtrącił pytająco Zayn - Umowa stoi?
- Obym później nie żałował, że go uwolniłen. - Ashton oparł się o framugę drzwi, które łączyły korytarz z wyjściem do ogrodu. W rękach kurczowo trzymał kluczyki do kajdanek, które tak zaciekle drażniły ofiarę. Harry spojrzał na mnie, a później na resztę zebranych. Ku zdziwieniu, kiwnął głową, zgadzając się na nasze przedstawione warunki.




Od autorki: Podstęp za podstępem, kochani :) Wiecie już o co chodzi?

Widzimy się przy 103 rozdziale w poniedziałek, 24 Kwietnia! x
Tego nie można przegapić.

8 kwi 2017

25 mar 2017

Rozdział 101

Patrzyłem na Ashtona, oddychając ciężko, z takim wyrazem twarzy, jakbym nie mógł uwierzyć w to, co zrobił. Zacisnąłem dłonie w pięści, ale nie poruszyłem się. Nie mogłem go uderzyć, choć bym bardzo tego chciał. Przez cały ten jebany czas myślałem, że to co mówi jest prawdą, że nie trzyma się dość blisko z chłopakami, którzy stoją jedynie po stronie Vanessy zamiast po mojej. Niestety to co uważałem za wierność wobec mnie, okazało się jedną wielką zagrywką ludzi, których kiedyś obdarowywałem głębokim szacunkiem. Nie dowierzałem, że tak łatwo dałem się wykorzystać takim głupcom.
Blada skóra poczerwieniała na moich nadgarstkach od ciągłego szarpania ciasnych kajdanek. Ciemnoczerwona krew zaczynała sączyć się z obolałych ran, robiąc pojedyncze kropki na jasnych panelach podłogowych. Ashton wciąż zerkał na mnie z góry, nawet nie wzruszony bólem, jakie mi zadają jego zabawki.
- Po co to wszystko!? - mój gniew był nieopanowany i nadal odczuwalny, kiedy odezwałem się zdławionym głosem - Planowałeś to, prawda!? Wiedziałeś, że wróciłem. Przewidziałeś, że w końcu pojawię się u ciebie.
Na przeciwko mnie, biała ściana odgradzała salon od korytarza w którym oboje przebywaliśmy. Ashton ze znudzeniem oparł się plecami o obmurowanie, tym razem przenosząc swoje splątane z tyłu ręce do przodu. Skrzyżował je na piersi.
- Nie trudno cię przechytrzyć, Harry. - odrzekł - Domyśliłem się, że straciłeś już każdego, komu mogłeś kiedyś ufać. Pomyślałeś więc, że tylko ja mogę nie stać po stronie Vanessy, ale teraz przekonałeś się, że jednak tak nie jest.
- Tyle szumu o tą sukę. - ponownie się szarpnąłem, choć szybko tego pożałowałem - Sądziłem, że jesteś bystrzejszy i że nie dasz się owinąć wokół palca takiej osobie jak Vanessa.
Na czole przyjaciela pojawiła się zmarszczka rozdrażnienia. Bił się z myślami, jednocześnie mnie obserwując. Czyżby sumienie go gryzło?
- Nie rozumiesz.
- Nie, to ty nie rozumiesz. - warknąłem - Dajesz się omamić mojej ex, która chce przeciwstawić cię przeciwko mnie. Nie rozumiesz, że to na tym jej jedynie zależy?
- Ona nie próbuje nikogo przeciwstawiać przeciwko tobie. - w jego tonie głosu było słuchać kuriozalną niepewność - A na pewno nie mnie.
- Jesteś w błędzie. Znam ją. Jest podstępną...
- Przestań. - jęknął - Nie chcę słuchać tego jak bardzo jej nienawidzisz. Nie zmienisz moich myśli. Wiem lepiej od ciebie jaka jest, więc się przymknij.
- Wolisz zaufać jej niż własnemu przyjacielowi? - prychnąłem. Nie dowierzałem, że Ashton będzie zdolny do takich rzeczy - Jestem aż taki zły, że zaufałeś osobie, której szczerze nienawidzę?
- Nie widzisz tego? - brunet ożywił momentalnie jakby podpalony niewidzialnym ogniem, przenikającym przez całe jego ciało - Nie widzisz co ze sobą do cholery zrobiłeś? To nie jesteś ty. Nigdy nie niszczyłeś kontaktów z bliskimi, a nawet nie mówiłeś żadnego złego słowa na kobietę, którą szczerze kochałeś. Dałeś się omamić tym, co się stało w przeszłości, tak bardzo, że nie zauważasz, że to, co nazywasz "zemstą" wkrótce cię zniszczy.
W oczach Ashtona buchały nieposkromione iskry zgorzkniałości zmieszane z buzującą wściekłością, ale także z niewielką ilością bólu oraz dziwnego współczucia. Miałem wrażenie, że Ashton nie był już tym samym człowiekiem w którym kiedyś widziałem nadzieję na jakiekolwiek zaufanie wobec mnie, nawet jeśli wybiorę swoje rozwiązanie wbrew komukolwiek. Tak jakby przede mną stał ktoś inny, ktoś kogo ledwo co znam. Ktoś, kto nie ma zielonego pojęcia jakie mogą być pozytywne efekty z tego do czego małymi kroczkami zmierzam. Nie rozumiał mnie tak jak tego dotąd oczekiwałem. Zastanawiałem się kim w takim razie dla mnie był.
- Słyszysz siebie? - śmiałem się, nadal nie przestawiając wpatrywać się w przyjaciela - Uważasz, że to co planuje mnie zniszczy? Czy ty kiedykolwiek w ogóle pomyślałeś, że może ja już zostałem zniszczony?
- Harry...
- No oczywiście, że nie! - syknąłem, kiedy przez prawy nadgarstek przeszedł mnie okropny ból - Przecież ty jesteś tak przekonany i zaślepiony tym co powiedziała ci Vanessa, że nie bierzesz pod uwagę, że druga strona również może mieć w jakimś stopniu rację.
- Ale jak chcesz, żebym uwierzył ci na słowa, jeśli za każdym razem pakujesz się w coś o czym konsekwencji pojęcia nie masz! - wyrzucił ręce w powietrze - Próbuje ci pomóc, wytłumaczyć, że zemsta na najbliższych to nie jest najlepsze rozwiązanie, a zrobienie krzywdy komukolwiek z nas, włącznie z Vanessą będzie dla ciebie jeszcze mocniejszym ciosem niż śmierć własnego ojca.
Jego zazwyczaj jasno niebieskie oczy, teraz przybrały kolor ciemniejszego lazuru. Ashton był dość wysokim i szczupłym mężczyzną z charakterystycznymi ciemnobrązowymi włosami. Wpadające do przestronnego przedpokoju ranne promienie słoneczne oświetliły nagle bladą skórę bruneta wzdłuż ramion, tak, że mogłem idealnie przyglądnąć się wcześniej ledwo widocznym niewielkim bliznom. 
Poczułem, że wewnątrz mnie gromadzą się emocje, dotąd nie tak łatwo poskromione. Ashton, tak samo jak wszyscy inni, robili co się da by przekonać mnie, że to właśnie oni mają rację. Ale ja nauczyłem się słuchać samego siebie. Każdy z nich miał nadzieję, że stanę się człowiekiem, który będzie się karcił za każdy zły dokonany moment i wraz z narastającym bólem, będzie chciał przez to coś w sobie zmienić. Zacznie rozumieć, że czasami warto jest komuś wybaczyć, nawet jeśli przyłożył się do poszczególnej zmiany ze skutkiem negatywnym. Istotne było to, że nie umiałem już być słabym rodzajem przeciętnego człowieka. W głębi duszy wiedziałem, że ktokolwiek, kto wszedł w moje życie niewproszenie i narobił jeszcze większego bałaganu niż dotychczas, musi ponieść za to jakiekolwiek konsekwencje. Dla mnie liczyła się sprawiedliwość.
- Czyli nawet wiesz o tym, co mi chodzi po głowie. - byłem  zadowolony z satysfakcji drastycznie zmieniających się w nim emocji - Daruj sobie, że dam się zwieść na te same ciągłe gadanie. Nie tylko ty próbujesz mi wmawiać takie rzeczy.
- Więc to chyba o czymś świadczy, nie uważasz? - spojrzał na swoje paznokcie - Widocznie ktoś przede mną również próbował, ale go posłusznie nie posłuchałeś.
- Nie kieruję się tym co inni myślą o moim sposobie podchodzenia do życia. - odrzekłem - Nie liczę się z ich myślami, ponieważ mam swój rozum.
