10 kwi 2017

Rozdział 102

Rozdział 102 chciałabym zadedykować swojej przyjaciółce Emilce P., która już za kilka dni obchodzi swoje urodziny.
Jeśli to właśnie czytasz to wczesne "Wszystkiego Najlepszego" dla ciebie, moja droga! :) x

*Perspektywa Vanessy*

Jesienny krajobraz Griffith Park był pełen barw, zapachów i dźwięków rozdawanych szczodrze przez naturę; niemal jak majątek rozdzielany w pośpiechu pomiędzy przyjaciół przez kogoś, kto wyjeżdża na zawsze gdzieś daleko i wie, że jego rzeczy na nic mu się już nie przydadzą.
Cały świat zdarzały się wypełniać wielobarwne liście. Niektóre szeleszczały już brązową barwą starości, inne czerwieniały dopiero od coraz wolniej krążących w nich soków, a niektórym udało się nadal zachować młodzieńczą zieleń. Liście pokrywały nagie drzewa albo wirowały wkoło, tworząc kolorowe kobierce na rzadkich trawnikach. Pojawiały się także w dłoniach spacerowiczów, szczególnie tych najmłodszych.
Ulice wypełniały promienie stygnącego słońca, pozbawione już letniego szaleństwa i siły.  Cieszyły oczy coraz krócej, coraz częściej znikały też za deszczowymi chmurami. Jesień była więc także krajobrazem natury płaczącej przy pożegnaniu ze swoją bujnością. Krajobraz skąpany w chłodnym i gęstym deszczu, który szerokimi strugami przepływał przez ulice i gubił się w nurcie rzek. Nieodłącznym elementem stawały się wtedy parasolki i kalosze, swoimi kolorami próbujące nierzadko dorównać jesiennym liściom. Lubiłam jesień ze względu na jej kolory i spokój, jaki zdawał się górować wówczas nad całą naturą.
Ze środka samochodu zaparkowanego niedaleko od wejścia do parku, z uśmiechem obserwowałam jak dzieci ubrane w ciepłe kurtki biegały rozbawione po parku w celu nazbierania jak najwięcej różnobarwnych liści do swoich wiaderek. Pomyślałam wtedy o swojej Lily, o dziewczynce w podobnym wieku, co dzień znikającą z domu na pół dnia aby spędzić czas ze swoimi znajomymi. Matczyne serce zabiło mocniej na samą myśl o momencie w którym będę dumna z tego, że moja córka dorasta w bezpiecznym dla siebie otoczeniu wśród ułożonych ludzi.
Przez niecałe kilka godzin po głowie chodziła mi pomarańczowa teczka, znaleziona na biurku ojca w jego gabinecie. Wciąż zastanawiałam się co mogą znaczyć inicjały R.H i do tej pory nie umiałam rozwiązać tej kuriozalnej zagadki. Dlatego postanowiłam, że przez wiadomość telefoniczną poproszę Jonathana o pomoc w znalezieniu foldera zabranego przez matkę. Zależało mi na tym co kryje się w środku.
W chwili spojrzenia w wsteczne lusterko, zorientowałam się, że za mną właśnie parkuje się bardzo dobrze znany mi francuski, o kolorze skóry rekina, peugeot należący do mojej przyjaciółki Mirandy. Momentalnie wyszłam z samochodu, gdy smukła dziewczyna w jeansowych spodniach i blado żółtej koszulce, okrytej czarnym żakietem pośpiesznie ruszyła w moją stronę. Jej ciemno brązowe loki podskakiwały w czasie ruchu. Na twarzy Mirandy widoczne nie było nic, poza zdezorientowaniem.
- Zanim przejechałam taki kawał drogi by się z tobą spotkać, mogłaś mi przynajmniej powiedzieć po co to wszystko. - wyrzuciła ręce w powietrze, po czym oparła się o mój pojazd obok mnie.
- To nie jest sprawa na telefon. - odparłam cicho, ale dość słyszalnie - Nie pomogłabyś mi, gdybym ci powiedziała wcześniej od razu o co chodzi. 
