15 lip 2017

Rozdział 108



Ognisto czerwone słońce chowało się za widnokręgiem rzucając purpurowe promienie na przydrożne drzewa. Nad Los Angeles zapadał wieczór, powoli czarne niebo naszpikowane było słabo święcącymi gwiazdami. Skupiona na jeździe, starałam się prowadzić przepisowo, choć większość samochodów zawsze bardzo szybko jechały ulicami, mimo dziur i wybojów. W lusterku dostrzegłam, że Harry jedzie tuż za mną, nie spuszczając mnie z oka by się nie zgubić.
Zanim wraz z Harrym rozdzieliliśmy się w swoje strony do naszych samochodów by udać się do mojego domu, w jego oczach błysnęła iskra kuriozalnej wdzięczności. Był niezwykle cichy, jakby od momentu, kiedy zgodziłam się na jego spotkanie z córką, wciąż nie mógł uwierzyć, że moje słowa okazały się prawdą.
Tej strony Harry'ego od dawna nie widziałam i nie ukrywałam, że zmiana jego charakteru naprawdę mnie zaintrygowała. Czułam się przede wszystkim lepiej w jego obecności, ponieważ wiedziałam, że ma on nad sobą pełną kontrolę. Ale co tak naprawdę było powodem jego zmienności? Nawet ja nie byłam w stanie zdobyć się na odwagę i spytać co się z nim dzieje i czemu tak szybko zmienia swoje podejście do pewnych rzeczy. Chciałam móc dowiedzieć się od niego więcej, jakie życie prowadził w Miami, gdy opuścił miasto. Jak sobie radził w ciągu tych kilku miesięcy, czy miał kontakt z rodziną, czy w kimś się przez ten czas zakochał.
Nie ukrywałam, że tęskniłam za Harrym dla którego w przeszłości straciłam głowę. Od jakiegoś czasu pragnęłam tego, gdy miałam do czynienia ze złą stroną jego charakteru. W chwili kiedy znalazłam go w jego ulubionym miejscu, zauważyłam, że w jakiś sposób starał się zmienić samego siebie. W głębi duszy walczył sam ze sobą, próbując nie ukazywać swoich słabych stron, choć ja dobrze wiedziałam, że chce w końcu zrobić przed siebie duży krok, ten dobry, lepszy krok. I tak naprawdę zrobił, godząc się na warunki w sprawie naszego wspólnego dziecka. Był przeszczęśliwy i podekscytowany, że jeszcze dzisiaj będzie mógł zobaczyć Lily, ale oczywiście zasłaniała to jego powaga i cisza w jaką niespodziewanie zapadł. Jakby był czegoś przestraszony lub niepewny.
Ale pomimo tego co się działo, nadal chodziły mi po głowie własne słowa, słowa przyjaciół czy członków rodziny z ostatnich miesięcy na temat tego, że nigdy nie powinnam niedopuścić Harry'ego do Lily bliżej niż tego by chciał. Popierałam to, wypierałam się, że za żadne skarby nie zmieniłabym swojego zdania w związku z jego ojcostwem. Ale teraz właśnie złamałam wszelkie obietnice.
"Chcę byś zabrała stąd Ryana i uciekła z nim jak najdalej. Harry... on wie o Lily. Nie pozwól mu na to, co przez tyle miesięcy starałaś się ukrywać. On nie może ponownie wejść do twojego życia. Zapobiegnij tego." 
 To były ostatnie słowa Christophera, które wypowiedział tuż przed swoją śmiercią.Do teraz niestety nie umiałam ich zapomnieć. To właśnie Harry pozbawił go życia, a ja tak szybko potrafiłam pogodzić się z tym, że sama siebie nie poznawałam. Powinnam była być na niego wściekła, że zabił osobę, która była mi tak bardzo bliska, ale ja po prostu nie umiałam zmusić się do rozpętania kolejnej kłótni, której za pewne wcześniej czy później bym i tak pożałowała. Wiedziałam doskonale, że nawet gdybym postąpiła inaczej w stosunku do Harry'ego, ten zapewne wpadłby w szał i zrobił wszystko by odebrać mi to co było dla mnie najważniejsze. Czyli Lily. A tak przynajmniej teraz mogłam ograniczyć z nim wszelkie konflikty dla dobra naszej córki. Przysięgłam sobie za to, że porozmawiam z nim o jego czynach, jeśli znów zacznie mi ufać na tyle by mnie zrozumieć, ale w tym przypadku starałam się na tę chwilę o tym nie myśleć.
Byłam w tym momencie gotowa zaryzykować by sprawdzić czy Harry dotrzyma własnych słów. Lily była również częścią jego i choć zrozumiałam to dość późno, chciałam się przekonać jak będzie się zachowywać, kiedy znajdzie się bliżej niej.
Harry zaparkował się posłusznie na podjeździe pod moim mieszkaniem, zaraz obok mnie. Zauważyłam, że budynek zrobił na nim lekkie wrażenie, kiedy wysiadł z samochodu i przyjrzał mu się dokładnie. Zanim ostatecznie do niego podeszłam, przez chwilę powiódł spojrzeniem ku mnie. Zielone oczy jarzyły się bardziej, jakby dawały one znać, że chłopaka opanowywują nieposkromione nerwy. Czyżby naprawdę stresował się przed zobaczeniem własnej córki?
- Ładnie tu. - skomentował nagle Harry, co skłoniło mnie do ponownego odwrócenia wzroku w jego stronę po przeszukaniu w torebce kluczy. Prawdopodobnie Lily mogła w tym momencie spać, dlatego nie chciałam budzić jej dzwonkiem do drzwi.
Harry wydawał się nieco spięty i zestresowany. Ręce miał włożone w kieszenie spodni, plecy lekko zgarbione. Cała jego odwaga rozpłynęła się gdzieś w powietrzu i pozostawiła go przede mną zupełnie bezbronnego, nie mającego zupełnie żadnego pojęcia co robić.
- Dzięki. - odparłam i poprosiłam za chwilę by szedł za mną.
W holu panował już mrok, co dało mi do zrozumienia, że Ryan najwyraźniej przesiadywał w pokoju Lily. Światło ulicznych lamp wpadało do salonu przez niezasunięte zasłony.
- Ryan zajmuje się teraz Lily. - poinformowałam. Harry napiął stanowczo wszystkie mięśnie. - Pójdę mu powiedzieć o tym, że tu jesteś. Poczekaj tu proszę.
Chłopak kiwnął głową na moją prośbę, pozwalając mi na to bym zostawiła go na moment samego. Ruszyłam pośpiesznie w stronę pokoju dziecinnego, do drzwi, które o dziwo były lekko uchylone. Przez nie dostrzegłam Ryana, który stał przed łóżkiem i zerkał z góry na Lily, która wcale nie spała, tylko bawiła się jednym z jej mniejszych pluszaków. Otworzyłam szerzej drzwi i wtedy ich skrzypienie zmusiło Ryana do odwrócenia się w moim kierunku. Na jego twarzy wymalowała się wielka ulga, gdy mnie ujrzał.
- Jak poszło? Znalazłaś Harry'ego? - spytał, gdy przecięłam pokój by podejść bliżej niego. - Był tam, gdzie myślałaś, że jest?
- Tak. - odparłam od razu. - Tak, był tam.
Chłopak dziwnym trafem się uśmiechnął. Przysunął się bliżej mnie i położył swoje ciepłe dłonie do moich nadal zimnych policzków. Niestety jesienne wieczory w Los Angeles nie były aż tak ciepłe na jakie je zapowiadali.
- Jak to zrobiłaś? - spojrzał mi w oczy. Nigdy się do tego nie przyznawałam, ale od zawsze miałam słabość do niebieskich tęczówek. Może po prostu dlatego, że był to mój ulubiony kolor. - Jak udało ci się z nim porozmawiać? Nie kłóciliście się, prawda? Nie jesteś wcale zła.
- To była spokojna rozmowa. - zapewniłam. Boże, jak ja miałam mu powiedzieć, że Harry znajdował się tuż za ścianą? Na pewno pomyśli, że zmyślam. - Postanowiliśmy się nie kłócić przez jakiś okres czasu.
Ryan przyglądnął mi się z niezrozumieniem.
- Postanowiliście?
- Chodzi o to, że przez te kilka dni, zdarzało mi się często myśleć o tym co dzieje się pomiędzy mną, a nim. - tłumaczyłam. - Że wciąż nawzajem próbujemy zajść sobie za skórę, nawet nie zdając sobie sprawy z tego, że to przeszkadza nam w byciu szczęśliwym.
- Nie rozumiem.
- Ryan... - zaczerpnęłam tchu, zanim wylałam z siebie poszczególne słowa. - Nie zrozum mnie źle, ale... zgodziłam się by Harry zobaczył się z Lily.
Zanim totalnie zaskoczony chłopak coś odpowiedział, w progu drzwi dziecięcej sypialni zatrzymał się Harry. Nie był zły, ani poirytowany, kiedy odwróciłam się i zwróciłam ku niemu swój wzrok. Sprawiał wrażenie bardziej ciekawego powodem, dla którego tak długo zwlekałam z pozwoleniem mu na zobaczenie się z córką. Ryan również go zauważył, chyba raczej szybciej przede mną. 
- Do reszty postradałaś zmysły, Vanessa? - Ryan podniósł głos nieoczekiwanie. - Pozwoliłaś mu na zobaczenie się z Lily? Czy ty zdajesz sobie sprawę co właśnie zrobiłaś?
- Ryan, zrozumiałam...
- Zrozumiałaś co? - Ryan mówił zirytowany już moim zachowaniem. - On zgrywa przed tobą poszkodowanego! - wskazał na Harry'ego w kącie pomieszczenia. - Lecisz mu na pomoc, jak gdyby nigdy nic! Bo co? Bo on sam nie może sobie ze sobą poradzić!? Dostajesz teraz wielkich wyrzutów sumienia, że wszystko co robiłaś przeciwko niemu, było złe! Czy nie tak jest? Ale ty nie widzisz jego zamiarów, prawda?
- Chcę dać mu szansę.
- Nie pomyślałaś o tym wcześniej, zanim przez ponad dwa lata ukrywałaś przed nim to, że masz z nim dziecko? - popatrzył przez chwilę za moje plecy, po czym ponownie wrócił do mnie. Złapał się za głowę. - Oh Vanessa... Nie wierzę, że to zrobiłaś.  
Jego pożerający wzrok, sprawił, że moje serce nierówno zabiło w piersi.
- Możemy porozmawiać o tym później? - spytałam z cierpliwością. - Proszę. Nie sądzę by to był teraz odpowiedni moment na tę rozmowę.
Ryan odsunął się lekko, z rozczarowaną miną.
- Przyprowadziłaś do domu kryminalistę, z którego z tego co pamiętam, miałaś się wyrzec. Zabił twojego najlepszego przyjaciela, Chrisa, pamiętasz może jeszcze? - przypomniał. - Naprawdę wierzysz, że coś go zmieni? Że jakiś pakt pomiędzy wami zadziała?  - widząc moją minę, stłumił parschnięcie śmiechem. - No jasne. Ty wierzysz w takie rzeczy, bo jesteś ślepo w nim zakochana. Rozumiem. Nie musisz nic więcej już mówić.
Ryan nie oczekiwał wcale, że coś powiem. Od razu ruszył do drzwi i przepchnął się obok Harry'ego, który ku mojemu zaskoczeniu nawet się nie odezwał by bronić swojego imienia. Tak po prostu z rękami w kieszeni, opierał się ramieniem o framugę drzwi, a wzrok wbity miał w podłogę.
Nienawidziłam, gdy wyrzuty sumienia do mnie wracały po każdej kłótni z kimś na kim mi najbardziej zależało.