- Oh Harry, zastanawiałeś się kiedykolwiek, że może ci ludzie akurat mają rację?
- Nie, bo rzecz właśnie w tym, że jej nie mają. - Ashton spojrzał na mnie, jakbym go wyraźnie obraził - Lepiej zaufać swojemu umysłowi, niż umysłowi kogoś zupełnie innego.
- Mówisz tak teraz, ponieważ wciąż masz przed sobą wszystkie te wydarzenia z przeszłości, które doprowadziły cię do zmian w swoim życiu i charakterze. Kiedyś ufałeś mnie, chłopakom, a co najważniejsze Vanessie, której byłeś gotów poświęcić całe swoje życie by mogła żyć bez cierpień, jakie przy tobie zostały wyrządzone. Mówisz, że cierpiałeś przez to jak ona czy my cię potraktowaliśmy, zostawiliśmy samego, ale nie zdajesz sobie sprawy, że my również nie uniknęliśmy tego potwornego bólu, który krążył za nami każdego dnia. Wszyscy załamaliśmy się z powodu twojej straty, myśleliśmy, że twoja śmierć to bolesna prawda. Nie mogliśmy uwierzyć, że Thomasowi udało się dokonał swego.
- Nadal próbujesz wymusić we mnie ten cały zbiór słabych emocji? - bąknąłem gniewnie - Jeśli myślisz, że zmienisz moje zdanie to mogę ci od razu powiedzieć, że lepiej nie marnuj czasu na taką osobę jak ja. Nie warto. Nie uwierzę, że kiedykolwiek od mojego wyjazdu z Los Angeles, przejęliście się mną. Vanessa wystarczająco was zaślepiła, byście nie odczuwali tego, co ja w tym czasie czułem.
Pomimo iż kiedyś bezgranicznie mogłem zaufać Ashtonowi, teraz nie byłem pewien czy zrobić to ponownie. Mózg podpowiadał mi bym nie powinienem, bo przecież zdradził mnie, będąc po stronie mojej zawziętej ex dziewczyny. Ale co jeśli... Boże, nie ma żadnego jeśli. Harry nie możesz się nabrać na takie rzeczy, powtarzałem.
- Nie okłamiesz mnie, Harry. - brunet pokręcił głową i zbliżył się do mnie. Mogłem zobaczyć jak z uwagą mi się przygląda - Nawet samego siebie nie potrafisz okłamać tym, co czujesz do tej dziewczyny. - kucnął powoli na kolana. Natychmiast zauważył, że staram się nie ukazywać swoich obolałych od mocnego ucisku nadgarstków z których krew zaczynała ciec coraz to żwawiej - Kogo jeszcze spróbujesz nabrać na tą gadkę, że już jej nie kochasz? Że jest dla ciebie nikim? Możesz wmawiać te bajki przypadkowym ludziom, którzy nie znają cię tak dobrze jak ja czy chłopaki, ale mnie czy ich nigdy nie okłamiesz. Zawsze będziemy wiedzieć co kryje się za tą kurtyną, którą tak kurczowo bronisz by nie została odsłonięta.
Ashton kipiał satysfakcją, kiedy mówił wprost do mnie by wywołać jakikolwiek znak zmieniających się emocji. Nie przerwał naszego kontaktu wzrokowego ani na chwilę, więc to sprawiło, że przez zaledwie kilka sekund poczułem się nieco niepewniej w jego obecności.
- Wydaje wam się tylko, że wiecie o mnie wszystko, choć w istocie dobrze zdajecie sobie sprawę, że to nie prawda. Od momentu mojego wyjechania z Los Angeles, ani ty ani chłopaki nie wiecie jaki jestem. - warknąłem - Nikt nie uwierzy już wam w to co powiecie na mój temat. Masz już dużo dowodów na to, że Vanessa nic dla mnie nie znaczy. To, co jeszcze na mnie macie, lepiej zachowajcie dla siebie, bo wątpię, żeby ktoś kupił wasze gadki.
- Ciągle ta sama zawziętość i nieustępliwość. - skóra na chudej twarzy Ashtona w świetle słońca zrobiła się bardziej blada, niczym jak alabaster. Wykrzywiony w kącikach uśmiech sprawił, że po obu bokach momentalnie pojawiły się wyraziste kości policzkowe. - Kiedy wreszcie odpuścisz i przestaniesz udawać człowieka, którym nie jesteś? Nie jest to męczące dla ciebie?
Miałem wielką ochotę pozbawić go tego głupkowatego uśmiechu z jego twarzy i gdyby nie te przeklęte kajdanki, które wbijały mi się praktycznie w skórę, nie zwlekałbym z tym ani na chwilę. Przybliżyłem się na tyle blisko Ashtona na ile pozwalało mi ograniczenie swobody ruchów, po to by gniewnym grymasem pokazać, że tak łatwo się nie poddam. Nie mogłem powiedzieć, że to co mówił przyjaciel mnie nie śmieszy, bo było wręcz odwrotnie.
- Daruj sobie. - złość przekroczyła właśnie środkową linię mojej kontroli nad panowaniem - Możesz próbować ile wejdzie by mnie zmienić, bym był tym samym mężczyzną co jeszcze ponad dwa lata temu, ale to co jest we mnie teraz, zostanie nieporuszone, nawet przez to co powiesz.
Wydawało się, że wyraz twarzy Ashtona jaskrawo przybrał nagłą dezorientację. Wpatrywał się we mnie, szukając nadziei, chociażby tej malutkiej, ale jednak za chwilę sobie odpuścił, wiedząc, że akurat w jednym miałem rację. Chłopak przetarł zmęczone oczy, po czym zaczesał brązowe włosy do tyłu. Później spojrzał na swoje dłonie, nawet nie podnosząc na mnie swojego wzroku.
- Nigdy nie chciałem mieć z tobą tak złych relacji jak teraz. - mówił słabym tonem, jakby szukał w międzyczasie dopasowanych słów - Wiem co sobie o mnie teraz myślisz. Jestem złym przykładem na przyjaciela. Żałuję, że wcześniej nie mogłem ci jakoś pomóc, ale wiedz, że nigdy nie zwątpiłem w ciebie i twoje słowa, które owszem mogły mieć rację w paru sprawach związanych z tym co się stało. - wziął lekki wdech i wydech - Nie chciałem cię zakłuwać w kajdanki i choć uświadamiałem sobie, że możesz mnie przez to znienawidzić, zrobiłem to, bo wraz z chłopakami musieliśmy mieć pewność, że została w tobie chociaż cząstka tego mężczyzny, który kiedyś zawsze stawiał swoich bliskich naprzeciw siebie. Nie chcemy źle dla ciebie, Harry. Chcemy ci pomóc wybrnąć z tej samolubnej strefy, która zrodziła się z nienawiści za błędy, jakie popełniliśmy wobec ciebie. Otworzyć ci oczy na świat, który w twoim umyśle zmienił dla ciebie znaczenie. Czemu odtrącasz tych, którzy nauczyli cię jak stanąć na nogi po takiej stracie jak śmierć własnego ojca? Tych, których oddaliby za ciebie życie, skoczyli w ogień gdyby tylko było trzeba? Pamiętasz co powiedziałeś, gdy zdałeś sobie sprawę, jaki błąd popełniłeś, zabijając Maddie? Siostrę Thomasa? Mówiłeś, że nie mógłbyś skrzywdzić już ani jednej osoby, oprócz niego samego, nawet za najmniejszą zrobioną głupotę. Teraz już wiesz jak to jest stracić najbliższą ci osobę, jaką miałeś. Chcesz więc zemścić się na nas, bo stanęliśmy choć przez chwilę po stronie Vanessy? Owszem, może ona również nie jest bez winy, ale przynajmniej nie próbuje obmyślać planów na to jak cię zabić. Ona byłaby gotowa ci wybaczyć, Harry, bo nie przestała cię kochać i ja jej wierzę. Vanessa wciąż trzyma wasze wspólne rzeczy, a ty próbujesz nam wmawiać, że nigdy jej na tobie nie zależało? Obudź się z tego snu w którym nadal tkwisz, bo wkrótce może być zdecydowanie za późno na zmiany. Jeśli tego nie zrobisz to do końca życia będziesz żałował swoich zrobionych błędów wobec nas wszystkich, nigdy ich sobie już nie wybaczając. 
Ashton podniósł się na nogi i bez ani słowa więcej wyszedł przez frontowe drzwi mieszkania, pozostawiając mnie samego ze swoimi myślami. 