Miranda spojrzała na mnie, jakbym powiedziała coś nieodpowiedniego. Również odwróciłam wzrok ku niej, stykając się z niezrozumieniem w jej nietypowo chłodnych tęczówkach.
- Cokolwiek to jest...
- Mam nóż na gardle, Miranda. - mój głos drgnął, jakby spowodowany nagłym przypływem strachu - I jeśli mi nie pozwolisz na to co ci zaraz powiem, niewinni ludzie umrą. 
- O... o czym ty mówisz? -  zająkała się - Nie rozumiem.
- Thomas czegoś ode mnie chce. Ten liścik znalazłam na szybie swojego samochodu dziś po wyjściu od matki. - podałam jej zwiniętą karteczkę - Nie wiem czego on chce, ale wyraźnie dał mi do zrozumienia, że jeśli nie zgodzę się na jego warunki, oni umrą...
- Ale kto? - brunetka całą swoją uwagę wbiła we mnie - Kto umrze Vanessa?
- Chris i Ryan. - wyszeptałam słabo - Przytrzymuje ich i zrobi im krzywdę, jeśli się z nim nie spotkam. 
Miranda wiedziała o każdych sprawach związanych z Thomasem z przeszłości mojej, jakże i Harry'ego. Dowiedziała się o wszystkim od Zayna, który wyraźnie nie potrafił trzymać swojej ukochanej w niewiedzy. Musiała znać prawdę.  Należała teraz do tego całego zamieszania.
- Ale... ale nie rozumiem czego Thomas od ciebie chce i po co potrzebni są mu oni. Czemu powrócił? Czyżby wiedział, że Harry...
- Nie mam pojęcia Miranda. - pokręciłam odruchowo głową -  Ale wiem, że muszę działać. Bez twojej pomocy nie dam sobie rady.
- Jakiej pomocy? - uniosła brew co spowodowało pojawienie się małej zmarszczki na czole - W jaki sposób miałabym ci pomóc?
Gula siedziała w moim gardle, utrudniając mi wypowiedzenie prostych słów. Ból, jaki w nich siedział przenikał przez moje kości, sprawiając mnie słabszą z każdą chwilą. Nie mogłam uwierzyć, że zaraz miałam powiedzieć rzeczy o których nigdy nie byłabym w stanie nawet pomyśleć, ale teraz nie liczyło się nic oprócz bezpieczeństwa swojej własnej córki.
- Musisz zaopiekować się Lily. - przyjaciółka już otworzyła usta by coś powiedzieć, ale nie przestałam mówić - Nie, posłuchaj. Nie mogę narażać jej na niebezpieczeństwo. To zbyt ryzykowne. Musi mieć kogoś, jeśli coś mi się stanie.
- Co ty wygadujesz? - Miranda prawie wrzasnęła, choć szybko zorientowała się, że znajdujemy się w miejscu publicznym. Zniżyła więc ton - Thomas to podstępny morderca. Wiedząc, że może stać się coś złego, godzisz się na to spotkanie jak gdyby nigdy nic! Vanessa, masz dziecko. Chcesz pozbawić dziecka, matki? Czy ty do reszty...
- Nie mogę pozwolić im przeze mnie umrzeć.
- A jeśli naprawdę nie wrócisz? - oczy przyjaciółki przybrały ciemniejszy odcień brązu, podobny do pnia jednego z jesiennych drzew parku Griffith - Jeśli Lily już nigdy nie zobaczy matki? Jeśli to pułapka? Przecież nie wiesz czego on od ciebie chce.
- Obiecaj mi, że się nią zaopiekujesz. - złapałam jej dłonie w swoje. Były dziwnie chłodne, tak samo jak spojrzenie - Proszę. Gdyby coś mi się stało, chcę by wiedziała, że zrobiłam to co powinnam by była bezpieczna. 
Miranda była zbita z tropu, nie wiedziała co powiedzieć ani zrobić. Wpatrywała się we mnie z takim zaskoczeniem, że miałam wrażenie odczucia przyśpieszania własnego serca. Kochała mnie tak mocno. Uświadomiłam sobie już dawno, że człowiek, który kogoś kocha, zrobiłby wszystko dla tej osoby. Musiała mi zaufać, nie było innego wyjścia z tej sytuacji.