*Perspektywa Harry'ego*

Stałem zakłopotany w wejściu do dziecięcego pokoju i jednym spojrzeniem objąłem scenę, którą miałem przed sobą. Powstałe nerwy skłoniły mnie do pójścia za Vanessą, pragnienie zobaczenia córki wzięło ostatecznie górę, co sprawiło, że nawet nie umiałem ustać w jednym miejscu przez zaledwie kilka minut. Ale moje przeczucia co do sytuacji, okazały się w stu procentach trafne, kiedy zauważyłem, że Ryan wszczął kłótnie z Vanessą na mój temat. Tak myślałem, że jeśli Vanessa powie Ryanowi o mojej obecności, to on i tak nie będzie próbował zrozumieć jej wyjaśnień.
Jednak najbardziej co mnie zastanawiało, to jego obecność tutaj i powód, dla którego to właśnie jemu Vanessa powierzyła opiekę nad moim dzieckiem. Od zawsze raczej nie przepadałem za Ryanem, choć w rzeczywistości nie mieliśmy ze sobą zbyt dużo wspólnego. Ryan kojarzył mi się głownie z Thomasem, jego wspólnikiem, którego nadal jakbym przed sobą widział. Dlatego nigdy nie uznawałem go za dobrego człowieka, który tak szybko mógłby zmienić stronę po której był. Nie wierzyłem także, że jego znajomość z Vanessą była przypadkowa. Coraz częściej go z nią widywałem, więc może to właśnie to było powodem, dla którego go nie szanowałem. Był jednym z tych rodzai ludzi, który lubili maczać palce w nie swoje sprawy. A to był dla mnie najgorszy rodzaj, którego wolałem się natychmiast pozbyć.
Pomimo kłótni pomiędzy Ryanem, a Vanessą, nie byłem w stanie nic powiedzieć. Nie miałem przede wszystkim ochoty się kłócić, nie wtedy, gdy w pokoju była Lily. I podajże Vanessa doskonale o tym wiedziała, ponieważ dostrzegłem w jej twarzy zarys zdumienia. Wszystko co robiłem, robiłem to z myślą o córce. To dlatego zgodziłem się na warunki Vanessy i to dlatego traktowałem ją inaczej niż poprzednio. Mogłem myśleć tylko w tym momencie o Lily.
Pokój dziecięcy nie był wcale wielki, gdy poświęciłem trochę czasu na rejestrowanie wszystkich dekoracji oraz mebli. Ściany okolone były w dwa różne odcienie fioletu - jasny i nieco ciemniejszy w niektórych miejscach. Zresztą ten kolor stanowił dominującą część pokoju mojej córki, przede wszystkim w dekoracjach ściennych, takich jak doczepiane motyle i naklejki z nimi związane, a także w pościeli w łóżeczku, dywanie w kwiatki, zasłonach na okno oraz lampce na wysokiej półce obok posłania.
Nadal oparty o framugę drzwi, z końca pomieszczenia obserwowałem Vanessę, która wyglądała na wręcz zawstydzoną oraz niepewną dalszych kroków. Była również załamana, ale wolała nie pokazywać jednej ze swoich słabości, tym bardziej mnie, więc wytarła pośpiesznie wilgotne oczy. Długo mi to zajęło, zanim zdałem sobie sprawę, że Vanessa zmieniła się nieco w wyglądzie, a także charakterze, odkąd ostatni raz widziałem ją przed wyjazdem do Miami. Jej włosy, wciąż ciemno brązowe układały się w częstsze fale, smukłe policzki nabrały bardziej wyrazistych kości policzkowych. Nawet jej ciało nie wyglądało już tak chudo, jak udało mi się zapamiętać. Nabrała więcej kobiecych kształtów do których najprawdopodobniej mogła przyczynić się ciąża. Nie była już tą samą nastolatką. Teraz była poważną kobietą, która stawiała przed sobą poszczególne cele związane z codziennymi obowiązkami. Jak na prawie dwadzieścia dwa lata, zaskoczyły mnie w niej jej odwaga, wyrozumiałość oraz sposób podejścia do drugiej osoby, zawsze z możliwością, że można się przed nią otworzyć i dostać od niej zrozumienie. Dała mi wiele do przemyślenia od chwili, gdy mnie znalazła.
Dziewczyna niespodziewanie uniosła wzrok w moją stronę, jakby wyczuła na sobie moje spojrzenie. Przez chwilę biła się z myślami, ale szybko zaraz wróciła na ziemię.
- Wejdź, Harry. - zwróciła się do mnie niepewnym tonem. Ruszyłem powoli przed siebie, tak samo zawstydzony jak i ona. - Przepraszam za Ryana. On nie....
- W porządku. - wykonałem charakterystyczny gest ręki w powietrzu. - Nie musisz za to przepraszać.
Vanessa objęła się ramionami.
- Dziękuję, że nie zareagowałeś podczas naszej rozmowy. - wbiła wzrok w podłogę. Czułem jak jej oddech przyśpieszył, kiedy znalazłem się bliżej. Staliśmy nie daleko łóżeczka przez które nie dostrzegłem Lily, ponieważ ścianka łóżka była zasunięta kocem. - Doceniam to.
Kiwnąłem głową w zrozumieniu, ale nie odezwałem się by coś od siebie dodać. W milczeniu, czekałem na jakiekolwiek jej pozwolenie. Coraz to bardziej denerwowałem się, że zaraz zobaczę moją córkę, moje dziecko, które miało w sobie moją krew.
- Lily niedawno się obudziła... - powiedziała Vanessa. - ... ale pewnie nadal będzie śpiąca. Chcesz ją potrzymać?
Widząc na sobie jej wzrok, czułem, że moje serce pęka. Jednocześnie umysł pracował gorączkowo.
- Ja... naprawdę mogę? - wykrztusiłem z siebie. Jeszcze nigdy wcześniej aż tak się nie czułem, jakbym nie miał nad sobą kontroli. Cóż, do teraz.
- Jasne, że tak. 
Dziewczyna uśmiechnęła się lekko, co jednakże ustabilizowało moje nerwy. Marzyłem o własnych dzieciach, od zawsze, ale nie sądziłem, że aż tak szybko nadejdzie taki dzień w którym będę mógł zamknąć własną córeczkę w ramionach, jakbym pragnął obronić ją przed całym światem. 
Vanessa podeszła do łóżeczka i schyliła się, sięgając wcześniej po białego pluszowego króliczka z pufy niedaleko. Ręce zaczęły mi się trząść niemiłosiernie, aż do momentu w którym ujrzałem ją.
Moją córkę. Lily. Świat zatrzymał się wokół mnie.
Nogi zrobiły mi się jak z waty, gdy Vanessa uniosła dziewczynkę z nad łóżeczka i przytuliła ją do siebie. Odwróciła się tak, bym mógł zobaczyć jej małą twarzyczkę. Oh, była piękna. Serce wykonało obrót w mojej klatce piersiowej, nakazując mi zostania w miejscu. Oczy się zeszkliły, próbowałem się powstrzymać, ale czułem to nieprzyjemne uczucie, które przesiąkało przez ciało. To była ona... moja córka. 
Zaczerpnąłem tchu. To nie mógł być sen, który w kółko nawiedzał mnie przez ostatnie dni, odkąd dowiedziałem się o swoim potomku. To była ona... prawdziwa ona. Moja Lily.
Vanessa zauważyła, że sam nie byłem w stanie do niej podejść, dlatego zrobiła to ona. Mała dziewczynka miała podobne rysy twarzy po mnie, tak samo i kolor włosów, choć już nie kręcone tylko bardziej prostrze. Kiedy Lily spojrzała na mnie, dostrzegłem, że małe tęczówki również miała zielone, tak samo jak moje, w odcieniu świeżej trawy. Przez chwilę byłem tak zdumiony, że świat zawirował wokół mnie, jakbym siedział na karuzeli. 
- Ona... ona jest taka...
Nie umiałem dobrać słów.
- Podobna do ciebie? - Vanessa spytała podchwytliwie. Jej usta wykrzywił uśmiech. - Trudno się nie zgodzić.
Skinęła głową i pozwoliła mi, bym wyciągnął przed siebie dłoń i delikatnie dotknął policzka Lily. Jej oczy zrobiły się znacznie większe, kiedy kciukiem zacząłem go głaskać. Nie mogłem przestać się na nią patrzyć, obserwowałem ją, widząc w niej cały swój świat. Nadal nie dochodziło to do mnie, że zostałem ojcem. I chyba musiało minąć jeszcze z parę dni, zanim ostatecznie bym się z tym pogodził.
- Czy mógłbym teraz... no wiesz...
Przekląłem siebie w myślach. Co się z tobą do licha dzieje, Harry?
Vanessa z doświadczeniem ponownie podniosła Lily pod ramionami i ostrożnie za chwilę mi ją podała. Nie byłem pewien jak powinno się trzymać takiego malca, więc powtórzyłem czynności Vanessy. Dziewczynka ubrana była w śpioszki w pudrowo różowym odcieniu bez żadnych wzorków, a wokół głowy założoną miała opaskę w podobnym kolorze. Kiedy przejąłem Lily od Vanessy, miałem wrażenie, że zaraz zemdleje z wrażenia. Moment w którym po raz pierwszy trzymałem córkę na rękach, był nie do opisania. 
Ułożyłem jej małe ciało przodem na swojej piersi, aby nie prężyła się i nie odchylała do tyłu i na boki. Ręką przytrzymałem pupę dziewczynki i koniecznie odchyliłem się do tyłu, aby nie musiała siedzieć w pozycji pionowej. Vanessa mówiła do mnie przez cały czas, tłumacząc mi jak dokładnie powinno się trzymać dzieci w takim wieku. Nigdy nie miałem z nimi styczności, dlatego martwiłem się, że źle podtrzymywałem Lily. Na szczęście Vanessa wiedziała co robić. 
- Jest taka drobna, jak na półtoraroczną dziewczynkę. - stwierdziłem, siadając na biały fotel naprzeciwko dziecięcego łóżeczka. Vanessa zasiadła zaś na pufę obok posłania i uważnie przyglądała się małej. Mogłem stwierdzić, że była dziwnie spięta. - Vanessa?