*Perspektywa Vanessy*

Nasza matka Catherine ostatnio przechodziła ciężki kryzys o którym nie chciała nikomu mówić. Jonathan zauważył to, upewniając mnie, że jest z nią coś nie tak. Oboje bardzo martwiliśmy się o stan naszej rodzicielki, ponieważ nikt z nas nie znał powodu jej nagłego przedziwnego zachowania. Brat mówił, że zbyt dużo poświęca na mnie swoje myśli, ale najdziwniejsze z tego wszystkiego było to, że matka postanowiła wziąć wolne na kilka dni od pracy, co nie zdarzało się dość często. 
W związku z tym mieliśmy zamiar z nią porozmawiać, tak jak powinniśmy to zrobić już trochę czasu temu. Być może, brat ma rację, że to ja mogę być powodem jej postępowania. Sama przeczuwałam, że to właśnie w tym leży problem. 
Dom rodzinny, pod który wraz z Jonathanem podjechaliśmy, pokryty był nowej generacji płytami elewacyjnymi w kolorze ciemnej chmury. Potężna biała brama na specjalny kod oddzielała posiadłość od ulicy, po której stronach znajdowały się równie dość podobne mieszkania, tylko że w całkowicie innej stylistyce. Po zaparkowaniu na podjeździe śnieżnobiałego mercedesa przed zamkniętym garażem, od razu wysiadłam by móc odpiąć Lily z dziecięcego fotelika, a następnie wziąć ją na ręce. Jonathan czekał z cierpliwością, oparty o maskę swojego pojazdu w całkocie innym kolorze, obserwując jak z łatwością radzę sobie z córką. W dłoniach trzymał torbę z ulubionymi zabawkami swojej siostrzenicy, którą akurat wiózł w swoim czterokołowcu.
Kiedy przeszliśmy przez próg mieszkania, Jonathan natychmiast zawołał imię matki, informując ją o naszej obecności, ale ku zdziwieniu nie dostaliśmy żadnej odpowiedzi. Tak, jakby dom był całkowicie pusty.
Wystrój wnętrza przestrzennego budynku było nowoczesne - inspirowane przełomem XVIII i XIX wieku we Francji. Dom zachwycał przyjemną lekkością. Ściany zostały ozdobione w klasycznym i dość surowym stylu – tylko białe, czarne i brunatne kontrastujące elementy. Dodatkowo na korytarzu w którym aktualnie się znajdywaliśmy oraz innych pomieszczeniach zauważyć można było sztukaterie zdobiące ściany i mozaiki na podłogach. Na suficie zaś wisiał zainspirowany klasyką żyrandol w całości wykonany z przetworzonego papieru w kolorze bieli. Widać było dbałość o precyzję i użyteczność, podobną do luksusowego stylu.
Potężne schody wachlarzowe, zbudowane na lewej stronie wielkiego pomieszczenia na wprost drzwi wejściowych, prowadziły na najwyższe piętro, gdzie znajdowały się poszczególne trzy sypialnie wraz z jedną dodatkową dla specjalnych gości. Od schodów, po prawej stronie kwadratowego korytarza zestawienie zdecydowanych barw i halogenowego oświetlenia z ozdobnym, wykonanym z białego marmuru kominkiem czyniło dom miejscem wyjątkowym. Całość doskonale uzupełniły stylowe kinkiety i mosiężna blada ściana. Korytarz w którym się znajdowaliśmy, rozdzielał dwa pomieszczenia po swoich obu bokach w którym tylko lewy zakątek mieszkania był zamknięty drzwiami. Czarno-białe fotografie tworzyły we wnętrzu niepowtarzalny nastrój.
Lily poruszyła się w moich ramionach, machając w małej dłoni swoją pluszową zabawką, która przypominała niedźwiadka o imieniu Koda ze sławnego animowanego filmu Disneya, Mój Brat Niedźwiedź. Jonathan jako pierwszy ruszył przed siebie, kierując się w stronę salonu bez drzwi, który znajdował się po prawej części domu. Okazało się, że również był pusty.
Przed przestronnymi oknami sięgającymi do samej podłogi, znajdującymi się od prawej strony wejścia do salonu, rozciągała się wygodna włoska sofa w obiciu z miękkiej ciemnej tkaniny w połączeniu z dwoma zgrabnymi fotelami z równie przyjemnego w dotyku materiału. Strefę wypoczynku wydzielał jasny dywan, a na jego środku stolik kawowy z niklowanymi nóżkami i eleganckim czarnym marmurowym blatem. Kanapa usytuowana była na przeciwko pokrytej czarnym jak węgiel szkłem komody, tym razem z naszej lewej strony, nad którą zawieszony był telewizor. W rogu ściany telewizyjnej znajdował się ażurowy regał na książki, utrzymany w charakterze całego pomieszczenia - ciemny niklowany szkielet w połączeniu z matowym czarnym lakierem na półkach. Wnęka w ścianie odróżnia się od reszty powierzchni ściany przez swój odmienny sposób malowania i podświetlenie, a w powstającej tam półce stworzone było miejsce na bibeloty, świeczniki, bądź ramki ze zdjęciami. Mozaikowa podłoga, kinkiety z czarnym abażurem i chromowaną bazą oraz lampki na stolikach pomocniczych w kolorze platyny podkreślały przytulność, a jednocześnie ekskluzywność przestrzeni. Ściany salonu były tak białe, że czasami potrafiły razić człowieka w oczy.
Na końcu pokoju, po lewej stronie widać było zatem otwarte wejście do kuchni. Jonathan zawołał imię matki po raz kolejny, po którym efektu nadal widać nie było.
- Przecież mówiła, że nigdzie się dzisiaj nie wybiera. - przemówił brat zrezygnowanym tonem w chwili podejścia do kawowego stolika na którym leżały porozwalane gazety, które nasza matka zazwyczaj lubiła kupować z samego rana w pobliskich kioskach - Gdybym wiedział, że jej nie ma, nie przyjeżdżalibyśmy tutaj.
Młody chłopak spojrzał na mnie, w oczach malowało się klarowne zmieszanie. Włosy w jasnym odcieniu brązu, takim samym jak moje, miał w nieładzie, jakby nie przeczesywał je dwa czy trzy dni. Lily, która w tym momencie odwróciła wzrok od swojej zabawki, momentalnie przeniosła go na Jonathana, lustrując go zielonymi jak wiosenna trawa tęczówkami. Zawsze przypominały mi one Harry'ego, po którym odziedziczyła ten kolor.
- Na pewno jest w domu. - odparłam - Pójdę sprawdzić biuro ojca i ogród za domem. Ty zajmij się kuchnią i pokojami na górze.
Jonathan bez żadnego sprzeczenia kiwnął głową. Oboje udaliśmy się w inne kierunki mieszkania w poszukiwaniu rodzicielki. Zaciekawiona w moich ramionach Lily, rozglądała się dookoła, kiedy wróciliśmy do wielkiego korytarza ze schodami aby przejść na lewy zakątek. Masowne czarne drzwi przesuwne wykonane z pomalowanego drewna odgradzające niewielkie biuro były zamknięte, ale nie dosłownie. Przesunęłam ostrożne drzwi na bok by wejść do środka. Tu także nikogo nie było. Ojciec był przecież w pracy, pomyślałam.
Gabinet poświęcony do pracy związanej z firmą był miejscem do którego nie pozwalano mnie i Jonathanowi wchodzić za czasów naszego dzieciństwa, no chyba, że pod nadzorem jednego z rodziców. Ściany skromnego pokoju pokryte były czarną farbą, a atmosferę dopełniało oświetlenie oraz starannie dobrane kinkiety wraz z obrazami rodzinnymi oraz zaopatrzonymi w ramki dyplomami czy certyfikatami. Na ścianie naprzeciwko wejścia do gabinetu usytuowany był chmurny regał na książki i nagrody z zamykanymi szklanymi drzwiczkami. Na środku zaś stało stylizowane czarne biurko ze szklanym blatem, które pozwalało na przechowanie ważnych dokumentów. Dodatkowo ciężki fotel wykonany ze skóry z tego samego mrocznego odcieniu, idealnie pasował do masywnego biurka. Pomieszczenie uzupełnione było także o komfortową kanapą w kolorze jasnej szarości po lewej stronie wejścia. Obok niej w rogu stało ogromne akwarium słonowodne, w którym znajdowały się rzadkie okazy ryb i roślin. Natomiast po prawej stronie pokoju było wyjście na tylny ogród.
Usadowiłam ostrożnie Lily na fotelu, kiedy dostrzegłam bałagan na biurku. Różnego rodzaju papiery porozrzucane były na całym blacie. Przykrywały one laptopa i teczki w kolorowych barwach. W chwili, kiedy córka odwróciła ode mnie wzrok, powracając do bawienia się swoim pluszakiem, wzięłam do ręki parę dokumentów i uważnie im się przyglądnęłam. Pamiętałam jak zaledwie kilka lat temu, mój ojciec zabraniał mi nawet dotykania jego własnych rzeczy, pochodzących z tego owo biura.
Dokumenty były praktycznie związane z rodzinną firmą architecką. Dochody, podatki, współprace z innymi krajami czy nowe kontrakty na zaprojektowanie wnętrz poszczególnych domów w Los Angeles. W momencie sięgnięcia po kolejny papier, dostrzegłam nagle ciemno pomarańczowy folder na którym widniały napisane jedynie inicjały R.H.
Chrobot otwieranych się drzwi tarasowych, wyrwał mnie z zamyślenia. Odwróciłam pośpiesznie głowę w ich stronę i ujrzałam smukłą kobietę w kaszmirowym pąsowym swetrze z długimi do kostek wiśniowymi spodniami dobranymi odpowiednio do sylwetki. Stary miedziany kapelusz z lat dziewięćdziesiątych zakrywał czubek jej głowy, ale kiedy okrycie zostało ściągnięte, ciemno brązowe włosy opadły jej kaskadami za ramiona. W niektórych miejscach można było zauważyć niewiele siwiejących włosów.
Uśmiechnęłam się, widząc własną matkę z dłońmi w ogrodowych rękawiczkach, pobrudzonymi ziemią. Zaskoczony wzrok Catherine natychmiast utkwił we mnie, stojącej przy biurku ojca. Wyglądała przez chwilę jakby się przeraziła.