Otworzyłam tylne drzwi by wziąć śpiącą córkę z fotelika w ramiona. Lily mruknęła coś cicho pod nosem, ale nie obudziła się. Brunetka spojrzała na mnie z wyrazem bólu mieszanego z nieustępliwym lękiem. 
- Nie Vanessa. Nie pozwolę by stała ci się krzywda. - pokręciła głową ze zdenerwowania - Nie mogę tego zrobić.
- Zaufaj mi. - podałam ostrożnie Lily swojej przyjaciółce - Wrócę i wszystko będzie dobrze. Jeśli nie, powiedz Harry'emu całą prawdą, całą o naszej córce. Ona będzie go potrzebowała.
Miranda wyglądała na zdruzgotaną moim wyznaniem. Zresztą, nie dziwiłam się jej. Wiedziała, że miałam odmienne zdanie, jeśli chodzi o oddanie Harry'emu praw nad dzieckiem, ale dla dobra córki ktoś musiał się nią opiekować, ktoś z jej rodziny. Brunetka przez chwilę się wahała, nie będąc pewna czy podjąć się tak ważnej decyzji i choć z trudnością to później zrobiła, miałam wrażenie, że zadaje jej nożem cios prosto w serce, potwornie bolesny cios. Bez sprzeczania wzięła ode mnie małą dziewczynkę i przytuliła ją do serca by za chwilę ciepło otulić ją różowym kocykiem.
- Powinniśmy powiadomić chłopaków... - piwne oczy drobnej dziewczyny zeszkliły się swobodnie - ... oni muszą nam pomóc...
- Nie. - głos przywarł impulsywnie twardy ton - Nie mogę ich w to wmieszać. Nie mogę. Muszę załatwić to sama, dlatego proszę, nie mów im nic na ten temat. Nikt nie może wiedzieć o moim spotkaniu z Thomasem.
- To niebezpieczne, Vanessa. Potrzebujesz kogoś uzbrojonego, kogoś kto stanie w twojej obronie. Nie masz nawet żadnej broni przy sobie.
- Z twoim zaufaniem czuję się silniejsza. I będę, jeśli wierzyć we mnie nie przestaniesz. 



"Myślę, że przyjaciel to taka osoba, która gdy jest Ci źle, otuchy Ci doda.
Gdy jesteś na dnie, poda Ci pomocną dłoń, wesprze, pomoże jeśli tylko może. 
Że możesz powiedzieć mu naprawdę wszystko, w trudnych sytuacjach jest zawsze blisko.
Gdy jest źle, możesz po prostu zadzwonić, powiedzieć co tak naprawdę boli. 
Niekoniecznie musi dawać jakieś dobre rady, wystarczy, że posłucha.
Przecież tego właśnie szukasz: wsparcia, otuchy, po prostu zrozumienia.
 Kogoś kto rozumie i naprawdę docenia. 
Przy kim będziesz po prostu sobą bez żadnej maski, za żadną zasłoną."

 ~*~

Obszar Silver Lake Meadow rozciągał się przede mną jak początek nieskończonego wodnego szlaku. Jezioro i niebo w oddali spajały się z sobą bez śladu, a w świetlistej przestrzeni wysuszone na słońcu żagle niewielkich łódek dryfujących po spokojnie kojącej wodzie zdawały się być ledwo widoczne z tak wielkiej dzielącej odległości. Dookoła gęste zarośla okrążały zalew wodny, przybierając coraz to bardziej widocznej ciemniejszej zieleni w chowającym się powoli za wysokimi drzewami słońcu. Dzień kończył się leniwie wśród cichej pogody, wspaniałej i nieskazitelnej. Woda jaśniała spokojnie, niebo bez żadnej plamki było dobrotliwym bezmiarem nieskalanego światła. Nawet nagła mgła na mokradłach wyglądała jak zwiewna, promienista tkanina, która zawisła z lesistych wyniosłości w głębi lądu, układając się na niskich brzegach w fałdy przejrzystej draperii. Słońce tkwiło posępnie nad lasami i zniżało się flegmatycznie jakby rozgniewane, że zaraz musi wymienić się obowiązkami z księżycem.