Brunetka ustanowiła ze mną kontakt wzrokowy.
- Tak?
- Mogę cię o coś spytać?
Dziewczyna napięła się.
- Jasne.
- Czy to prawda, że... że nie dawałaś sobie rady z bycia matką? - zapytałem. - Niall potwierdził, że nie byłaś przekonana co do urodzenia mojego dziecka. Naprawdę chciałaś je usunąć?
Myśl, że Vanessa mogłaby przyczynić się do śmierci Lily w czasie ciąży, sprawiła mi ból, jaki poczułem nagle w sercu. Spojrzałem na Lily, którą usadziłem na swoich kolanach i ucałowałem jej główkę. Bawiła się moimi palcami, kiedy obejmowałem ją ramionami z obu stron, asekurując by przypadkiem nie ześlizgnęła się w dół i nie zrobiła sobie krzywdy. 
Vanessa objęła się ramionami. Nie była pewna czy się wypowiedzieć na ten temat, ale nie potrwało to dość długo, zanim dała mi swoją odpowiedź.
- Zaszłam ciążę w wieku prawie dwudziestu lat. Myślisz, że to odpowiedni moment na zostanie matką? Oczywiście, że nie. - zakpiła. - Byłam niedoświadczona, bez pracy, bez własnego domu. Myślałam, że dziecko pogorszy moją sytuację życiową. Że nie da mi okazji do rozwinięcia się.
Wsłuchując się, umiałem sobie doskonale wyobrazić życie Vanessy sprzed kilku miesięcy. Jak dowiaduje się o ciąży, jak się załamuje, przeklina samą siebie za to co się stało oraz jak myśli nad aborcją.
- Gdybym wiedział wcześniej... pomógłbym ci. - starałem się na nią patrzeć, żeby dać jej znać, że nie udaje współczucia. - Nie zostałabyś z dzieckiem sama. Nie pozwoliłbym na to.
Oczy Vanessy zrobiły się większe.
- Co mogłeś zrobić? Nawet, jeśli bym ci powiedziała to... Oh, byłam zła na ciebie, Harry. Wolałam zostać z tym sama niż mieć od ciebie jakąkolwiek pomoc. 
Ale to chodziło o naszą córkę, ściszony głos odezwał się w mojej głowie.
- Vanessa, nasze relacje nie powinny decydować o wychowaniu Lily. Wiesz o tym.
- Musiałam tak postąpić. Nie akceptowałam innych rozwiązań. Zbyt bardzo cię nienawidziłam.
Lily poruszyła się. Vanessa dostrzegając jej zmianę nastroju, podała mi pluszowego króliczka z łóżeczka, aby ją czymś zająć.
- Teraz też mnie nienawidzisz? 
Gdy dziewczyna klęknęła naprzeciwko mnie by poprawić ubranko Lily, które nie było do końca zapięte, zamarła. Uniosła wzrok, tak, że w tym samym czasie nasze oba spojrzenia się zderzyły. 
- Nie wiem.
Odsunęła się z powrotem, ale tym razem zatrzymała się przed oknem. Chwyciła za jedną z zasłon i pociągnęła ją na bok. Światło księżyca zatańczyło na ścianach, rozświetliło pomieszczenie w którym paliła się jedynie mała lampka. 
- Kiedy chłopaki powiedzieli mi, że dostali wiadomość od jakiegoś Jaspera w twojej sprawie, miałam przeczucie, że stało się coś złego. Coś w rodzaju tego, że może leżysz w szpitalu, miałeś wypadek, ale nie, że jesteś martwy. - przemówiła, próbując się nie rozklejać. - Byłam w ósmym miesiącu ciąży, gdy dowiedziałam się, że nie żyjesz. Jedyne co pamiętam to to, że zemdlałam. Nie miałam pojęcia, że coś zagrażało życiu Lily. Dopiero gdy lekarze przewieźli mnie na sale porodową, obudziłam się i wtedy dowiedziałam, że jest źle i że jeśli teraz nie urodzę...
Nie dokończyła. Wiedziałem, jakie mogło być zakończenie tego wydarzenia. Poczułem się słaby, z daleka lustrując jej czarną sylwetkę, odwróconą do mnie plecami. I nawet odpowiedzialny za to wszystko. Dopiero teraz zrozumiałem, że mój wyjazd do Miami być może był błędem, który bezmyślnie popełniłem w pośpiechu. 
- Vanessa...
- Swoją śmiercią zniszczyłeś psychikę nie tylko mi, ale i swoim bliskim. - odwróciła się w moją stronę. Nie kipiała złością. - Zanim ją upozorowałeś, nawet nie pomyślałeś o tym, że takie konsekwencje mogą powstać, jeśli dowiemy się prawdy.
Lily uniosła głowę by na mnie spojrzeć. Podniosłem ją pośpiesznie i ucałowałem w policzki. Obserwowałem ją jak oczarowany. Mała księżniczka tatusia.
Dziewczynka teraz leżała przytulona z jednej strony do mojego przedramienia, a z drugiej do brzucha. Główka bezpiecznie spoczywała w zgięciu ręki.
- Zostałem od was odtrącony. - odezwałem się. - Uważałem, że Los Angeles nie jest już dla mnie miejscem, gdzie mógłbym znaleźć szczęście. 
- Wyjechałeś, bo sam tego chciałeś. Nikt z nas nie przyczynił się do twoich decyzji, ponieważ nikt z nas nie chciał byś wyjeżdżał.
Mówiła poważnym tonem z odwagą, która zachwyciłaby nie jednego mężczyznę. Kiedyś to ja czułem, że miałem nad nią kontrolę, ale teraz na pewno umiałaby mi się przeciwstawić. Zadziwiające. 
- Nie chcę się z tobą kłócić, Vanessa. - powiedziałem. - Ja wiem swoje, ty wiesz swoje. Proszę, nie pogarszaj naszych relacji.
- Powiedz mi tylko co postanowiłeś z tą sprawą związaną z Ashtonem. - złożyła ręce na piersi. - Nadal masz zamiar obarczać winą chłopaków za jego śmierć?
- Pogadam z nimi. - odrzekłem - Nie musisz zawracać sobie tym głowy.
Dziewczyna umilkła. Przysunęła tylko pufę bliżej mojego fotela i z uśmiechem zaczęła obserwować córkę.
- Lily daje mi tyle szczęścia. - Vanessa głaskała ją po włosach. - Ty też to czujesz?
- Czuję co?
- Jak emanuje pozytywną energią. Zawsze, kiedy się uśmiecha, poprawia mi tym humor. Nawet jak na nią patrzę, czuję, jakby w tym momencie nikt ani nic się dla mnie nie liczyło.
Przyglądałem się Vanessie, jeszcze bardziej zdumiony jej podejściem. Mogłem się domyślić, że była dobrą matką pomimo jej młodego wieku. W spojrzeniu, którym obdarowywała Lily, kryło się tyle czułości, troski i miłości, że zazdrościłem mojej małej księżniczce, że ma kogoś, kto kocha ją ponad wszystko. 
- Jest niezwykła. - stwierdziłem krótko. Vanessa uniosła wzrok i uśmiechnęła się zawstydzona. Skupiłem się teraz na niej. - Ma charakter po tobie. Jest znacznie spokojniejsza i grzeczniejsza. Ja w jej wieku, dawałem matce nieźle popalić. Nie sądzę by akurat coś miała ode mnie w tej sprawie.
- Chłopaki i tak uważają, że Lily jest bardziej podobna do ciebie.
- Nie zgodziłbym się z nimi w paru rzeczach. - zaprzeciłem. Widząc jej wyraz twarzy, także się uśmiechnąłem. - Ma kształt twoich ust... i nosa również. 
- Może jest w tym trochę racji.
Lily wyciągnęła ręce w górę, jakby wiedziała, że właśnie o niej rozmawialiśmy. Chwyciłem jej małą dłoń i pocałowałem ją, nadal przyglądając się jej jak najpiękniejszemu skarbu na świecie. Czułem się przeszczęśliwy. Dostrzegłem jej uśmiech, który tak bardzo przypominał mi jej matkę. To niezwykłe, jak dziecko mogło być podobne do rodziców. 
- Przepraszam Vanessa. 
Dziewczyna zdziwiła się i przestała na chwilę przyglądać się Lily.
- Za co?
- Za to, że zaszłaś ze mną w ciążę. - mówiłem z trudem. - Wiem, że nie planowałaś dzieci. Powinienem był...
- Nie mówmy o tym. - zasugerowała zdecydowanie. - Ani ty, ani ja nie sądziliśmy że tak się w ogóle stanie. 
Miała rację, ale ta myśl nie dawała mi świętego spokoju.
- Ale tak czy siak, źle się z tym czuję. Naraziłem cię na coś, na co nie zasługiwałaś przechodzić. Dziecko... to ogromna odpowiedzialność. 
- Harry, nie musisz mi współczuć. 
Zamrugałem.
- Nie muszę? - zdawało mi się, że się przesłyszałem. Ale po jej minie, stwierdziłem, że się pomyliłem. - Może nie wierzysz w moje uczucia, ale mnie naprawdę obchodzi wszystko co związane jest z moją córką. Szanuję cię, bo jesteś jej matką, zrobiłaś wszystko co było w twojej mocy by dać jej życie na jakie zasługuje. To nie znaczy, że nie zdaję sobie sprawy z tego co z nią przeszłaś. Przede wszystkim nie mogę pogodzić się z tym, że wzięłaś na siebie całą odpowiedzialność. Obowiązkiem ojca jest bycie z własnym dzieckiem, pomaganie w wychowaniu go. 
- Harry...
- Ale ty nie dałaś mi szansy. - wciąż mówiłem. - Ominąłem narodziny pierwszego dziecka, przy którym marzyłem być. Nie widziałem, jak Lily stawia pierwsze kroki, jak wymawia pierwsze słówka. To najgorsze uczucie, jakie teraz jestem w stanie poczuć.
- Przecież nie cofnę czasu...
- Pozwól mi więc pomóc ci z wychowywaniem Lily. - odparłem stanowczo, co zaskoczyło Vanessę. Brązowe oczy nabrały czystszego koloru. - Chcę być obecny w życiu naszej córki jako ojciec. Nie mogę pozwolić by kogokolwiek w przyszłości nazwała ojcem oprócz mnie. Nie pogodzę się nigdy z tą myślą, jeśli tak się stanie. Proszę. Sprawmy, by nasze konflikty nie odbiły się na jej życiu. To teraz zależy od ciebie, czy ty chcesz bym był w życiu was obojga. Tylko ona ratuje mnie przed przepaścią na której krawędzi stoję. 