- Vanessa? - w jej głosie słychać było lekkie niedowierzanie. Kobieta pośpiesznie ściągnęła brudne rękawiczki, za chwilę kładąc je wraz z kapeluszem na komodę obok wyjścia na taras. Zauważyłam, że przerażenie szybko zmienia się w pozytywny rodzaj ludzkich emocji - Oh, święty jezu. Nawet nie wiesz jak się cieszę, że cię widzę. Co ty tu robisz córeczko?
Matka podeszła do mnie z uśmiechem i objęła mnie chudymi ramionami, choć kątem oka udało mi sie zauważyć, że jej wzrok polega na biurku. Byłam jedynie odrobinę wyższa od niej.
- Przyjechałam cię odwiedzić razem z Lily. - odparłam, całując ją w zarumieniony policzek - Pomyślałam, że może potrzebujesz porozmawiać z kimś, kto nie zalicza się do grona płci męskiej.
Catherine spojrzała na mnie i roześmiała się wesoło. Uwielbiałam momenty w których matka promieniowała szczęściem.
- Może masz trochę rację. - przyznała, kręcąc głową - Mam czasami dość twojego ojca oraz Jonathana. Mieszkać z nimi bez żeńskiego towarzystwa to jak mieć na głowie dwójkę dzieci, które trzeba za każdym razem mieć na oku.
- Nie przesadzaj. - tym razem to ja obdarowałam ją szerokim uśmiechem - Nie mogą być aż tak źli. 
- Zdziwiłabyś się. - matka dotknęła mojej lewej dłoni swoją zimną, po której przeszedł mnie lekki dreszcz - Przyjechałaś tu z Jonathanem? Poinformował mnie, że jedzie cię odwiedzić, ale nie sądziłam, że z tobą wróci.
- To był raczej mój pomysł by tu przyjechać. - odrzekłam - Myśleliśmy, że nie ma cię w domu. Jonathan jest chyba wystraszony tym, że nie odpowiedziałaś na jego wołanie.
- Oh, musiałam go nie słyszeć. - przytkała prawą dłoń do policzka - Byłam w ogródku. Ktoś musiał wreszcie przyciąć te drzewa i rozkopać ziemię dla nowych kwiatów. Wasz ojciec się raczej za to nie zabierze. - zażartowała Catherine. Humor jej dopisywał co mnie bardzo podnosiło na duchu. Czasami zastanawiałam się nad tym co myśli o swoim własnym życiu, mężu, firmie czy dzieciach. - A któż to odwiedził babunię? - kobieta odwróciła wzrok w stronę mojej córki, która nawet nie zwróciła na niej swojej uwagi. Niedźwiadek Koda był chyba raczej bardziej interesujący - Czy to mała Lily odwiedziła babcię? Mój mały aniołek, jaka już duża.
Kobieta pochyliła się nad krzesłem by wziąć swoją wnuczkę w ramiona. Dziewczynka była ubrana w fioletową sukienkę z dwoma jasnymi guzikami na końcu przednich szelek pod którą znajdowała się śnieżnobiała bluzka z rękawami. Do tego dopasowane były liliowe jasne rajstopki z motywem motylków oraz także buty profilaktyczne z wkładką ortopedyczną. Catherine pozostawiła soczystego buziaka na policzku Lily, po czym spojrzała na nią z zachwytem. Wnuczka również się jej przyglądała.
- Rośnie tak szybko. - szepnęłam wystarczająco słyszalnie - Nawet nie wiem kiedy zdążyła mi tak wyrosnąć.
- Ty też tak szybko rosłaś, Vanesso. - mama nadal nie przestawała lustrować wzrokiem mojej córki - Szybciej niż Jonathan.
- Mówisz tak, bo zawsze twierdziłaś, że kobiety prędzej się rozwijają niż mężczyźni.
Podeszłam do Lily by poprawić rękawy jej białej bluzki. Ta zaś z uśmiechem mi to uniemożliwiła.
- Bo taka jest prawda. Chłopcy zazwyczaj gdy są młodsi, potrzebują więcej uwagi rodziców i czasu by móc zrozumieć otoczenie w którym dane jest im żyć.
- Uważasz, że Jonathan... że on też miał trudności ze zrozumieniem życia, kiedy był młodszy? - spytałam niepewnie. Rodzicielka wróciła do mnie wzrokiem.
- Tak. Myślę, że tak. Jak każdy chłopiec w jego wieku. - wzruszyła ramionami - Czemu pytasz?
- Ostatnio miewa złe dni. - westchnęłam, opadając na fotel. W międzyczasie wzięłam do ręki pluszowego misia by na niego nie usiąść. - Wydaje mi się, jakby nie umiał przyzwyczaić się do tego wszystkiego.
Lily zawzięcie wyciągnęła rękę w moją stronę bym oddała jej zabawkę. Matka zaś wzięła ją ode mnie i podała wnuczce, za chwilę wkładając do buzi jej smoczka, który przypięty był do jednego z szelek sukienki dziewczynki, aby nie został zgubiony.
- Co masz dokładnie na myśli?
- On twierdzi, że niczego pożytecznego nie dokonuje, mając dwadzieścia trzy lata. - rzekłam - Uważa, że powinien postępować jak inni. Mieć stałą pracę, założyć rodzinę i...
- Jonathan jest trudnym człowiekiem, którego nie łatwo da się zrozumieć. - przerwała Catherine. Kobieta oparła się plecami o biurko - Gubi się na własnych ścieżkach jakie wybiera, ale to normalne. Nie zawsze coś idzie po naszej myśli, dlatego przyglądamy się innym ludziom. Jak oni żyją, zamiast martwić się o siebie samych.
- Naprawdę martwię się o niego, mamo. Jeszcze nigdy nie był tak przygnębiony własnymi postępowaniami.
- Kochanie, musisz mu zaufać i pozwolić samemu dążyć do własnych celów. Sam wkońcu znajdzie rozwiązanie.
- Ale ja czuję, jakby czegoś mu brakowało. - zaczęłam bawić się palcami u dłoni - I wiem co mu brakuje, ale rzecz w tym, że nie mogę mu akurat tego dać.
- Zawsze starasz się komuś pomóc. - odparła - Vanesso, skarbie, posłuchaj. Może powinnaś pozwolić ludziom dokonywać tego czego chcą po swojemu?
- Mamo, Jonathan jest moim...
- Rozumiem to. - przerwała mi ponownie w połowie zdania - Ale Jonathan jest już dorosłym mężczyzną, nie potrzebuje stale twojej pomocy. Inaczej nie nauczy się być samodzielny.
Lily wszczęła bawienie się ciemnymi kosmykami włosów swojej babci podczas naszej rozmowy. Ciągnęła je do siebie, ale delikatnie.
- To co mam w takim razie zrobić? - przyglądałam się jej uważnym wzrokiem - Patrzeć na to jak nieszczęśliwy jest?
- Znam twojego brata wystarczająco dobrze by wiedzieć, że sobie poradzi. - zapewniła, tak zdecydowanie jakby była tego pewna na sto procent - Wyrósł na silnego mężczyznę, ale jak każdy inny mężczyzna ma prawo nie raz się jeszcze zgubić w podobnym wieku. Jak już wspominałam, to normalne.
Catherine podała mi córkę, która domagała się bym tym razem to ja wzięła ją na ręce. Usadowiłam ją sobie od razu na kolana, ostrożnie przeczesując jej krótkie, wciąż rosnące włosy o których kolorze nigdy nie miałam pojęcia po kim odziedziczyła.
Matka podeszła powoli do komody by wziąć z powrotem kapelusz oraz brudne rękawiczki. Uśmiechnęła się ciepło, kiedy powróciła wzrokiem ponownie do naszej dwójki. Lily wydawała się być śpiąca w moich ramionach.
Po chwili drzwi wejściowe do gabinetu otworzyły się, a do pomieszczenia wparował Jonathan z wyraźna ulgą na twarzy, kiedy ujrzał mnie oraz własną matkę.
- Tu jesteście. Obie. - opadł na znajdującą się blisko sofę i oparł się swoją głową z tyłu o oparcie - Myślałem, że gracie sobie ze mną w chowanego. Przeszukałem pół domu, mamo, bo nie wiedziałem gdzie się podziewasz.
- Ty i ten twój zawsze dowcipny humor. - rodzicielka spojrzała na niego z wielką miłością w oczach. Tym razem kobieta stanęła za mną by oprzeć się łokciami o fotel na którym siedziałam - Nie pomyślałeś, że mogę być na dworze?
- To byłaś w ogrodzie? - uniósł brew - Ale, że za domem?
- Tak.
- Cholera. - jęknął - Czemu ja nie wpadłem na to wcześniej?
- Wiesz, ja też nie wpadłam na to wcześniej, więc nie jesteś jedyny, który wyszedł tu na głupka.
- Wielkie dzięki. - roześmiał się złośliwie  - Przynajmniej nie jestem w tym sam.
- Oh, dzieci, dzieci. - Catherine pokręciła głową z uśmiechem, tańczącym na jej zaróżowionych ustach. Nie tylko ją śmieszyła cała ta sytuacja. - Jesteście niewyobrażalni.
- My? - rzucił brat z oburzeniem - To nie my ukrywamy się przed własnymi dziećmi.
- Wcale się nie ukrywałam.
- Nie wcale. - Jonathan przewrócił oczami - Skąd mieliśmy wiedzieć, że będziesz w ogrodzie? Zazwyczaj nie zajmujesz się takimi rzeczami.
- To był wyjątek. - zapewniła matka - Wiesz, że jak jestem sama w domu to się nudzę, a wtedy praktycznie każda rzecz staje się dla mnie interesująca.
- Ale że grzebanie w mokrej od deszczu ziemi? - młody chłopak lustrował swoją rodzicielkę wzrokiem, która nie umiała ukryć rozbawienia zachowaniem swojego syna - Serio mamo?
- Oh, przestańcie. - odpowiedziałam - Chcesz się o to kłócić, Jonathan?
Zerknęłam na brata, który w geście irytacji ostatecznie wyrzucił ręce w powietrze.
- Chodźmy do kuchni. - zaproponowała matka z uwagą się nam obojgu przyglądając - Pewnie jesteście głodni. Może chociaż to nie doprowadzi do kolejnej zabawnej kłótni.
Rozpromieniona kobieta nałożyła ulubiony kapelusz z powrotem na głowę i ruszyła przed siebie w stronę wyjścia, kiedy ja w tym czasie zawiązywałam sznurówki w lewym bucie Lily. Brat podniósł się automatycznie z kanapy w chwili opuszczenia pokoju przez Catherine. Spojrzał na mnie oczekująco.
- Idziesz?
- Tak, zaraz przyjdę. - oznajmiłam - Tylko zawiąże Lily buty.
Jonathan wzruszył ramionami nic więcej już nie dodając. Następnie zniknął za drzwiami gabinetu.
W tym momencie podniosłam się na nogi z córką na rękach. Pośpiesznie zaczęłam szukać na biurku pracowniczym ojca, ciemno pomarańczowego foldera z zapamiętanymi inicjałami R.H, ale dziwnym trafem nie było go w miejscu w którym go wcześniej spostrzegłam. Matka musiała go zabrać, kiedy nie patrzyłam, pomyślałam.