Wreszcie słońce zsunęło się dostatecznie nisko by zakreślić niedostrzegalny łuk, i od gorejącej białości przejść w ciemną czerwień bez promieni i bez ciepła. Woda zmieniła natychmiast swoje oblicze, a pogodna ciemność stała się jakby głębsza. Stare jezioro, rozlane szeroko, wypoczywało bez ruchu u schyłku dnia.
Oparta o białe drzwi samochodowe od strony kierowcy, cierpliwie oglądałam zachód słońca, który w każdej sekundzie zbliżał się coraz bliżej swego końca. Otaczał mnie rodzaj ciszy, tak cichej, że aż ją było słychać. Taki rodzaj ciszy otaczał tutejsze drzewa. Żaden dźwięk z zewnątrz tu nie docierał; nawet ten nieznośny, nazywany ruchem ulicznym z autostrady z której trzeba było skręcić w las by dojechać do tego miejsca.  
Za mną było potężne ogrodzenie, stalowa brama wjazdowa, prowadząca do najskrytszych zakamarków do tej pory nieznanego mi lasu. Miała trzy i pół metra wysokości; na oko widać, że była dość stara i prawie wcale za często nie otwierana. Było to miejsce nieodwiedzane przez ludzi ze względu na brak czegokolwiek co by ich tutaj zachęciło. Dlatego więc krajobraz wyglądał tutaj jakby niedotknięty przez żadnego człowieka; tylko pozostawiony tak jak stworzyła go matka natura. 
Żwirowa droga wychodziła z gęstego lasu i kończyła się po drugiej stronie, gdzie również trzeba było przejechać przez drzewa by wydostać się do autostrady. Dookoła jeziora niestety nie było żadnych innych dróg, dlatego wszystko musiałam obserwować z pobocza tej jedynej. 
Nagle zauważyłam jak charakterystyczne światła reflektorów samochodowych wyłaniają się z głębi dzikiej roślinności i po chwili nowej generacji Chevrolet Corvette, czarny jak smoła wjeżdża na nierówny teren, zatrzymując się zaraz za moim czterokołowcem. Raptownie nabrałam powietrza, gdy z eleganckiego, stylizowanego na dwudziesty wiek pojazdu wysiadł blondyn o srogich rysach twarzy z lekkim zarostem oraz oczami o chabrowy odcieniu, tak mocnym, że aż nieprzyzwoitym na typowego człowieka. Jego silną posturę opinała dłuższa antracytowa kurtka z bluzą z kapturem pod spodem i dużymi, praktycznymi kieszeniami. Jeansowe spodnie zaś gustownie kontrastowały się ze sportowymi butami.
- Muszę przyznać, że mała Lily bardzo przypomina Harry'ego, nie uważasz Vanesso? - Thomas uśmiechnął się szyderczo, kiedy tylko znalazł się bliżej - Powiedziałbym nawet, że rośnie z niej mała kopia. - Serce podskoczyło mi niemiłosiernie w klatce piersiowej, obijając się o żebra jak szalone. Lustrowałam przybysza wzrokiem tak zaskoczonym, że trudno było mi oderwać od niego oczu. Tak dawno go nie widziałam, jego obecność zawsze sprawiała, że czułam się niepewnie, będąc z nim tak blisko, ale także nie przestawałam być czujna na jego nieoczekiwane czyny. - Ale pewnie zastanawiasz się skąd to wiem, prawda? Otóż, nie trudno jest mieć to czego się chce, moja droga. W moim przypadku to zazwyczaj działa. - złączył ręce za sobą - Od pewnego czasu przyglądam się waszej córce z każdym dniem coraz bardziej zaintrygowany jej urodą. Niedowierzaniem jest, że wciąż udaje ci się ukrywać ją przed własnym ojcem, nawet teraz, gdy on wyraźnie powrócił i oznajmił, że nigdy nie należał do ludzi posłanych do grobu.