*Perspektywa Rebecci(Roksany)*

Zajrzałam do sypialni, która stanowiła niewielką część mojego domu. Ale w niej panował totalny bałagan: na łóżku kłębowisko czarnej jedwabnej pościeli, biurko ze stali zasłane jakimiś dokumentami oraz ekwipunkiem broni, wszędzie porozrzucane męskie ubrania: kurtki, dżinsy, koszulki. Thomas należał do ludzi, którzy lubili bałaganić. Sprzątanie nie było jego mocną stroną, ale cóż. Nie o tym miałam zamiar z nim dziś porozmawiać.
Zajęło mi to kilka dni, zanim udało mi się go znaleźć i uwolnić z pod władzy tej całej bandy Stylesa. Od tamtej pory, Thomas był jednym wielkim kłębkiem nerwów. Zażyczył sobie bym z nim nie rozmawiać, ani nawet na niego nie patrzeć. Cholernie denerwowało mnie jego zachowanie, ale wiedziałam, że musiałam być cierpliwa by nie pogarszać jeszcze bardziej danej sytuacji. Thomas przede wszystkim wściekał się za to, że jego plany nie wypaliły dwa razy pod rząd i że przy okazji dał się złapał komuś takiemu jak Styles. Nie zawsze wszystko idzie po naszej myśli, więc nie rozumiałam o co takie wielkie halo. Powinien mi podziękować, że w ogóle pofatygowałam się w uratowanie go, a zamiast tego otrzymałam jedynie mnóstwo wyzwisk na które w ogóle nie zasługiwałam.
Czasami zadawałam sobie pytanie, dlaczego Thomas tak bardzo mnie pociągał. Umięśnione ciało to owszem, ale co było takiego w jego charakterze? Zachowywał się jakby miał okres, nie mógł usiedzieć w miejscu, gadał do siebie jakieś bzdury, knuł coś za drzwiami swojego pokoju, lekceważył każdego, kto próbował z nim porozmawiać. Uwielbiałam to, że był odważny, silny, a także, że nigdy się nie poddawał, ale teraz kompletnie przesadzał, zachowując się jak jedenastoletnie dziecko, które obraża się za zabranie mu głupiego lizaka. 
Westchnęłam zdenerwowana. Szybko wyszłam z pokoju... i trafiłam prosto na mur z żywego ciała. Na moich barkach zacisnęły się silne dłonie i zobaczyłam, że oboje z ramion są umięśnione i porośnięte jasnymi włoskami. 
- Co robiłaś w moim pokoju? - spytał stanowczo zirytowany Thomas. Był wysoki, ale nie tak szeroki w ramionach jak Harry, bardziej gibki i koci. Na sobie miał założoną białą męską koszulkę na ramiączkach, do tego ciemno granatowe spodnie z butami roboczymi do kostki. Na jego szyi wisiał złoty łańcuch z greckim wzorem.
- Szukałam cię. - odparłam. W jego oczach błysnął cień zniecierpliwienia. - Nie powinieneś być ucieszony, że w ogóle komuś jeszcze na tobie zależy?
Cofnęłam się do tyłu w głąb jego sypialni. Blondyn zamknął za sobą drzwi, oparł się o nie plecami i skrzyżował ręce na piersi. Nie wyglądał na przejętego moją obecnością.
- Ty zawsze jesteś tam, gdzie cię wcale nie potrzeba. - stwierdził. - Więc nie. Nie powinienem być ucieszony, bo nie wierzę, że się przejmujesz kimś takim jak ja.
Raptownie się zbliżył. Znajdował się kilka kroków ode mnie, kiedy chwyciłam go za nadgarstki i pociągnęłam do siebie. Przesunęłam dłońmi po jego przedramionach, po bicepsach, po mięśniach barków. Jego serce przyśpieszyło. Czułam bijące od niego ciepło, zapach męskich perfum oraz... alkoholu.
- Piłeś? - zapytałam, opierając płasko dłonie o jego pierś. - Czuję od ciebie wódkę.
Mężczyzna jedynie uśmiechnął się szyderczo.
- Może.
- Oh, przestań zachowywać się jak palant! - zacisnęłam raptownie pięść i uderzyłam go w klatkę piersiową. - Czy aby na pewno nie masz jakieś psychicznej objawy? Bo wydaje mi się, że chyba raczej tak.
- Co sugerujesz? - Thomas nie przestawał się uśmiechać. Nie był to raczej uśmiech z rodzai tych dobrych, tylko złowieszczy, denerwujący...
- Thomas, musimy naprawdę porozmawiać.
- Nie mam czasu na rozmowy. - odepchnął mnie na bok by przetorować sobie drogę do biurka. - Chyba zauważyłaś, że nie jestem w nastroju.
- Ty zawsze nie jesteś w nastroju! - wyrzuciłam ręce w powietrze. - Co się do cholery z tobą dzieje?
- Rebecca... - Thomas próbował uciszyć mnie gestem ręki, ale ja kontynuowałam dalej.
- Uratowałam cię! Dzięki mnie jeszcze żyjesz, a ty tak mi się odpłacasz?!
Nie mogłam uwierzyć, kiedy tylko pokiwał głową na moje pytanie.
- A co mam kurwa zrobić!? Pójść i kupić ci kwiaty byś poczuła się lepiej?
- Mógłbyś chociaż wyjaśnić co się z tobą dzieje!
Podeszłam bliżej, ale Thomas tylko rzucił mi pod nogi jakąś książkę ze swojego biurka by zatrzymać mnie z daleka od niego. Teraz stał przed oknem. Zirytowana podniosłam książkę z podłogi i rzuciłam nią w niego.
- Hej! Uważaj sobie, dobra? - pomimo, że był do mnie odwrócony plecami, wyczułam, że był znacznie poddenerwowany. - Daj mi spokój. Wiesz, że nie stać mnie na cierpliwości wobec ciebie.
- Ach tak? Wiesz co? Żal mi cię! - rzuciłam zdenerwowana. Jak on śmiał w ogóle mnie zbywać? - Sam będziesz jeszcze prosił mnie o pomoc, a ja też ci odpowiem, że nie mam czasu na twoje gadki albo, że nie mam do tego nastroju! Zobaczymy jak ty się z tym poczujesz, idioto!
- Rebecca dość! - krzyknął i odwrócił się w moją stronę. - Nie mam zamiaru cię dłużej tutaj tolerować, więc jeśli masz zamiar znów wszcząć ze mną konflikt, proszę bardzo! Ale obiecuję ci, że wylądujesz za tymi drzwiami, szybciej niż ci się to będzie wydawało!
- Jakbyś zauważył, mieszkasz w moim domu! - dłonie zacisnęły się w pięści po obu stronach mojego ciała. - Więc nie masz żadnego prawa mówić mi, co mam robić! Tutaj to ja wprowadzam zasady!
Thomas podszedł do mnie.
- Przeciwstawiasz mi się? - zerknął na mnie. Jego ciemnoniebieskie ślepia błysnęły gniewnie. - Niezłe posunięcie.
- Ugh!
Odepchnęłam go od siebie, ale ten nawet nie podjął się dalszych kroków by się bronić. Zaczęłam chodzić po pokoju, co jakiś czas obserwując Thomasa, który z podziwem lustrował krajobraz za oknem. Jeszcze z tak trudnym człowiekiem w życiu nie miałam do czynienia! A niech cię szlag, ty...
- Musisz zrozumieć, Rebecco, że w życiu panuje pewna hierarchia. Tak jak w stadach zwierząt, czy nawet zza czasów starożytnych. - mówił do mnie, choć wzrok utkwiony miał w okno. - Wolałbym byś nie wychodziła przede mnie, jeśli wiesz, że nie jesteś w pełni pewna tego co robisz. Dobrze zdajesz sobie sprawę w jaki sposób rozprawiam się z takimi ludźmi. Chyba nie chcesz by to spotkało i ciebie.
- Odkąd przyszłam ci na ratunek i pomogłam ci się uwolnić, najprawdopodobniej już dzisiaj byś był martwy! - stanęłam na środku pokoju z rękami opartymi na biodrach. - Ale ty nie potrafisz docenić tego, że ktoś się o ciebie martwi, próbuje ci pomóc! Czy to tak trudno się przede mną otworzyć?
Thomas jakby wyczuł, że mu się przyglądałam, ponieważ powędrował do mnie wzrokiem, bardziej intensywniejszym niż zwykle.
- Potrzebuję chwili spokoju dla siebie. - odrzekł. - Muszę przemyśleć pewne rzeczy. Uszanujesz to, jeśli cię o to poproszę?
Nie dawałam mu za wygraną.
- Może. - stłumiłam śmiech, powtarzając jego słowa. - Znów knujesz nad kolejnym planem, "Jak dopaść Harry'ego Stylesa" po raz... ehm który to już?
Thomas zirytował się moim zachowaniem.
- Cieszę się, że chociaż poczucie humoru u ciebie nie nawala.
- Bardzo śmieszne, Wild. - pokazałam mu środkowy palec. Dobrze to zauważył. - Może byś tak podzielił się ze mną, tym, co planujesz?
Lampy ścienne jarzyły się mocnym światłem, przy czym wydawało mi się, że kolor jego włosów stał się bardziej ciemniejszy, gdy stał oddalony od oświetlenia.
- Jak już wiesz, Harry dowiedział się o małym sekreciku Vanessy. - Thomas pomasował nadgarstki u obu rąk. - Córeczka stanie się jego oczkiem w głowie, tak jak kiedyś Vanessa, za którą tak chętny był umrzeć.
Pokiwałam głową.
- Nie rozumiem.
Thomas zatrzymał się naprzeciwko mnie.
- Oh Rebecco... Pomyśl tą swoją główką. Co mam zamiar ci powiedzieć?
Uśmiech nadal wykrzywiał jego twarz w dziwny grymas.
- Czy to jest... to co ja myślę, że chcesz zrobić?
- Pomyślałaś o tym samym co ja?
- Thomas, ty nie... Nie skrzywdziłbyś tego dziecka, prawda? Powiedz, że nie.
Jego plany robiły się bardziej psychiczne niż mogłam sobie wyobrazić.
- Oczywiście, że bym tego nie zrobił. - uśmiał się. - Ale nic z tego nie wykluczam. Uważam tylko, że mamy teraz niezłą okazję by go podejść.
- Nie możesz skrzywdzić jego córki. To za dużo jak na ciebie, Thomas. - brakowało mi słów. Byłam wręcz zdumiona tym z jakim zapewnieniem wypowiadał się o swoich planach. - Nie mieszaj w to tej małej dziewczynki. Zrób cokolwiek, tylko ją zostaw w spokoju.
- Rebecco, uspokój własne emocje. - położył dłonie na moich barkach. Zadrżałam na jego przybrany ton głosu. - Nie mam zamiaru skrzywdzić tego dziecka. Ale przecież są inne sposoby w których w udziale może się przydać. Nie sądzisz?



Od autorki: Kochani moi. Chciałabym ogłosić, że powoli będę starała się już zakończyć to opowiadanie, z racji tego, że już po prostu moja zaplanowana historia dobiega końca. W styczniu 2018 roku minie 3 lata, odkąd podjęłam się pracy z pisaniem. Nie jestem jeszcze do końca pewna, kiedy dokładnie pojawi się Epilog, ale mam nadzieję, że do 120 rozdziału wyrobię się ze wszystkimi pomysłami, które mam zamiar jeszcze zastosować w tym opowiadaniu. 
Oczywiście, opowiadanie prawdopodobnie potrwa do końca tego roku. Trudno mi jest określić, czy naprawdę uda mi się zakończyć tego bloga do tego czasu, ale na razie to tylko moje przypuszczenia. Nie popadajmy w panikę, jeszcze dużo akcji przed wami, więc może będzie więcej niż 120 rozdziałów. Zobaczymy zresztą :) x