~*~

Rodzinna kuchnia charakteryzowała się prostotą, czystością formy i funkcjonalnością. Dzięki jej otwarciu na salon zyskiwaliśmy przestrzeń harmonijnie komponującą się z resztą mieszkania, nadającej przytulnej atmosfery. Meble kuchenne wykonane były z matowego MDF-u w kolorze bieli. Drzwi szafek kuchennych otwierane były dotykowo w systemie push-pull, zaś blat kuchenny kontrastował się z kolorystyką frontów, by nadać całości charakteru. Wykonany z ciemnego wulkanicznego aglomeratu o nierównej powierzchni, świetnie podkreślał charakter mieszkania i nawiązanie do ponadczasowej kolorystyki. Na nim można było postawić wyszukane przybory kuchenne. W wysokiej zabudowie zaplanowano pojemną lodówkę z zamrażalnikiem oraz piekarnik.
Ściany pomieszczenia były w tym samym kolorze co w salonie. Porozwieszane na nich malownicze obrazy przedstawiały stolice państw w których panują najpopularniejsze kuchnie na świecie. Rzym, Ateny, Paryż, Berlin, Londyn, Moskwa, Bangkok, Mexico City, Pekin, Tokyo czy nawet Nowe Delhi były ukazane w obiekcie najbardziej znanych zabytków kulturystycznych danego kraju.
Zapach późnego obiadu matki miał słodko-słony aromat kuchni francuskiej. Catherine uwielbiała przyrządzać i gustować dania z każdych innych krajów, szczególnie tych europejskich.
- Myślę, że nie będziecie wybrzydzać i zjecie królika w czerwonym winie. - kobieta wraz z synem rozstawiła trzy talerze na blacie ciemnego stołu, za chwilę podając główne danie oraz dodatki jak sałatki czy przyprawy.
Gdy oni w tym czasie zajęci byli podawaniem wszystkiego do stołu, ja z powodzeniem nakarmiłam Lily, która grzecznie zjadła całą kaszkę zabraną z domu.
- To już nie te czasy, mamo - odparł Jonathan, zabierając się jako pierwszy do jedzenia - Nie musisz już siedzieć przy nas i pilnować abyśmy zjedli do końca całe mięso.
- Pamiętam te czasy doskonale. - Catherine spojrzała tym razem na mnie z wesołym wyrazem twarzy - Nigdy nie lubiłaś wieprzowiny, tak samo jak pietruszki czy marchewki albo ziemniaków w kawałkach polanych masłem. A o brokułach to już nie wspomnę.
- Teraz to się zmieniło. - zapewniłam - No może poza wieprzowiną.
- Jak można nie lubić wieprzowiny? - wtrącił brat z pełną buzią.
- Ty też święty nie byłeś, Jonathanie. - matka odwróciła się w stronę syna - Twoje obrzydzenie do fasoli, szpinaku oraz różnego rodzaju ryb nie miało końca.
- Wciąż nie lubię ryb. - odparł - I co z tego?
- Jak można nie lubić ryb? - matka uśmiałam się by zrobić synowi na złość, zaś ten posłał jej jedynie nadzwyczajne gromiące spojrzenie.
- Co myślicie o Włoszech? - wtrąciłam się pytająco, totalnie ignorując konwersację ich obojgu.
- Nie rozumiem pytania. - stwierdził brat - Co to ma do naszej rozmowy o jedzeniu?
- Tak pytam. Są piękne, zawsze marzyłam by pojechać do Włoch.
- Stoi za tym jakiś powód, kochanie? - Catherine uniosła brew zaciekawiona nagłą zmianą tematu.
- Od jakiegoś czasu myślę nad przeprowadzką do Europy.
- Przeprowadzką? - widelec, który matka trzymała o mało co nie wypadł jej z dłoni i nie spadł na podłogę - Chcesz wyjechać? Dlaczego?
- Europa to cichy zakątek świata. Nie jest tak niespokojnie jak tutaj w Ameryce. Chcę zapewnić Lily lepsze życie, dając jej większe możliwości.
- Odizolowując ją od nas?! - burknął Jonathan podniesionym głosem - Tego właśnie chcesz?!
- Przecież wiesz, że ja nie...
- Zastanawiałaś się nad tym, jak my się poczujemy z myślą o twojej przeprowadzce do Europy z którą dzieli nas praktycznie ponad tysiące kilometrów?! Oszalałaś?!
- Jonathan. - skarciła go Catherine wyraźnie oburzona nagannym zachowaniem syna.
- Zależy mi na was, ale wiecie, że zrobiłabym wszystko by ją chronić.
- W jakim niby celu?!
Brat zachowywał się tak, jakbym wbiła mu nóż w serce. Widziałam ból w jego oczach, ale i potworną troskę o własne rodzeństwo.
- Przestańcie wy oboje. - oznajmiła srogo rodzicielka - Chociaż raz zachowajcie się jak przyzwoici ludzie, którzy nie szczekają na siebie za każdym razem przy rodzinnym towarzystwie.
Każdy z nas zamilkł. Wytarłam pośpiesznie chusteczką kąciki ust Lily, które były pobrudzone od mleczno-ryżowej kaszki o smaku śliwki i moreli. Następnie z dziewczynką na kolanach, zabrałam się za przygotowany obiad.
- Jeśli mówimy już o nieprzyzwoitym zachowaniu... - odezwał się Jonathan, który ku zdziwieniu skończył jeść swoją porcję. - Mógłbym cię o coś spytać mamo?
- Hm?
Kobieta uniosła wzrok z nad talerza by przyglądnąć się mojemu bratu. Wyglądała na dość skoncentrowaną, jakby wyczuwała w głosie syna dziwną niepewność.
- Nie wspominałaś nam, dlaczego wzięłaś wolne od pracy. Wszystko z tobą dobrze? Chcielibyśmy wiedzieć czy...
- Jak widzicie kochani, mam się dobrze. - przerwała mu ze spokojem - Nie macie obaw do zmartwień.
- Ale na pewno? Mamo to nas nie zapewnia.
- Wiem, że się martwicie, ale naprawdę nie ma o co. Wzięłam wolne, bo potrzebuję odpocząć od ciągłej pracy. Należy mi się chwila dla siebie.
- Nigdy nie wzięłaś wolnego tylko ze względu na zmęczenie. - wtrąciłam, dołączając się do rozpoczętej konwersacji - Zawsze to robiłaś tylko wtedy, kiedy musiałaś coś załatwić.
- Dzieci, mam swoje lata. W wieku czterdziestu pięciu lat kobieta ma prawo być przemęczona. Jak każdy zresztą.
Catherine wbiła wzrok w talerz i zaczęła bawić się swoim widelcem. Unikała wyraźnie naszych spojrzeń.
- Mamo, posłuchaj. Nam możesz powiedzieć wszystko. Wiesz, że chcemy ci pomóc, prawda?
- Tak, wiem. Ale jak już ci wcześniej mówiłam, Vanesso, nie każdy człowiek potrzebuje pomocy.
Przez chwilę pomyślałam, że matka stara się ukryć słyszalną w jej głosie złość, ale jednak myliłam się.
- O czym rozmawialiście? - spytał brat. Zerkał prosto na mnie.
- Nie ważne. - zignorowałam jego ciekawość - Mamo, nie możesz mówić, że nie potrzebujesz pomocy, jeśli tak nie jest.
Rodzicielka podniosła ponownie swój wzrok, tym razem mówiący, że jednak coś ją trapi, choć nie łatwo było się jej do tego przyznać.
- Wzięłam wolne, bo musiałam coś przemyśleć. - przyznała z lekką trudnością - Coś nie daje mi ostatnio spokoju i przez to wydaję się być nieobecna. Przepraszam was. Wiem, że troszczycie się o mnie, ale proszę uszanujcie, że akurat z tym z czym się zmagam, wolę się sama rozprawić.
Wymieniłam z bratem spojrzenia. Musieliśmy postąpić tak jak życzyła tego sobie nasza matka. Nie było innego wyjścia.