Thomas stanął naprzeciwko mnie i obserwował jak zareaguje na jego niecne komentarze. Groźne spojrzenie, skryte w jego ostrych tęczówkach tworzyły krąg emocji, które wyraźnie dawały znak, że właśnie mam do czynienia z człowiekiem, którego powinnam się lękać. Przecież na bladej skórze jego dłoni miał krew, krew ludzi, którzy zginęli z niesprzymierzenia się z nim. Pomimo iż przeczuwałam jak moje ciało działa na jego osobę, starałam się pozostawić swój umysł w skupieniu, a krew w żyłach na tyle zimną na ile było mnie stać.
- Pamiętam ten moment w parku w którym obiecałeś, że zostawisz mnie w spokoju. - z odwagą uniosłam głowę. Chłopak był znacznie wyższy, prawie takiego samego wzrostu jak Harry - Obiecałeś, że nikt nie musi ginąć ani być szantażowanym. Uwierzyłam ci. Później przyszłeś do szpitala, kilka dni po porodzie. Mówiłeś, że  każda bliska osoba twojego wroga zostanie wkrótce twoim celem, ale przez ostatnie miesiące zniknąłeś. Miałam wrażenie, że się zmieniłeś.
- Ja? Zmieniłem? - jasnowłosy raptem roześmiał się, jakbym rzuciła najśmieszniejszy żart o jakim w życiu usłyszał - Czy ty naprawdę byłaś na tyle głupia by chociaż przez chwilę pozwolić swojemu umysłowi pomyśleć o mnie pozytywnie? Czy ty widzisz tu gdzieś jakiekolwiek pozytywy?
- Miałam prawo tak myśleć. Nie dawałeś mi żadnych obaw przed samym sobą.
- Masz racje, nie dawałem. - pokręcił głową nadal z rozbawionym wyrazem - Wyjechałem na jakiś czas, dlatego swoje obowiązki pozostawiłem swojej ekipie, która z chęcią podjęła się pracy obserwowania ciebie. Odkąd tylko pierwszy raz ujrzałem Lily, mogę powiedzieć, że każdego dnia widzę jak dorasta. Dostrzegam w niej osobę, której tak bardzo nienawidzę. A wiesz co jest w tym najbardziej śmieszne? Mam wrażenie, że wyrośnie z niej wykapany tatuś, nawet pomimo twojego matczynego wychowania.
- Ona nigdy nie będzie taka jak Harry. - syknęłam gniewnie - Nie masz prawa mówić tak o małym dziecku. Ona nie wie co jest grane i chcę by tak pozostało. Jeśli cię to nie obchodzi to chociaż mi pozwól trzymać ją od tego z daleka, z dala od Harry'ego by nigdy nie dowiedziała się jaką przeszłość kryje jej ojciec. Możesz wyżywać się na mnie, ale nigdy nie mów o niej jak o ofierze, która jest jedynie na twoim kolejnym celowniku.
- Czemu sądzisz, że to rozsądne? - spytał, dając nacisk na irytację - Trzymać ją z dala od Harry'ego? Przecież odpowiedzialność nad dzieckiem powinno ponosić obojga rodziców. Nie widzę sensu trzymania tego w tajemnicy. Znam Harry'ego na tyle długo, że wiem jak wytrwale potrafi dążyć do swego. To dziecko ma w sobie jego krew i choćbyś tego nie chciała, przejmie parę jego genów, a może i większość z nich.
- Zależy ci na tym, prawda? Bym mu to wyjawiła?
Thomas sprawiał wrażenie obojętnego, jakby nie obchodziło go zbytnio to o czym gadamy. Był trudny do rozgryzienia, zbyt dobrze umiał się maskować.
- Masz przy sobie mocną broń, Vanesso. Broń, która może sprawić, że Styles znienawidzi cię do końca życia. Czy to nie tego właśnie chcesz? Z jednej strony dobije go to, że przez ponad dwa lata kryłaś tak ważny sekret, sekret o jego dziecku. Wątpię czy wybaczyłby ci taki czyn.
- To dlatego mnie tutaj wezwałeś? Najpierw straszysz mnie, że Chris i Ryan zginął, jeśli się nie pojawię, a teraz dajesz mi do wiadomości, że tak naprawdę chodzi ci jedynie o moją córkę?