Widzimy się 29 Lipca! Buziaki x




2 lip 2017

Rozdział 107

Pobliski park jesienią był prawdziwą orgią kolorów. Drzewa okalające łąkę przybrały jaskrawe barwy i otoczyły zielenią, płonącym złotem, czerwienią, miedzią i rudością. Liście z cicha szumiały mi nad głową; po samym ich szmerze można było odgadnąć, jaką mieliśmy porę roku. Nie było to wesołe, roześmiane drżenie wiosny ani łagodny szelest i przeciągły rozhowor lata, nie był to lękliwy i chłodny szept późnej jesieni, lecz prawie nieuchwytne, senne szemranie. Lekki powiew ledwo ledwo przeciągał po wierzchołkach drzew.
Na terenie parku przebywało niewiele osób: dwóch bezdomnych, okutanych w śpiwory, paru facetów w zielonych uniformach opróżniających kosze na śmieci, a także jeden mężczyzna pchający wózek z kawą, pączkami i preclami.
Pogoda naprawdę sprzyjała w ten dzień. Popołudniowy spacer był doskonałym pomysłem, na który oczywiście wpadł Ryan. Miał rację, że oboje powinniśmy przestać chociaż przez chwilę myśleć o tym, co się wokół nas dzieje i po prostu zajęli się sobą. Za dużo zatracałam sobie myśli tym, czym w ogóle nie powinnam. Wracałam do przeszłości, do złych wspomnień, które nadal mnie nawiedzały. Przede wszystkim do śmierci Christophera, kiedy to trzymałam martwego przyjaciela na kolanach; zakrwawionego, pełnego winy, że nie brał pod uwagę innych perspektyw w danych sytuacjach. Wiedział, że śmierć to będzie jego kara za wszystko do czego doprowadził, ale nigdy z nikim się o tym nie podzielił. Ponieważ z jednej strony chciał tego. Uważał, że tylko tak może wszystko naprawić. Otrzymać Boże przebaczenie po przez własną śmierć.
Ale niestety nie tylko ta myśl nie dawała mi spokoju. Harry był również cząstką tego, co utrudniało mi panowanie nad sobą. Zdawało mi się, że z każdym dniem, wydaje się być inny, wcale nie podobny do tego Harry'ego, który powrócił z Miami. Tamten przesiąknięty był dziką chęcią zemszczenia się na tych, co wyrządzili w jego poprzednim życiu same krzywdy, które do dziś pozostawiały bolesne rany. Ale teraz tak jakby to wszystko straciło swój ogień, emocje przygasały z niewiadomego powodu. Czułam, że coś jest z nim nie tak, ale to było zbyt trudne do opisania. Harry był zresztą ciężkim człowiekiem, który przeważnie starał się zmylić innych swoim zmiennym charakterem. To było coś jak jego atrybut, wyróżniający go spośród innych. Dlatego odkąd straciłam z nim kontakt na ostatnie kilka miesięcy, wszystko przychodziło mi z wysiłkiem jeśli chodziło o odgadnięcie tego, co tak naprawdę kryło się w jego głowie.
Ryan szedł w ciszy ku mojego boku, podczas spaceru powrotnego do domu. Wyglądał na zmęczonego. Miał cienie pod oczami, które dużo mówiły o nieprzespanej nocy. Nawet nie zadał sobie trudu włożenia kurtki, choć jesienny wiatr stał się teraz wyjątkowo silny. Widok chłopaka w samych jeansach i cienkim jasnym swetrze przyprawił mnie o dreszcz. W ramionach trzymał śpiącą Lily, która zasnęła w połowie drogi z wyczerpania po prawie dwu godzinnym spędzeniu czasu w parku. Jej ciemne włosy okrywała wełniana czapka o krwistym kolorze, która wyraźnie podkreślała niedawno pojawione się rumieńce na dwóch policzkach.
Minęło dokładnie trzy dni, odkąd Ryan poprosił mnie o rękę. Był przeszczęśliwy, że zgodziłam się go poślubić, jeśli tylko wszystko się ułoży. Ale pomimo radości, dręczyły go również i wyrzuty sumienia, że może taka szybka propozycja małżeństwa nie była zbyt odpowiednia w aktualnej sytuacji. Starał się porozmawiać ze mną, czy nie potrzebuję przypadkiem więcej czasu na przemyślenie tego. Miał głównie mnóstwo obaw o to, że nadal kochałam Harry'ego i że może nigdy go nie pokocham, aż tak mocno jak jego, ponieważ to on w pewnym sensie stanowił podium. Trudno było przestać czuć cokolwiek do osoby, do której kiedyś uczucie było zbyt potężne, by móc je porzucić. Za wszelką cenę starałam się zapomnieć o Harrym, ale to było...
- Dużo myślałem ostatnio nad naszą wspólną przyszłością. - Ryan nagle przemówił, głosem pełnym zrównoważenia, ale i niepewności. Oboje szliśmy chodnikiem po bocznej stronie ulicy, mijając poszczególne domy w różnych kolorach, od jasnych wesołych barw po ciemniejsze bardziej mroczne. Moje mieszkanie było tuż za zakrętem. - I zastanawiałem się, jak to będzie wszystko wyglądać. Wiem, że teraz trudno nam jest cokolwiek zrobić ze względu na to co się aktualnie dzieje, ale aby być z tobą całkowicie szczerym, chciałbym móc wiedzieć co ty o tym myślisz.
- Co myślę o małżeństwie? - spojrzałam na niego. Lily nawet się nie poruszyła, kiedy wszczęliśmy rozmowę.
Chłopak lekko się uśmiechnął.
- Tak. No wiesz, o wspólnym życiu.
- Nadal masz obawy, że to co się stało, nie powinno mieć w ogóle miejsca? - spytałam cierpliwie. Nie próbowałam być negatywna w stosunku do przybranego tematu. - Ryan, nie powinieneś...
- Nie powinienem co? - ton głosu nie przybierał znajomego sarkazmu. Mówił opanowanie. - Martwić się?
- Znów próbujesz rozmawiać ze mną na temat Harry'ego.
- Bo doskonale rozumiem, że Harry zawsze będzie dla ciebie tym pierwszym. Ale... myśl, że twoja miłość do mnie nigdy nie będzie tak wystarczająco silna, krzywdzi mnie. Potrzebuję wiedzieć, mieć jakiekolwiek zapewnienie, że twoje uczucia do mnie są w stanie przezwyciężyć to, co ty czujesz do niego. Że są w stanie sprawić, że osłabnął.
- Wiesz dobrze, że Harry dla mnie nic nie znaczy. Nie chcę mieć z nim nic wspólnego. Czemu więc zaprzątasz sobie nim głowę?
- Po prostu mam wrażenie, że to małżeństwo jest dla ciebie jak szansa o zapomnieniu o twojej przeszłości z nim. Nie mam zamiaru zmuszać cię do małżeństwa, jeśli tak naprawdę go nie chcesz. Tylko mi powiedz.
Ryan gubił się w tym co mówił. Od samego początku pragnął zbudować ze mną coś stabilnego, a teraz, kiedy naprawdę miał szanse to zrobić, próbował wszystko zaprzepaścić. Tak, jakby się bał zrobić większy krok, pomimo iż zależało mu na mnie bardziej niż mogłam sobie to wyobrazić. 
- Kocham cię i dlatego nie bez powodu zgodziłam się za ciebie wyjść. - odrzekłam. - Musisz zrozumieć, że chcę być z tobą. Uczucia do Harry'ego tego nie zmienią, bo to ty sprawiasz, że czuję się doceniana. - zaczerpnęłam powietrza. - Zamieszkaj ze mną, Ryan. Wprowadź się do mnie, jeśli nie jesteś pewny moich uczuć.
 Oczy Ryana zabłysły. Momentalnie zatrzymał się w miejscu. 
- Mówisz serio?
- Oczywiście, że tak. - policzek miał zimny, gdy dotknęłam go dłonią. Nie byłam zresztą zdziwiona. Z każdą następną godziną, pogoda na zewnątrz robiła się coraz chłodniejsza. - Chcę być bliżej ciebie. Pokazać ci, byś przestał być niepewny tego co jest pomiędzy nami.
- Nie jestem nie pewny tego co nas łączy. - odparł, teraz ukazując uśmiech w całej okazałości. Podtrzymał Lily ramieniem, a drugim objął mnie wokół bioder i przytulił do siebie. Czułam napięte mięśnie pod męskim swetrem. - Po prostu martwię się, że może nie jesteś jeszcze gotowa na małżeństwo. Trochę mnie poniosło, że tak szybko zapytałem cię czy za mnie wyjdziesz, ale nie żałuję. Bo naprawdę pragnę byś została moją żoną. I nie potrzebuję nikogo do szczęścia niż ciebie.
Lily niespodziewanie obudziła się, mrużąc oczy przed słońcem. Owinięte rączki wokół szyi Ryana, teraz wyciągnęła w moją stronę. Chłopak podał mi posłusznie córkę, na co ta wtuliła się we mnie, jakby niewyspana i zmęczona. Poprawiłam jej małą czapkę, zanim ponownie zamknęła ciężkie powieki.
Wraz z Ryanem skręciliśmy na zakręcie w lewo, z daleka dostrzegając już dom. Osiedle w którym miałam mieszkanie, było niezwykle spokojne w przeciwieństwie do innych. Może dlatego, że znaczną część mieszkańców stanowili starsi ludzie, przeważnie na emeryturach.
Gdy dotarliśmy pod mieszkanie, usłyszeliśmy motocykl, zanim go ostatecznie zobaczyliśmy. Głośny ryk silnika przebijał się przez odgłosy niewielkiego ruchu na Walter Street. Motor przemknął przez skrzyżowanie i za chwilę skręcił w uliczkę w której znajdował się mój dom. Ryan i ja natychmiast odsunęliśmy się z podjazdu, kiedy motocykl zatrzymał się obok nas. Motocyklista puścił uchwyt kierownicy.
Silnik natychmiast ucichł. Mężczyzna pośpiesznie zdjął kask z głowy, ukazując swoją tożsamość. Jasne blond włosy rozsypały się wokół jego głowy, kosmyki kleiły się do twarzy. Jasper, jak zawsze ubrany był w tekstylną czarną motocyklową kurtkę i dobranymi do niej odpowiednimi spodniami. Był szalenie podobny do Thomasa.
- Jasper? Co ty tutaj robisz? - spytałam uprzejmie, nieco zaskoczona jego obecnością. Ryan chyba również. - Nie wspomniałeś, że się zjawisz.
Blondyn nie miał zadowolonego wyrazu twarzy. Sprawiał wrażenie czymś zaniepokojonego.
- Dzwoniłem do ciebie, ale chyba masz wyłączony telefon. - odrzekł. Zsiadł z pojazdu i oparł się o poręcz. - W każdym bądź razie, postanowiłem sprawdzić czy wszystko u ciebie w porządku.
- Czemu miałoby nie być w porządku? - odezwał się Ryan. Jasper zerknął na niego raptownie, ale nie zauważyłam by posłał mu nieprzyjemne spojrzenie. Aczkolwiek, w oczach jasnowłosego malowało się zainteresowanie jego osobą. Świetnie pamiętałam dzień w którym Jasper przyszedł do szpitala w którym leżał Ryan, by móc z nim po raz pierwszy porozmawiać o jego przeszłości z Thomasem. Niestety nie zdobył się wtedy na odwagę by to zrobić.

- Słyszałem o tym, co Harry zrobił Hendersonowi i chciałem sprawdzić czy wszystko z nim dobrze. 
- Dlaczego martwisz się o kogoś, kogo nie znasz?

- Nigdy go nie widziałem, ale wiem, dla kogo pracował. Miałem nadzieję, że porozmawiam z człowiekiem, który spędził z moim bratem tyle lat. Musi znać go lepiej ode mnie.