~*~


Za oknem powoli robiło się ciemno. Stalowoszare chmury sunęły po niebie po ulewnym dniu, jaki nastał w Los Angeles. Nie kiedy zdarzało się, że w Kalifornii deszcz padał praktycznie przez cały dzień, dlatego biolodzy czy ekolodzy bardzo cieszyli się, widząc chowające się słońce za ponurym niebiem. Opadów w tym roku było znacznie mniej niż w poprzednim, co nie świadczyło dobrze dla tutejszych mieszkańców, więc każda kropla deszczu była dla nich cenna.
Pożegnałam się z mamą i bratem, kiedy nadszedł już czas powrotu do domu. Lily udało się zasnąć w moich ramionach ze ściskającym przez nią pluszakiem, co zapewniło mnie o spokoju przez następne dwie godziny. Oboje członków rodziny odprowadziło mnie do wyjścia, całując na pożegnanie także moją córkę. 
Kiedy zniknęli za drzwiami, udałam się do swojego samochodu, który lśnił bielą w danym otoczeniu. Za wycieraczkami pojazdu, błyskawicznie zauważyłam małą zwiniętą karteczkę w chwili znalezienia się bliżej. Pośpiesznie zapięłam śpiącą Lily w dziecięcym foteliku na tylnych siedzeniach, po czym powróciłam po świstek. Szybko przeleciałam po nim wzrokiem.

       Witaj droga Vanesso.
Z przykrością muszę Cię poinformować, że jestem zmuszony do podjęcia pewnej decyzji, która zniszczy nasz pokój, jaki wobec siebie zawarliśmy. Moja nieopisana złość podwyższa się z każdym dniem ciągłego myślenia o człowieku, którego kiedyś tak bardzo starałaś się za wszelką cenę bronić. W moich rękach znajdują się dwie osoby, które są dla Ciebie niezmiernie ważne. A mianowicie Christophera Parkera oraz Ryana Hendersona. Chcę byś wstawiła się SAMA o dziewiętnastej w miejscu podanym na końcu tego listu. Jeśli tego nie zrobisz, najbardziej bliskie ci osoby zginął z myślą, że nie zrobiłaś niczego by je uratować. Radzę Ci się pośpieszyć. Inaczej wszystko zmieni swoje znaczenie.


       Adres: Silver Lake Meadow, przy bramie wjazdowej do lasu                           Thomas


Zwinięta karteczka wypadła mi z rąk, gdy te zaś zaczęły się trząść nagle ze strachu. Miałam wrażenie, że byłam pogrążona w niekończącym się koszmarze. W moim umyśle co chwila przewijały się te same pytanie. Jak Thomas mnie znalazł, dlaczego mnie szantażuje po tak długim czasie i dlaczego porwał Ryana oraz Chrisa? Na co to wszystko?
Natychmiast wyciągnęłam telefon z kieszeni swoich jaskrawych spodni. Koniecznie musiałam zadzwonić do Mirandy. Osoby, której w stu procentach mogłam zaufać.
- Tak? - znajomy głos przyjaciółki dotarł do moich uszu - Vanessa słyszysz mnie?
- Miranda? Jesteś jeszcze na zajęciach? 
- Właśnie wracam do domu. Chcesz bym zajechała do ciebie?
- Nie. - odrzekłam momentalnie - Musimy się spotkać w pewnym miejscu. Wyślę ci adres.
- O czym ty mówisz?
- Musisz przyjechać pod ten adres.
- Vanessa, poczekaj. - mówiła zdenerwowana, ale i pełna niepokoju - O co chodzi? Czemu akurat w jakimś miejscu chcesz byśmy się spotkali?
- Bo to chodzi o życie moich przyjaciół, Miranda.