- Tu nie chodzi o twoją córkę, moja droga. - tym razem włożył ręce do kieszeni spodni jeansowych - Nigdy o nią nie chodziło. Jak wiesz, do tej pory nie stanowi dla mnie najmniejszego celu. Harry o niej nie wie i może i dobrze. Tak naprawdę chroni ją przed tym co mogę jej wkrótce zrobić, jeśli dowie się o jej istnieniu. Ważna dla mnie jesteś w tym momencie ty i twoja pomoc w przyciąganiu ludzi.
- Nie wiem o czym mówisz, ale dopóki nie zobaczę swoich przyjaciół żywych... - starałam się stłumić nagły przypływ złości - ...w niczym ci nie pomogę.
- Pozwolisz zatem, że z przyjemnością cię do nich zaprowadzę? - kąciki ust Thomasa uniosły się do góry w satysfakcji. Wskazał na dwa samochody, całkowicie odmienne od siebie - Wystarczy, że za mną pojedziesz, a uświadomię ci, że dotrzymuję danej umowy.

*Perspektywa Christophera*

Obudziłem się z cichym okrzykiem, przerywając sen o krwi i bezustannie niekończących się strzykawek z podawanym lekiem usypiającym coś w rodzaju do polowania na niedźwiedzie. Leżałem na brudnych, zimnych kamieniach, otulony ciemnością, jaka była mi najbardziej znana. Przez chwilę wpatrywałem się w nią pełen napięcia i strachu, lecz uczucia te przyćmiewał spokój, którego do końca nie rozumiałem. Miałem wrażenie, że co chwila budzę się i zasypiam, tak jakby to była moja codzienna monotonia.
Nagle poczułem na twarzy ruch nieco chłodniejszego powietrza. Było to uczucie przyjemne, ale nie tak bardzo jak widok, który ujrzałem chwilę po tym. W blasku oddalonej od krat lampy gazowej, niewiele udawało mi się zobaczyć, jednak czułem, że coś jest nie tak. Głośny kaszel rozbrzmiał pomiędzy silnymi ścianami, przypominając mi gwałtownie o obecności Ryana, który tak samo jak ja był uwięziony pośrodku silnego zabezpieczenia. Nie mogłem dojrzeć znajomego mężczyzny, choć wiedziałem, że był blisko.
- Ryan... - wyszeptałem, przybliżając się chwiejnie do krat - Ryan, słyszysz mnie?
- Tak. - jego głos był cichy, ale wyraźnie zirytowany - Oczywiście, że tak. Przecież słuchu nie straciłem.
- Trzymasz się jakoś?
- Czy trzymam? - prychnął - Nie powiedziałbym.
- Jesteś chory? - nieustannie próbowałem dojrzeć jego osobę wśród panującego mroku - Wydajesz się być.
- Jestem ostatnią osobą o którą powinieneś się teraz martwić. - wymamrotał, wydając się być lekko oburzony moim zachowaniem. Sam bym zresztą był na jego miejscu. Nie palałem do niego sympatią, więc on do mnie widocznie też nie - Tracisz przytomność, gdy tylko ponawiają zastrzyk albo gdy działanie jest zbyt silne. Przynajmniej nie odczuwasz tego co ja.
- Nie jestem pewien... - dotknąłem momentalnie swojej głowy, gdy przesiał mnie solidny ból - ... czy to dobra rzecz pozbawiania kogoś zdrowego rozsądku.
- W tym przypadku, może i najlepsza. - odparł bezdusznie - Odkąd znów straciłeś przytomność, nikt się tu nie pojawił, co oznacza, że nie podali ci więcej tego usypiającego świństwa. Twoja krew powoli się oczyszcza.
- I co w związku z tym?
- Musimy coś zrobić. - oznajmił całkowicie pewny swojego zdania - Oboje wiemy jak przebiegły potrafi być Thomas. Kiedy już dostanie Vanessę, będzie próbował sprowadzić Harry'ego z jej pomocą, która praktycznie opiera się naszym kosztem. Ona tu przyjdzie i zrobi to co będzie jej kazał, ale wiesz, że Thomas nie do końca potrafi dotrzymywać swoich słów. I tak któryś z nas zginie i wolałbym, żebym to był ja zamiast ciebie. Dlatego musisz się stąd wydostać.