I najprawdopodobniej znał Thomasa lepiej niż jego własny brat, pomyślałam wtedy.
Ryan teraz musiał dobrze wiedzieć kim tak naprawdę był Jasper, ponieważ także nie ukrywał zaintrygowania w stosunku do niego. Zanim jednak blondyn zdążył odpowiedzieć na jego pytanie, wtrąciłam się ja.
- O co chodzi, Jasper? Coś się stało? 
Chłopak odwrócił się ku mnie.
- Moglibyśmy wejść do środka? - głową wskazał na mieszkalny budynek. - Wątpię, czy to jest idealne miejsce do rozmowy. 
Uniosłam wzrok ku Ryanowi, ale ten tylko kiwnął głową na zgodę. Miałam przeczucie, że coś jest nie tak, po ledwie załamanym głosie Jaspera. Klatka piersiowa Lily unosiła się w górę i w dół, dziewczynka nadal pogrążona była w śnie, oparta głową o moje piersi. Podeszłam wraz z nią do frontowych drzwi domu i otworzyłam je kluczem. Ryan wcześniej przejął ode mnie wózek dziecięcy i złożył go, zanim ostatecznie pofatygował się z nim do środka mieszkania tuż za Jasperem. 
W domu było przyjemnie ciepło poprzez kaloryfery, które zostały włączone kilka minut wcześniej przed naszym wyjściem do parku. Zdarzało się, że pogoda dość często platała figle w taką porę roku, dlatego utrzymywałam odpowiednią temperaturę, by Lily przypadkiem się nie przeziębiła z zimna. W jej wieku wszystko było możliwe.
- Pójdę położyć Lily do łóżeczka, zaraz przyjdę. - poinformowałam, zachęcając później by oboje się rozgościli.  
Gdy wróciłam, każdy z nich o dziwo zajął miejsce w kuchni zamiast w salonie. Jasper usiadł przy wyspie kuchennej, na co Ryan zaraz obok niego. Nie odzywali się do siebie, nawet pod moją nieobecność.
- O czym więc chciałeś porozmawiać? - Jasper uniósł wzrok na mnie, gdy weszłam do kuchni i od razu wzięłam się za zrobienie rozgrzewającej kawy. Nie był zdziwiony moim pytaniem.
- Chodzi o Thomasa... - zaczął. Spojrzałam na niego raptownie, przerywając każde z czynów. - Jest na wolności. Ktoś pomógł mu wczoraj uciec. Kiedy chłopaki zorientowali się, że coś jest nie tak, znaleźli rozwalone kraty w oknie piwnicy, gdzie go przetrzymywaliśmy. Znaleźli także Ashtona, leżącego martwego na podłodze. Postrzelonego.
Pode mną ugięły się kolana. Opadłam na kuchenne krzesło stojące niedaleko. 
- Co? - szepnęłam. Dostrzegłam, jak policzki Ryana robią się białe jak kreda. - Jak to martwego? Kto mógłby go postrzelić...
- Nie jesteśmy pewni kto. Być może Thomas, albo równie dobrze i jego wspólnik. Nie wiemy kim jest ta osoba, więc to daje mu jak na razie przewagę nad nami. - wyjaśnił blondyn. - Ashton najwyraźniej usłyszał coś i zbiegł do piwnicy by sprawdzić o co chodzi, ale nie spodziewał się, że znajdzie tam Thomasa z uzbrojonym wspólnikiem. Nie było nas wtedy w domu.
Ashton nie żył. Chłopak, który uratował mi życie z płonącego domu odszedł. Z dnia na dzień tak po prostu odszedł. To nie mogło się dziać naprawdę. Nie mogło odchodzić na raz tyle bliskich osób. 
- Musimy dowiedzieć się, kto pomaga Thomasowi. - odezwałam  się po krótkiej ciszy. Czułam, jak ściska mi się gardło. - Inaczej nie zdołamy...
- Po pierwsze nie mamy pojęcia z kim mamy do czynienia. - ręce Jaspera nadal były schowane w specjalnych rękawiczkach na motor. Patrzył na mnie, próbując zachować swoją męską cierpliwość. - Każdy z nas zastanawia się jak ta osoba w ogóle wiedziała, gdzie przetrzymujemy Thomasa.
- Ale Ashton... - głos mi się łamał przy wypowiedzeniu imienia przyjaciela. Teraz już nieżyjącego przyjaciela. - On przecież nikomu nie był nic winny. Nigdy nie powinien spotkać go taki los...
- Obstawiam, że nie od teraz znasz Thomasa. - Jasper westchnął. Wszczął zabawę palcami u swoich dłoni. - Jest zdolny do wszystkiego, by tylko wyszło to na jego korzyść. Przypuszczam, że Ashton stanął mu na drodze, dlatego się go pozbył. Wiedział, że jeśli nic nie zrobi, w przeciwnym razie Ashton prawdopodobnie zmusiłby się do zastrzelenia go. - Ku mojemu własnemu zaskoczeniu, nie zaczęłam płakać, tylko zakryłam dłonią usta. Ryan wydawał się być nieobecny, jakby zamyślony w tym co nieustannie krążyło w jego umyśle. - Tak mi przykro, Vanessa. Powinien ktoś z nas zostać wtedy w domu. Źle postąpiliśmy zostawiając Thomasa z Ashtonem, sam na sam.
- Nie wiedzieliście, że to tak może się skończyć. - uspokoiłam go pośpiesznie. - Nikt z was nie przewidziałby, że ktoś pomoże Thomasowi się uwolnić, kiedy wy będzie w tym czasie poza domem. 
Jasper uśmiechnął się leniwie, choć wiedziałam, że starał się tylko ukryć poczucie winy.
- Chyba wiem, kto uwolnił Thomasa i tym samym pomógł mu uciec. - Ryan po raz pierwszy wtrącił się w rozmowę, odkąd wszyscy weszliśmy do domu. W odzyskanym głosie kryła się nuta zdecydowania. - Znam ją.
- Ją? - Jasper raptownie odwrócił się w stronę chłopaka, siedzącego praktycznie obok niego. Stłumił śmiech. - Chcesz nam powiedzieć, że wspólnikiem Thomasa jest kobieta?
- No, tak. Co w tym dziwnego? - Ryan również podniósł na niego wzrok. - Ma na imię Rebecca. Gdy jeszcze dla niego pracowałem, Thomas poszukiwał sojuszników, którzy pomogliby mu zrealizować plan. Oboje z Thomasem znają się już od długiego czasu, jeszcze podajże zanim w ogóle czegokolwiek się podjął w związku z Harrym. 
Jasper odżył. 
- Jesteś tego pewien? - spytał. - Wiesz o niej coś więcej? 
Ryan potrząsnął głową.
- Nie. Nie znam jej na tyle dobrze, na ile bym chciał. Nie mieliśmy zresztą dobrych kontaktów.
- Ale wiesz gdzie można ją znaleźć, prawda? 
- Myślisz, że powiedziałaby mi gdzie mieszka? - zakpił Ryan. - Nienawidziła mnie. Chyba z każdym tak miała. 
- Ryan, czy... czy jest szansa, że mógłbyś ją rozpoznać? - wierzyłam, że jest jakaś nadzieja w całej tej sytuacji. Ryan był człowiekiem, który bardzo dobrze był zaznajomiony z planami Thomasa. Był naszym jedynym ratunkiem, by ponownie go dopaść.
- Tak. Jasne, że tak. - zapewnił. 
Uśmiechnął się szeroko do mnie z naprzeciwka by uspokoić moje nerwy. Miałam ochotę złączyć jego palce ze swoimi, ale wiedziałam, że nie mogę przy Jasperze.
- Kurwa. - zaklął blondyn. Pokręcił głową, ściągając za chwilę swoje rękawiczki i rzucając je na blat. - Nie mam pojęcia co teraz robić. Chłopaki pogrążeni są w żałobie, a Harry nie odzywa się do nas, odkąd dowiedział się o śmierci Ashtona.
- Czemu się nie odzywa? - zapytałam ostrożnie. Ciekawość wzięła nade mną górę. 
- Pokłóciliśmy się wczoraj. Wszyscy. Oskarża nas o jego śmierć, że pozwoliliśmy Ashtonowi zginąć.
- Przecież to nie jest niczyja wina...
- On tego nie rozumie. Vanessa, on wpadł w szał, gdy się dowiedział. Nie odbiera telefonu od żadnego z nas. Zniknął tak po prostu, nie wiemy nawet gdzie. Nie mamy pojęcia gdzie go szukać.
Jasper z wysiłkiem próbował zapanować nad swoimi emocjami. 
- Jak on może was obwiniać? Powinien zrozumieć, że to było nie do przewidzenia. 
- Vanessa... - głos Ryana drgnął. Wydawało mi się, że usiłował mnie za coś skarcić. - Przecież Harry taki właśnie jest. Nie myśli, zanim cokolwiek powie. Dziwne, że o tym nie wiesz.
- Harry nigdy nie usiłuje zrozumieć sytuacji, dlatego później wszystkich oskarża.
Ryan wzruszył ramionami.
- Ale co nas to w ogóle obchodzi? Mnie nie interesuje co się z nim teraz dzieje i was też zresztą nie powinno. 
- Harry jest przyjacielem większości z nas. - zbeształ go Jasper. - Mamy prawo się o niego martwić, nawet, jeśli on ma nas daleko gdzieś.
- Jaki jest tego sens? Jak bym nie zadawał sobie trudu nawet szukaniem go. 
- Nie rozumiesz, Ryan. - kontynuowałam. - Harry ma problemy z panowaniem nad sobą. Akceptacja tego co się dzieje, zawsze przychodzi mu z trudnością. Może nawet zrobić sobie krzywdę, nie wiedząc tak naprawdę, że ją w ogóle robi.
- Więc, co? - błękitne oczy Ryana rozjarzyły się. - Chcesz pomóc im go znaleźć? 
- Nie prosiłem Vanessy by nam pomogła. - Jasper westchnął zmęczony. - Ale nie ukrywam, że ona zna lepiej Harry'ego od nas wszystkich razem wziętych. - spojrzał na mnie raptownie. - Może wiedziałabyś, gdzie go znaleźć.
Zastanowiłam się na chwilę. Czułam na sobie wyczekiwany wzrok obojgu chłopaków. Czy naprawdę wiedziałabym, gdzie znaleźć Harry'ego? Mógłby być przecież wszędzie. 
- Nie sądzę, że byłabym w stanie to wiedzieć. - odparłam. 
- Oh ludzie, powinniście dać mu trochę czasu. - Ryan ponownie się wtrącił. - Nie potrzebuje waszej pomocy by dojść do siebie po straceniu przyjaciela. 
- Obyś miał rację. - Jasper podniósł się z wysokiego krzesła. Włożył rękawiczki z powrotem na chude dłonie, za chwilę zapinając kurtkę. - Dobra. Będę już leciał. Chłopaki nie mają się dobrze, a zresztą muszę jeszcze przenieść ciało Chrisa z domu Ashtona. Wolę, żeby nikt nie natrafił na martwego trupa w jego garażu. 
- Gdzie go przenosisz? - zapytałam. - Do siebie?
Jasper przeczesał dłońmi jasne włosy. 
- Tak. - uśmiał się, pomimo nieodpowiedniego momentu. - Raczej chłopaki go nie przytrzymają.
- Racja. Postaram się jeszcze raz próbować skontaktować się z jego matką, ale do tej pory nie dostałam od niej żadnego znaku życia. Jeśli do dwóch dni, się nie odezwie, spalimy jego ciało, tak jak tego chciał. - wyjaśniłam. - Dziękuję ci za wszystko.
- Nie ma za co. - blondyn objął mnie po przyjacielsku, kiedy podeszłam do niego bliżej. - Będziemy w kontakcie, gdybym coś wiedział. 
- Jasne. Trzymaj się.
- Ty również. - uśmiechnął się ciepło. Zanim jednak wyszedł, odwrócił się do Ryana, nadal siedzącego na swoim krześle. - Fajnie było cię w końcu poznać. Może uda nam się kiedyś razem pogadać, tak wiesz, w cztery oczy. Mam do ciebie dużo pytań.
Ryan zerknął na niego zaskoczony, ale nie odezwał się ani słowem. Pozwolił chłopakowi opuścić dom bez możliwości dowiedzenia się jego odpowiedzi. Dźwięk odpalonego motoru dał znać, że przyjaciel odjeżdżał już spod mieszkania.
Otuliłam się ramionami, obserwując przy oknie jak Jasper oddala się od posiadłości i za chwilę skręca na zakręcie w stronę głównej ruchliwej drogi. Ryan zaś nadal utrzymywał ciszę pomiędzy nami, która była wręcz denerwująca. Nie miałam pojęcia o co chodziło. 
Po chwili jednak poddał się. Usłyszałam znajomy dźwięk odsuwanego krzesła, po czym głośne kroki. Wzdrygnęłam się, kiedy na swojej szyi wyczułam ciepło, a na biodrach jego ręce. Ryan położył swoją głowę na moim ramieniu, jakby próbował znaleźć ten jedyny punkt za oknem w którym tak się pogrążyłam. 
- To się nie skończy, prawda? - szepnęłam, sądząc, że wymówiłam te słowa w swojej głowie, ale tak się nie stało. Ryan zdążył wszystko dosłyszeć.
- Co masz na myśli? - spytał. Mogłam z łatwością wyczuć jak wzrastało w nim poczucie niepokoju. 
- W ciągu tego miesiąca zginęły już dwie osoby. - odwróciłam się do niego momentalnie, czego się w sumie nie spodziewał. - Nie zniosę tego dłużej, jeśli ktoś z was do nich dołączy. Ty, chłopcy, Jasper, ktoś z mojej rodziny albo nawet i Lily. 
- Nic nam się nie stanie. Nie martw się o to. - Ryan ucałował mnie czule w czoło, po czym ramionami przytulił do siebie, kojąco głaszcząc po plecach. - Nie rozumiem tylko, czemu Harry nie zabił Thomasa, kiedy miał okazję. Co go powstrzymało? 
- Nie mam pojęcia. Ale sama chciałabym to wiedzieć.
- Myślisz, że coś mu powiedział? - uniósł palcem wskazującym mój podbródek. - Coś, co naprawdę powstrzymało go od zrobienia mu krzywdy?
- Wszystko jest w tej sytuacji możliwe. - powstrzymałam się od płaczu. - A nawet gdyby tak było to wątpię, czy Harry w ogóle by się tym z nami podzielił. 
Ryan umilkł. Staliśmy tak przez kilka minut, wtuleni w siebie nawzajem. W tym wszystkim, tylko jedno przez cały czas mnie zastanawiało. Czemu Harry zachował się jak typowy palant i zwalił całą winę na własnych przyjaciół? Nikt z chłopaków nie ponosił odpowiedzialności za śmierć Ashtona. Więc dlaczego tak od razu zerwał z nimi kontakty? Uciekł, wyłączył telefon. Na co to wszystko? Za co oni mieliby być ukarani?
Myślami utknęłam w umyśle coraz to głębiej. Doszukiwałam się w wspomnieniach czegoś, co pomogłoby mi pomóc natrafić na jakikolwiek ślad, który doprowadziłby mnie do miejsca, gdzie aktualnie mógłby przebywać Harry w celu ukrycia się przed rzeczywistością. Cofnęłam się o kilka miesięcy wstecz, grzebiąc w wspomnieniach związanych z nami obojga. Wakacje na Hawajach, częste wizyty w szpitalach, podpalenie domu przez Thomasa, Święta Bożego Narodzenia w Londynie, oświadczyny w restauracji, nowy dom...
No właśnie! To było to. Miejsce, które Harry uważał za schronienie przed ludźmi. Miejsce, gdzie nikt nie mógłby go znaleźć. Hektary pól, lasy, niewielkie jeziorko, zielone polany. To wszystko znajdowało się niedaleko naszego kiedyś wspólnego domu.