*Perspektywa Louisa*

Chciałem móc wierzyć Vanessie na słowa, mówiące o bezpieczeństwie jej córki. I tak naprawdę wierzyłem, choć nie do końca byłem do tego przekonany. Kochałem Vanessę jak siostrę, zaś Lily jak własną córkę. Zrobiłbym dla nich wszystko co w mojej mocy byłoby konieczne, ale na samą myśl o tym, że muszę walczyć po jej stronie z własnym przyjacielem, którego znam tyle lat, sprawiało, że serce łomotało mi o żebra coraz to szybciej. Nie miałem zamiaru zdradzić Harry'ego, ponieważ tak samo jak Zayn widziałem w nim nadzieję. Chociażby niewielką nadzieję na ujrzenie tego samego człowieka, któremu jeszcze kilka lat temu pomogło się wyjść z depresji po śmierci ojca. 
Po telefonie Ashtona, informującego mnie, że Styles wpadł w jego zasadzkę, bez namysłu wsiadłem do samochodu i skierowałem się w kierunku domu Wesleya. Nie zwlekałem ani dłużej z możliwością stanienia twarzą w twarz z prawdziwą osobliwością Harry'ego. Musiałem za wszelką cenę dowiedzieć się wszystkiego, co zostało przede mną ukryte.
Pod dwupiętrowym domem z przyzwoitym wykończeniem elewacji, zauważyć można było trzy całkiem odmienne samochody w przeróżnych kolorach. Ale jedno się tu nie zgadzało. Ashton i Harry mieli po jednym aucie, więc czyje w takim razie było trzecie?
Po chwili z szarego jak metal samochodu o którym było mowa, wysiadł Zayn ubrany cały na czarno, tak jak zawsze zresztą. Natychmiast spanikowałem, kiedy przypomniałem sobie rozmowę w ogrodzie w domu Vanessy zaledwie pół godziny temu. Przecież Zaynowi cholernie zależało na powiedzeniu Stylesowi prawdy.
Kiedy zaparkowałem swój pojazd przed bramą, dzielącą dom z ulicą, błyskawicznie wybiegłem z niego by zdążyć złapać przyjaciela i uchronić nas wszystkich przed piekłem.
- Malik! - krzyknąłem na co chłopak zastygł w miejscu i posłusznie odwrócił się w moim kierunku - Poczekaj!
Zdyszany podbiegłem do niego. Mulat wydawał się być zaskoczony moim zachowaniem. Cóż, nie dziwiłem mu się.
- Louis? Co ty tu robisz? Myślałem, że jesteś u Vanessy.
Jasne tęczówki w barwie brązu wyczekiwały z cierpliwością na moją odpowiedź. Chyba właśnie uratowałem świat, pomyślałem z ukrywanym rozbawieniem.
- Właśnie wracałem od niej do domu, ale zawróciłem kiedy Ashton do mnie zadzwonił. - próbowałem opanować szybkie bicie serca - Ashton ma Stylesa, wiesz o tym prawda? Dlatego tu jesteś?
- Wiesz, że muszę z nim porozmawiać. - odparł słabo - To jedyna szansa.
- Zayn to nie jest najlepszy pomysł. - przyznałem. Boże, chyba właśnie uwierzyłem Vanessie. - To może się źle skończyć.
- Myślisz, że chcę by tak to się skończyło? Chcę tylko się przekonać, że Styles się zmieni, kiedy powiem mu, że Vanessa ma z nim dziecko.
- Pomyślałeś chociaż trochę co ona pomyśli sobie o tobie, jeśli wyjawisz jej własny sekret?
- Wszyscy siedzimy w tym sekrecie, Tomlinson. - skarcił mnie groźnie - Ty akurat powinieneś o tym wiedzieć najlepiej.
- Zayn, słuchaj, chcę tego samego co ty, ale musimy zaakceptować jej decyzję. Jeśli zrobimy to wbrew niej, już na zawsze możemy stracić z nią kontakt, a co najważniejsze z Lily, której nie będziemy mogli się przyglądać jak dorasta. Pomyśl jaka będzie cudowna, gdy podrośnie. Ona jest jak mała kopia Stylesa. Ma w sobie jego geny. Geny naszego przyjaciela.
- I dlatego ma prawo wiedzieć o jej istnieniu. Nie możemy go od niej rozdzielić, Louis. Nawet sama Vanessa nie może.
Zayn zachowywał się dziwnie, jakby brakowało w nim sił by naprawić to, co już zostało prawdopodobnie zepsute na zawsze. Widać było, że wolał się poddać, ale coś go nadal pchało do tej małej nadziei jaką w sobie nosił.
- Obiecuję ci, że zrobię wszystko co w mojej mocy by sprowadzić go z powrotem takim jakim naprawdę jest. - oparłem ręce na ramionach przyjaciela - Każdy człowiek ma słabości, a ja je znajdę. Nawet jeśli musiałbym przepłynąć ocean w ich poszukiwaniu.
Mulat uśmiechnął się na mój niecodzienny sposób rozmawia z ludźmi. Sam byłem zaskoczony tym czego właściwie starałem się dokonać
- Jesteś idiotą, Tomlinson. - stwierdził od razu Zayn, zrzucając moje dłonie z jego osoby - Nie wierzę, że właśnie to powiedziałeś.
- Czasami mówię głupie rzeczy. - wzruszyłem ramionami - Tak już mam.
- Za cholerę nie przepłynąłbyś oceanu w poszukaniu słabości Stylesa. - uśmiał się - A na pewno nie Atlantyckiego.
- Chyba raczej bym nawet nie musiał, ponieważ jego słabości prawdopodobnie mogą znajdywać się tu w Los Angeles.
- Zdajecie sobie sprawę, że nie na rękę jest mi trzymać u siebie przywiązaną bestię, co chwila wykrzykującą w moją stronę każde wyzwisko, jakie tylko na tym świecie istnieje, prawda? - w drzwiach domu stanął Ashton - Pośpieszcie się albo rozwiąże tego drania. Szlag mnie tu z nim trafia.
Wymieniłem z Malikiem jedynie puste spojrzenia, po czym ruszyliśmy za właścicielem budynku. Ashton nie musiał prowadzić nas po całym mieszkaniu i kazać nam szukać Harry'ego w jego piwnicach, ponieważ już przed samym przekroczeniem progu, można było ujrzeć przyjaciela, który za pomocą policyjnych kajdanek przywiązany był do balustrady schodów zaraz po prawej części domu od wejścia.
Nadgarstki znajomego mężczyzny były zakrwawione, zapewne od ciągłego szarpania za mocny sprzęt. Kiedy światło latarni z ulicy wpadło do pomieszczenia, ofiara od razu podniosła swój wzrok w stronę drzwi, dostrzegając naszą trójkę.
- Jeszcze tego brakowało. - Harry zaśmiał się złośliwie i opuścił głowę w dół by przekląć coś pod nosem. - Jeśli przyjechaliście wyłudzić zadośćuczynienie to trafiliście na złą osobę.
- Chociaż raz mógłbyś być poważny. - Ashton przemówił srogim tonem, krzyżując ręce przed sobą. - Może wyjdzie ci to na dobre.
- Ależ jestem poważny! - chłopak ponownie uniósł głowę by na nas spojrzeć - Nie widać?
- Ile go tak trzymasz? - spytał nagle Zayn, ale nie odwrócił wzroku od klęczącego na podłodze Harry'ego. Wokół niego było pełno świeżych kropel krwi - Zapewne długo, sądząc po tych plamach.
- Praktycznie od samego rana.
- Głodząc mnie i nie pozwalając się załatwić. - Harry był nadzwyczajnie niewzruszony niczym. Starał się jedynie grać nam na nerwach. - Ciężkie życie, panowie.
- Wiesz, pozwoliłbym ci na te rzeczy, ale ty raczej wolisz sypać przekleństwami, zamiast się mnie posłuchać. - Ashton wzruszył ramionami - Sam kręcisz na siebie bata.
- Po co kazałeś im tu kurwa przyjechać? - brodą wskazał na mnie i mulata, stojącego obok. Wciąż głupio się śmiał - Nie potrzebuję waszej "pomocy", której tak chętnie mi proponujecie.
- Chcemy jedynie z tobą porozmawiać. - powiedziałem po raz pierwszy odkąd się tu zjawiłem - Zależy nam na twoich wyjaśnieniach.
- Na wyjaśnieniach? - prychnął - Wszyscy już przecież wiecie wszystko od Vanessy. Nie lada wyzwanie jest ukrywać takie rzeczy jak mój powrót albo plany z wami związane.
Harry szarpnął się za kajdanki, które za chwilę sprawiły mu większy ból. Zaklął cicho, ale wciąż starał się utrzymać przy silnych nerwach.
- Jeśli będziesz się tak dalej szarpał to ból się powiększy, zdajesz sobie z tego sprawę, czyż nie? - Ashton stał przed ofiarą, mówiąc z ostrym zapewnieniem.
- Przysięgam, że jeśli się stąd uwolnię to przywiąże cię do sufitu do góry nogami, aż wszystkie wnętrzności podejdą ci do gardła - syknął z taką złością, że aż poczułem na swojej skórze dziwne dreszcze, choć wcale nie powinienem.
Ale Ashton jedynie się zaśmiał na komentarz, który rzucony był wprost w jego stronę.
- Chętnie na to poczekam. - zapewnił, na co wyraz twarzy Stylesa przybrał zdziwienie, jednak z powodzeniem to ukrył.
- Nie przyjechaliśmy tutaj się wyzywać, więc uspokójcie się wszyscy chociaż przez chwilę. - przemówił Zayn - Na to samo liczę od ciebie.
 Wskazał palcem na Stylesa, choć ten udał niewzruszenie.
- Najlepiej będzie jak pozostawisz nas samych Ashton. - oznajmiłem - Pozwolisz nam wymienić z nim kilka słów?
- Nie każcie mi czekać zbyt długo. - przyjaciel stanął prosto - Mam dość jego obecności w moim domu. Zabierzcie go do siebie.
- Tak zrobimy, dzięki. - odpowiedział za mnie mulat, po czym oboje odprowadziliśmy Ashtona wzrokiem, który udał się do pokoju na tyłach domu.
- No, Harry, chyba czas na poważną rozmowę.
Malik stanął na przeciwko klęczącego Harry'ego, po czym usiadł na podłodze by oprzeć się swobodnie o białą murowaną ścianę za nim. Ten zaś jedynie zaczął obserwować jego czyny. Szybko przyłączyłem się do przyjaciela.
- Po dwóch pierdolonych latach, teraz chcecie ze mną rozmawiać. - ofiara zakpiła z nas obojgu - Gdzie byliście, kiedy naprawdę was wszystkich do chuja potrzebowałem?
- Przypomnę ci, że to ty odciąłeś się od nas, urywając wszelkie kontakty. - odparłem z oburzeniem na zwaloną na nas niesłusznie winę - Nie pozwoliłeś nam byśmy cię znaleźli.
- Od samego początku trzymaliście stronę tej suki. - zielone jak szmaragdy oczy Stylesa zabłysły w nieopanowanym gniewie -  Zawsze widzieliście w niej dobro, a we mnie jedynie kipiącą nienawiść, która powoli niszczyła ludzi. Uważaliście mnie za kogoś, kto jedynie chce demolować wszystko na swojej drodze.
- Nigdy nie uważaliśmy cię za tak złą osobę, Harry. - odparł ze spokojem mulat - Od zawsze wiedzieliśmy, że masz problemy z panowaniem nad pewnymi rzeczami. Staraliśmy się ci pomóc, naprawić te zniszczone przez głupotę rzeczy, a ty tak po prostu nas olałeś. Jakbyśmy byli dla ciebie nic nieznaczącymi śmieciami, których jedynie wykorzystałeś.
Harry nagle umilkł. Cisza pomiędzy nami była wręcz nieprzyjemna. Słychać było mocne uderzenia serca przyjaciela, którzy walczył z bezustannym bólem zaciśniętych kajdanek na swoich poczerwieniałych nadgarstkach.
- Dociera do ciebie to, że oceniasz niesłusznych ludzi? - Zayn kipiał zadowalającą satysfakcją - Zrzucasz na nich własną winę, w ogóle się do tego nie przyznając. Masz nas za idiotów?
- Od chwili stanięcia po stronie Vanessy, nimi jesteście i zawsze będziecie, póki nie przejrzycie na oczy, że ta wredna suka was jedynie okłamuje by przeciwstawić was przeciwko mnie. Macie klapki na oczach, których nie potraficie ściągnąć. Co jest takiego wspaniałego w mojej ex, że jej tak łatwo uwierzyliście?
- Szczerość, Harry. - szepnąłem słabo, ale wystarczająco słyszalnie - Jest z nami szczera. Traktuje nas jakbyśmy byli częścią rodziny, jedną jednością, która ma za zadanie sobie pomagać i wspierać siebie nawzajem. Zależy jej na nas, tak jak tobie powinno przez całe te lata zależeć.
- Zależało mi na was! - pociągnął mocno za metalowy sprzęt, sprawiając, że z dłoni pociekło jeszcze więcej krwi. Balustrada zatrzęsła się pod wpływem mocnego szarpnięcia. - Uważasz, że nie?! Widziałem w was własnych braci! Kogoś, kto nigdy nie stanąłby przeciwko mnie! Ale szybko się pomyliłem, widząc jak dumnie bronicie osoby na którą patrzeć nawet ochoty nie mam!
- Uspokój się, Styles. Staramy się rozmawiać z tobą bez ukazywania niepotrzebnych emocji, które jedynie pogarszają sytuację. - rzekł mulat - Nie widzimy w tobie wroga.
- Czyżby? - zaśmiał się szyderczo - Chyba miałeś raczej co innego na myśli.
- Zayn, chodźmy już. - poinformowałem przyjaciela - Widzisz jak on się zachowuje. Nie przemówisz mu.
- Nie. - zapewnił od razu - Nie ruszę się stąd, dopóki nie wyśpiewa mi wszystkiego.
- To czeka nas długa noc, panowie.
Harry po raz kolejny pokazywał, że nic ani nikt nie jest w stanie go ugiąć. Martwiłem się co Zayn miał dla niego w zanadrzu i po ich rozmowie byłem pewien, że trudnym zadaniem będzie powstrzymanie go od rozpętania piekła. A może to piekło już się rozpętało.

*Perspektywa Christophera*

Świadomość przychodziła i odchodziła w hipnotyzującym rytmie, jak morze zalewające pokład łodzi w czasie sztormu. Wiedziałem, że leżę na zimnej kamiennej podłodze w pomieszczeniu, pełnego mroku, ale z trudnością byłoby mi walczyć z własnymi siłami, które mówiły mi, bym wreszcie obudził się z tej ciągłej wyobraźni, kryjącej jedynie przerażenie i samotność.
I o dziwo tak się stało.
Nocne powietrze było zimne, gęsta, żółtawo-zielona mgła kłębiła się słabo w sadzawkach światła lampy gazowej, świecącej po drugiej stronie w rogu ogromnego budynku. Przez okno sączył się słaby blask gwiazd, wiatr sprawiał dreszcze na mojej skórze. Poruszyłem się leniwie, próbując się podnieść pomimo halucynacji. Przytrzymałem się czegoś lodowatego, aż parzącego moją skórę u dłoni. Okazało się być ze stali, ale takich rzeczy było o wiele więcej. Szybko zorientowałem się, że okrążają mnie silne kraty, takie same jak w kalifornijskich więzieniach przeznaczonych dla gwałcicieli, zabójców czy ludzi z zaburzeniami psychicznymi.
- Wreszcie się obudziłeś. - męski głos, niewiadomo skąd pochodzący, rozprzestrzenił się pomiędzy kamiennymi ścianami.
- Kto mówi? - spytałem, tym razem przytrzymując się krat dwoma rękami - Kto?
- Masz halucynacje, Chris. - ton głosu wydawał się być coraz słabszy -  Podali ci coś byś... byś zamknął się na parę godzin.
- Kim jesteś?
Zza swoich krat ujrzałem mroczną postać, która zbliżała się coraz to bliżej mnie. Upadłem do tyłu na twardą jak skała podłogę, kiedy nagle poczułem dotyk na swoich dłoniach. W tym momencie zdałem sobie sprawę, że to nie są żadne moje halucynacje. To się działo naprawdę.
- To ja, Chris. - szeptała postać - To ja Ryan. Ryan Henderson.
Przybliżyłem się do stali by dojrzeć znajomego mężczyznę. To był Ryan. Tak samo zamknięty przez potężne kraty jak ja. Słaby, ale wciąż przy swoich własnych zdrowych zmysłach. W blasku księżyca jego smukłe dłonie wyglądały chudo i blado, jakby nie miały w sobie jakikolwiek witamin.
- Ryan? - mówiłem niedowierzając w to co widzę - Co się dzieje? Co ty tu robisz?
- Zostaliśmy zamknięci. Oboje - dał duży nacisk na ostatnie słowo. - To zasadzka.
- O czym ty mówisz?
- To zemsta w której bierzemy udział, Chris. - Ryan zakaszlał raptownie, gdy wiatr ponownie zawiał przez wysoko wykute okno w ścianie mojej celi - Thomas i Rebecca chcą wykorzystać Vanessę w celu sprowadzenia Harry'ego.
- Ale... ale w jaki sposób chcą to zrobić?
- Wykorzystując nas.
Miałem wrażenie, że poczułem jak ciemność powraca. I nie myliłem się. Zapadłem się z wielką wdzięcznością, że mogę uciec od myśli i świata. Otuliłem się nią jak kocem i zacząłem dryfować jak góry lodowe przy brzegu Antarktydy w kołysce z lodowatej czarnej wody, oblanej czystym blaskiem księżyca. Ryan coś do mnie mówił, ale nie usłyszałem już jego słów. Ani jednego z nich. Leżąc na zimnej podłodze, doświadczyłem przypływającej ciemności, która żwawo zabrała mnie w swoje najskrytsze zakątki po raz kolejny.




Od autorki: I mamy numerek 101 :) Powtarzam, 101 haha. Właśnie podkręciłam wam oliwy do ognia i przez nastepne parę rozdziałów nie przestanę. Miejcie się na baczności, drodzy czytelnicy.

Liczę na wasze opinie!
Do zobaczenia 8 Kwietnia x