- Przychodziłem tu, kiedy potrzebowałem być sam, gdy coś mnie trapiło lub było mi smutno, potrzebowałem wyciszenia. Chciałem wszystko przemyśleć, wszystkie błędy jakie zrobiłem. Kiedy przyjechałem do Los Angeles nie miałem nikogo. Zostawiłem swoją rodzinę, by móc żyć we własny sposób. Zatracałem się w alkoholu oraz ćpałem. Robiłem wszystko by móc zapomnieć o tym co zrobiłem. Było mi ciężko, nie umiałem pogodzić się ze śmiercią ojca. To miejsce mnie w jakiś sposób uspokajało.

Harry musiał tam być. To było jedyne miejsce, gdzie mogłoby go ponieść. 
- Ryan, wiem gdzie on jest. - szepnęłam, wciąż niedowierzając w swoje odkrycie. Ryan spojrzał na mnie niezrozumiale. - Wiem gdzie on jest.
- Kto? Harry?
- Tak. - adrenalina w moim ciele podskoczyła na wyższy poziom. - Jest w domu, który kiedyś należał do nas obojgu. Doskonale pamiętam drogę. Mogłabym...
- Vanessa, nie. - Ryan zaprzeczył temu, co miałam zamiar zrobić. Jego oczy zrobiły się bardziej okrągłe. - Nie chcę być pojechała do niego. 
- Dlaczego?
Brunet westchnął zniecierpliwiony.
- Bo boję się pozwolić ci być z nim sam na sam. Nie po tym, jak ostatnio cię traktował. Zrozum.
- Tylko ja wiem, gdzie to jest i tylko ja mogę do niego dotrzeć. - naciskałam na swój argument. -  Muszę tam pojechać.
- Nie utrudniaj mi tego, proszę. - dotknął obiema dłońmi moje policzki. - Nie ufam mu by puścić cię samą. 
- Tylko dlatego mu nie ufasz? - zapytałam podchwytliwie. Ryan szybko zrozumiał, o co mi chodziło.
- Wiesz dobrze, jaki Harry potrafi być podstępny. - gubił się przy wyjaśnieniach. - Nie wiesz na co się piszesz, jeśli chodzi o niego.
- Nie chcę by coś mu się stało. 
Ryan spojrzał na mnie wzrokiem, który niepokojąco przesiąknął przez moje ciało. 
- Czemu się o niego martwisz? Po tym co ci zrobił, chcesz mu jeszcze pomóc? - dostrzegłam jak walczy z pokazaniem zdenerwowania, jakie go ogarnęło. - Postradałaś zmysły?!
- Ryan, nie rozumiesz. Muszę mu pomóc.
- On nie zasługuje na to co ty dla niego robisz. 
- Nie ufasz mi, prawda?
Ryan napiął mięśnie.
- Ufam ci, przecież wiesz. - oświadczył stanowczo. - Nie wierzysz?
- To pokaż mi, bym mogła uwierzyć. Zrób coś, by...
Raptownie znieruchomiałam. Ryan przyciągnął mnie do siebie i zaczął całować jak szalony. Wszystko działo się tak szybko. Wbiłam palce w jego twarde ramiona, w cienki męski sweter, i oddałam mu pocałunek z całą desperacją nagromadzoną przez kilka ostatnich minut. Odsunął się ode mnie tylko na krótką chwilę. Objął mnie w talii i pociągnął na pustą ścianę obok okna w holu, po czym oparł mnie o nią. Potem ujął w dłonie moją głowę i przysunął się tak blisko, że nasze ciała niemal się zetknęły... ale nie całkiem. Czułam od niego bijące gorączkowe ciepło. Dłonie nadal trzymałam na jego barkach, ale to jednak nie wystarczało. Chciałam, żeby przytulił mnie mocno, całą mnie splótł.
- Wierzę ci. - szepnął z trudem łapiąc oddech. - Zawsze.
Spojrzałam na jego twarz. Jego oczy zawsze ciemniały, kiedy się całowaliśmy, jakby samo pożądanie było w stanie zupełnie zmienić ich kolor.
Nie mogłam dłużej znieść napięcia. Zabrałam ręce z jego barków, wsunęłam palce w szlufki paska i przyciągnęłam go do siebie. Nie stawiał najmniejszych oporów. Położył dłonie płasko na ścianie, przywarł do mnie całym ciałem, tak, że stykaliśmy się wszędzie - piersi, biodra, nogi - jak kawałki puzzli. Pocałował mnie, długo i bez pośpiechu, aż zaczęłam drzeć. Zapragnęłam go tak bardzo jak on mnie.
- Pozwól mi... - wyszeptałam między pocałunkami. - Pozwól mi jechać...
Czułam, jak dłonie Ryana błądziły swobodnie po moim ubraniu. Jęczał cicho z ustami na moich ustach, całował coraz mocniej, jakby nigdy nie mógł się nasycić.
Nagle się odsunął.
- Jedź... - uniósł moją głowę bym spojrzała mu w oczy. - Zajmę się Lily przez ten czas. Ale proszę, uważaj. Dzwoń w razie problemów, dobrze?
- Naprawdę?
Nie ukrywałam zdumienia jego postępem.
- Nie mogę trzymać cię jak w klatce. - oparł swoje czoło o moje. - Nie jestem taki jak Harry. Chcę mieć pewność, że ufam tobie tak samo jak ty mi.
Nie odezwałam się tylko pocałowałam go ponownie. Chłopak zamknął raptownie oczy pod naciskiem moich ust. Ale kiedy przerwałam pocałunek, otworzył je dopiero wtedy, kiedy zniknęłam za sobą drzwi od mieszkania.

- Więc dlaczego mnie tu przyprowadziłeś? - zapytałam, a Harry stanął za mną i objął mnie ramionami w pasie, po czym położył swoją głowę na moim ramieniu i przycisnął mnie bardziej do siebie.
- Chciałem ci pokazać jak cudowne i wyjątkowe jest to miejsce. Nikomu go jeszcze nie pokazałem, oprócz ciebie.
- Czemu zatem ja?
- Bo jesteś częścią mojego życia oraz serca, które bije tylko i wyłącznie dla ciebie. Chcę ci uświadomić, że pomimo tego co przechodzimy, żyjąc w ciągłym strachu jest nadzieja. Nadzieja na lepsze życie.

~*~ 

To niesamowite, że las potrafił być tak piękny. O każdej porze roku, ale jesienią szczególnie. Złoto brązowe liście chrzęszczały pod nogami, ścięte pierwszym mrozem. Powietrze było przejrzyste, tylko czasem mgiełka oddechu łamała tą klarowność. Słońce przedzierało się jasnymi smugami między potężnymi pniami drzew, a jedyną zielenią były drżące gdzieś wysoko czupryny sosen. Niżej były zaś bezlistne teraz krzaki i krzewinki, które niczego nie zasłaniały.
Wcześniej postanowiłam, iż dotrę do ulubionego miejsca Harry'ego całkowicie inną drogą. Zostawiłam samochód na poboczu autostrady, bardziej w lesie by nikt się nie przyczepił. Przez chwilę miałam wrażenie, że zgubiłam szlak, ale szybko rozpoznałam potem piaszczystą dróżkę, która wyprowadziła mnie pomiędzy polami. Byłam w tym samym miejscu, co wtedy, gdy Harry wyprowadził mnie z lasu z innej strony, mianowicie na zachód od domu. Wzdłuż drogi spacerkiem, dotarcie do celu zajęło mi praktycznie tylko kilka minut. Z daleka rozpoznałam przed sobą rozciągające się polany, wraz z niewielkimi pasmami drzew. Nierówna powierzchnia terenu, obniżająca się z każdym kilometrem przebytym na zachód sprawiała, że z aktualnego miejsca widziałam bajeczny krajobraz kolejny pól, schodzących powoli coraz niżej i niżej, aż po sam horyzont, gdzie można było dostrzec odległy o kilkadziesiąt kilometrów następny las oraz potężne góry. Zatem na samym środku całego krajobrazu znajdowało się wcale nie duże jezioro w kształcie okręgu.
Wszystko przypominało bardziej wieś niż część jednego z najbardziej zaludnionych miast Ameryki. Harry od zawsze chciał żyć na poboczach Los Angeles, ze względu na ciszę, spokój, bliskość prawdziwej natury oraz większą przestrzeń. Dom, który kiedyś należał do nas obojgu, teraz mieścił się niedaleko. Zbudowany został tak, że otaczały go tylko gęste lasy, nic więcej. Jedynie przed nim ciągnęła się droga, która na końcu od wschodu łączyła się z autostradą do samego centrum miasta.
Gdy pokonałam następne krzaki, na obszernej polanie, na samym jej wzgórzu, dostrzegłam Harry'ego. Ciemna granatowa kurtka opinała jego ramiona, a włosy czapka w tym samym odcieniu. Siedział w bezruchu i w skupieniu spoglądał na krajobraz przed nim. Musiałam przyznać, że widok z tego miejsca był imponujący. Bez ani chwili zastanowienia się nad własnymi czynami, ruszyłam w jego stronę. Nie wiedziałam jaka mogłaby być jego reakcja, gdy mnie zobaczy, ale nie przejmowałam się tym.
Gdy znalazłam się znacznie bliżej Harry'ego, pierwsze co zrobiłam to spojrzałam na jego dłonie. W ataku złości wyrwał kilka garści trawy. Palce miał pobrudzone ziemią i krwią w miejscu, gdzie naderwał sobie paznokieć.
- Tak myślałam, że cię tu znajdę.
Harry drgnął zaskoczony, odwrócił się i podniósł wzrok. Nie spodziewał się mojego towarzystwa, dlatego przybrał taką minę, jakby zobaczył za sobą ducha. Jego zielone oczy nie umiały skupić się na niczym, od góry do dołu przelatywały mnie spojrzeniem, próbując zidentyfikować czy jestem prawdziwa.
-  Vanessa? Jak... jak to możliwe, że...
- Że wiedziałam, gdzie jesteś? - dokończyłam za niego. - Nie zapomniałam własnych wspomnień.
Usadowiłam się pośpiesznie obok chłopaka, gdy stwierdziłam, że raczej nie zaprotestuje. Zmuszona do nie patrzenia na niego, pośpiesznie spojrzałam na panoramę naprzeciwko i uśmiechnęłam się wbrew sobie. Widok zapierał dech w piersiach tak samo, jak wtedy, kiedy po raz pierwszy go ujrzałam.
Chłopak nadal oniemiały, otrzepał ręce z ziemi i odsunął się ode mnie.
- Nie powinno cię tu być. - odezwał się, teraz gorzkim tonem. - Lepiej wracaj.
- Chłopcy powiedzieli mi co się stało. - spojrzałam na swoje palce u obu dłoni. - Oni martwią się o ciebie. Przyjechałam tu, bo wiem, jak bardzo im na tobie zależy.
Starałam się mówić spokojnie, tak aby nie wzbudzić w Harrym żadnych emocji, które tylko pogorszyłyby sytuację. Musiałam być więc ostrożna.
- Sądzisz, że będę z tobą rozmawiał o czymś, co ciebie w ogóle nie powinno obchodzić? - zakpił ze mnie. Poczułam na sobie jego wzrok. - Nie obchodzi mnie, po co tutaj przyjechałaś. Odejdź, zanim stracę cierpliwość.
Pomimo jego sprzeciwów, nadal się nie poddawałam. Musiał zrozumieć pewne rzeczy, czy tego chciał czy nie.
- Wiem o śmierci Ashtona. - Harry drgnął na wypowiedzone przeze mnie imię przyjaciela. - To nie jest ich wina, Harry. Myślisz, że tak jest, ale nie jest. Zachowałeś się wobec chłopaków nie w porządku. Oni...
- Przestań! - podniósł głos. - Nie potrzebuję lekcji, tym bardziej od ciebie! To, że wiedziałaś, gdzie mogłabyś mnie znaleźć, nie znaczy, że możesz sobie tutaj od tak przyjeżdżać! Nie prosiłem cię o wtrącanie się w nasze sprawy, więc spadaj. Jeszcze nie masz dość?
Tęczówki Harry'ego zabłysły znajomo. Zaczynał się denerwować.
- Obwiniłeś chłopaków za śmierć Ashtona, choć wiesz, że to wcale nie przez nich zginął. Dlaczego próbujesz zniszczyć waszą przyjaźń? Przecież tyle sobie zawdzięczacie?
- Nie uważam byś cokolwiek o nas wiedziała. - warknął zły. - Zdradzili mnie przez ciebie, bo to ty zmusiłaś ich do niepowiedzenia mi prawdy o moim własnym dziecku. To dlatego nie wierzę w ich niewinność.
- Nie osądzaj ich, tylko mnie. - moja odwaga zaskoczyła nie tylko mnie. - Zdawali sobie sprawę, że to źle jest mieć jakiekolwiek sekrety przed tobą. Chcieli ci powiedzieć, każdy z nich.
- To czemu tego do chuja nie zrobili!? Powinni powiedzieć ci "nie", przestać dyskutować z tobą o tym co najlepsze w kwestii naszego dziecka! Ale oni nie wykazali się żadną mądrością! Tak po prostu ci ulegli! 
Szorstkość jego głosu mimo wszystko raniła. Na twarz wrócił mu kolor, choć sińce pod oczami nadal wyglądały jak ciemne smugi. Czekałam, aż Harry jeszcze coś powie, ale on tylko patrzył na mnie z nieskrywaną konsternacją.
- Nie pozwól, byś stracił ich po raz kolejny. - odrzekłam znacznie obniżając ton. - Nikt nie rozumie cię tak dobrze jak oni. Poświęcili tobie wszystko co mogli, pomogli ci stanąć na nogi. Tak chcesz im się teraz odpłacić? Od samego początku mieli rację co do naszej córki i owszem, nie powinnam zmuszać ich do bycia cicho w związku z tym tematem. Ale teraz nie możesz obwinić ich za śmierć Ashtona. To nie oni są za nią odpowiedzialni tylko Thomas.
Harry zamilkł, jakby pogrążony w napływających myślach. Po krótkiej chwili, odchrząknął. Napięcie w nim zniknęło niespodziewanie.
- Pozwolili na to by...
- Nie! - krzyknęłam. Chłopak wyglądał na zdezorientowanego. - Nie mieli pojęcia, Harry. Spójrz prawdzie w oczy, rozejrzyj się wokół. Tak chcesz żyć? Nie mieć nikogo przez własną głupotę? Ciągle usiłujesz zmuszać swoich bliskich by zaczęli nienawidzić samych siebie. Po co?
- Bo to ja straciłem wszystko przez takich właśnie ludzi. - odparł. W sposób w jaki przemówił, dał mi do zrozumienia, że coś się w nim właśnie przełamało. - Straciłem ojca oraz dwóch przyjaciół w przeciągu krótkiego okresu czasu. Zostałem okłamany, że miłość naprawdę mogłaby trwać wiecznie, nawet moi właśni przyjaciele zaczęli okłamywać mnie za moimi plecami. Zaś ty... ty próbowałaś i do teraz próbujesz postawić mur pomiędzy mną, a moją córką, chcesz mi ją odebrać, pozbawić jej ojca. Nie zastanowiłaś się ani chwili nad tym, jak ja się czuję. Przez cały kurwa czas sądzisz, że nigdy nie zmieniłem się dla kogoś, nie myślałem jak ta druga osoba może się czuć, jeśli postąpię tak, a nie inaczej. Ale powiedz mi, a czy ty kiedykolwiek myślałaś o tej drugiej osobie? Jak się ja poczuję, kiedy dowiem się prawdy, że od jakiegoś czasu jestem ojcem? Zawsze stawiasz na to, co ty uważasz za słuszne. Po cholerę więc mówisz mi, bym postępował inaczej, jak sama nie akceptujesz tego, że inni mogą mieć w czymś innym o wiele więcej racji niż ty?
W głosie Harry'ego brzmiała taka desperacja, że aż wytrzeszczałam oczy i zamknęłam usta. Nigdy nie myślałam, że mógłby on coś takiego powiedzieć. Mówił z takim przekonaniem, że aż zaczęłam się zastanawiać nad tym, co do tej pory zrobiłam. Jego spojrzenie, skupione z uwagą na mnie było twarde jak szkło. W końcu się odezwałam.
- Nie chciałam nigdy byś cierpiał. - mięśnie Harry'ego raptownie się napięły. Nie patrzył w ogóle na mnie. - Nie umiałabym zadać ci bólu, nawet gdy jeszcze byliśmy razem. Ale po tym, jak zobaczyłam cię z tą dziewczyną w naszym domu... dałeś mi do zrozumienia, że lubisz sprawiać ludziom cierpienie. Od tamtej pory, pogodziłam się z tym, ale zdecydowałam wtedy nigdy więcej nie mieć z tobą nic wspólnego. Przynajmniej do czasu zanim dowiedziałam się o ciąży. Wtedy już wiedziałam, że dziecko przyciągnie cię, sprawi, że będziesz chciał znów wejść w nasze życie. Nie liczyłam się z tym, że kiedyś mógłbyś dowiedzieć się o naszej córce i że będziesz na mnie wściekły z powodu ukrycia jej przed tobą. Zadałeś mi ból, to ja tobie również. O to przez cały czas mi chodziło.
Harry chwilę podniósł na mnie wzrok, ale ostatecznie nie zmusił się do utrzymania dłuższego kontaktu wzrokowego. Wyglądał na bardzo zmęczonego, jakby to co usłyszał, pozbawiło go sił.
Podążyłam za jego spojrzeniem, który teraz miał utkwiony w krajobraz przed sobą. Słońce stało nisko na niebie, w oddali jezioro lśniło jak brzeg srebrnej monety. Nie dziwiłam się, że Harry lubił tu przychodzić by wyciszyć swój umysł. Panowała tu zupełna cisza, nawet ruch uliczny z autostrady był niesłyszalny.
- Nie zdradziłem cię. Już ci to mówiłem. - powiedział zdławionym głosem, jakby z trudem wydobywał z siebie słowa. - To ta dziewczyna mnie pocałowała, nie chciałem tego. Nie dałaś mi nawet szansy tego wszystkiego wyjaśnić.
Zerknęłam na niego ukradkiem. Od tego momentu, zaczynałam rozumieć, że z Harry'ego zniknęło wszelkie zdenerwowanie i teraz zastąpiła je niezwykła samokontrola. Nie krzyczał, tylko mówił z dziwną ostrożnością.
- Harry, nie wracajmy do tego co było. - potrząsnęłam głową. - To zamknięty rozdział.
- Czyżby? - usłyszałam nieznajomą nutkę w jego głosie. - Przez to właśnie to wszystko się dzieje. Ta nienawiść sprowadziła nas do tego, że oboje mamy siebie dość. Robimy krzywdę własnej córce.
- Jeszcze nie dawno mi groziłeś. - przypomniałam. - Co się stało, że się rozmyśliłeś?
- To było zanim dowiedziałem się, że mam z tobą dziecko. - odrzekł. - Nie znaczy to więc, że teraz cię toleruję, bo się nad tobą zlitowałem. Robię to w szczególności dla Lily.
- Nawet jej nie znasz. - wyrwałam źdźbło trawy i zaczęłam obracać je w palcach.
Harry milczał przez chwilę.
- Pragnę ją poznać. - wyczułam ból, pomimo jego pewności siebie. Również wszczął bawienie się w wyrywanie trawy. - Nie potrafię wysiedzieć w miejscu, choć przez chwilę o niej nie myśląc. Gdybyś tylko pozwoliła mi się z nią zobaczyć...
Nie mogłam uwierzyć, że Harry zachowywał się tak spokojnie w mojej obecności. To była miła odmiana, móc z nim porozmawiać bez podniesionych nerwów. Patrzyłam na niego i przypuszczałam, ile cierpienia musi mieć w sobie, gdy rozmawiał ze mną. Czy mogłam mu zatem teraz zaufać? Czy to oznaczało, że między nami będzie lepiej?
- Myślałam nad tym. - odparłam. Harry raptownie skupił się tylko na mnie, kompletnie zdumiony. Walczyłam z myślami czy naprawdę powinnam pozwolić Harry'emu zobaczyć się z własną córką. Po chwili zdecydowałam. - I zrozumiałam, że nie mogę trzymać cię tak dłużej w niepewności. Masz rację. Nie powinnam była mieszać Lily pomiędzy nas obojga. Jeśli chcesz ją jeszcze dziś zobaczyć, nie mam z tym problemu byśmy pojechali do mnie do mieszkania. Oczywiście, jeśli będziesz na to gotowy.
Harry zamarł z wzrokiem wlepionym w moją osobę. Oczy zrobiły mu się większe w szybkim tempie. Przez chwilę nie umiał przeskanować moich słów, jakby myślał, że one tylko pojawiły się w jego wyobraźni.
- Chcesz... chcesz mi pozwolić się z nią zobaczyć? - mówił z niedowierzaniem. - Dlaczego zmieniłaś zdanie?
No właśnie, dlaczego Vanessa? Nie miałam do końca pojęcia, czemu to robiłam. Jeszcze przez ostatnie miesiące wmawiałam sobie, że za żadne skarby nie dopuszczę Harry'ego do Lily, a teraz, każde z tych przysiąg legło tak drastycznie w gruzach. Od tak dawna nie zrobiło mi się aż tak przykro z powodu Harry'ego. Nie brałam pod uwagę tego, przez co w życiu przeszedł i wciąż przechodził. Teraz chciałam móc mu zaufać w kwestii naszej córki. Chociaż w tej jednej rzeczy, byłam w stanie to zrobić.
- Mówiłeś, że jej nigdy byś nie skrzywdził, prawda? - tęczówki chłopaka zabłyszczały nieoczekiwanie. - Chcę ci więc zaufać. Naprawić złe relacje pomiędzy nami. Ale jedyne, co bym chciała od ciebie usłyszeć to zapewnienie, że nie pożałuję tego na co się zgodziłam. Inaczej będę zmuszona podjąć bardziej ryzykowne kroki, które nie skończą się dobrze dla żadnego z nas. 






Od autorki: Dużo nie będę się rozpisywać, bo zresztą nie ma po co. Rozdział 108 pojawi się najprawdopodobniej 15 Lipca :) 

Więc jak myślicie? Harry zmieni swoje podejście do życia dla własnej córki?
Widzimy się za dwa tygodnie! x

PS. W opowiadaniu użyte były wypowiedzi bohaterów z poprzednich rozdziałów (jako wspomnienia)




 To niesamowite, że las potrafi być taki piękny. O każdej porze roku, ale jesienią szczególnie. To nic, że jest połowa grudnia – złoto-brązowe liście chrzęszczą pod nogami ścięte pierwszym mrozem. Powietrze jest przejrzyste, tylko czasem mgiełka oddechu łamie tę klarowność. Słońce przedziera się jasnymi smugami między potężnymi pniami drzew, a jedyna zieleń to drżące gdzieś wysoko czupryny sosen. Niżej są bezlistne teraz krzaki i krzewinki, które niczego nie zasłaniają.