W pomieszczeniu nastała cisza, głucha cisza, która odbijała się nieprzyjemnie echem pomiędzy nami obojga. Nie rozumiałem co Ryan miał na myśli, mówiąc, że to ja powinienem próbować uciekać zamiast niego samego.
- Czemu miałbyś to dla mnie zrobić? - chłód przesiąkł moje ciało, gdy usiadłem na podłodze. Oparłem się plecami o kraty, które nas dzieliły i otuliłem się pośpiesznie ramionami by dodać sobie trochę ciepła - Przecież wiem jak bardzo zależy ci na Vanessie. Nie zrobiłbyś jej tego, tak samo jak ja.
- Mój organizm jest osłabiony. - wyznał bez krzty zawahania - Nie miałbym żadnych szans na wydostanie się stąd przed nimi. Dopadną mnie wcześniej czy później.
- Posłuchaj. Rozumiem, że za tym wszystkim stoi nienawiść do mnie, ale nie muszę tego robić sam. Możemy zrobić to razem.
Nie dowierzałem, że właśnie starałem się być miły dla kogoś, kto kiedyś współpracował z wrogiem, próbującym zniszczyć życie mojej przyjaciółki. Czy ja już do reszty straciłem resztki świadomości?
- Tu nie chodzi o to co myślę o tobie, Chris. - westchnął, po czym ponownie zakaszlał jak tylko wiatr nabrał więcej siły - Wiem jedynie, że jesteś w wystarczająco dobrej kondycji by chociaż spróbować stąd uciec. Zrób to dla siebie, dla własnego dobra. Pewnie potraktujesz to jak łaskę za dokonane czyny, ale z jednej strony to moja wina, że nie ostrzegłem cię wcześniej przed tym z czym się będziesz zmagał. Nie powinieneś się mieszać w to od samego początku. Wdałeś się po prostu w zemstę pod wpływem szantażu.
- Żałuję tego co zrobiłem, pomimo iż nienawidzę Stylesa z całych sił. - wydawało mi się, że rozmowa z Ryanem pozwalała mi zrzucić niepotrzebne kamienie ciążące mi na sercu i wreszcie poczuć ulgę -  Chciałem zaznać tej satysfakcji z pozbycia się osoby, która jest ci uciążliwa, o której myślisz bezustannie każdego dnia w obawie, że może ci zaszkodzić. Zrobiłem to, bo musiałem ją chronić. Nie miałem wyjścia.
- Zrobiłbym to samo gdybym musiał. - usłyszałem szelest za sobą, jakby Ryan właśnie zmienił swoją pozycję. - Kierowałeś się tym co powiedział ci Thomas i miałeś prawo mu się podporządkować ze względu na to, że tu tylko chodziło o osobę, którą kochasz. Tylko głupiec nie postąpiłby tak samo jak ty.
- Trochę trudno mi jest uwierzyć w to co mówisz. - przyznałem z lekkim uśmiechem na ustach, choć niewidocznym dla towarzysza - Nikt jeszcze nie przyznał mi racji w tej sytuacji.
- Nie traktuj mnie od razu jak przyjaciela, bo wiesz, że nim nie jestem. - odpowiedział gorzko - Mówię tylko to co powinieneś wiedzieć. Sam wiem jak to jest kochać osobę i walczyć o nią, nawet pomimo tak trudnych do przełknięcia konsekwencji.
- Kochasz ją, prawda? - zapytałem z opanowaną ostrożnością - Kochasz Vanessę, dlatego chcesz to zrobić. Stać się ofiarą w zamian za jej wolność.
- Wiesz, nie trudno jest kochać tak wspaniałej kobiety, jaką jest Vanessa. Przez parę lat żyłem w cieniu Thomasa, obserwując jak niewinni ludzie giną w jego niekończącej się złości. Nie chcę by osobę, która tak bardzo zawdzięcza swoje życie własnej córce, zabrał wir tego gniewu, który prawdopodobnie nigdy nie ujrzy końca. Nie pozwolę by ludzie ją kochający, żyli w bólu, wiedząc jak cenną osobę stracili.
Słowa Ryana sprawiły, że zacząłem do niego podchodzić znacznie inaczej niż do wroga za jakiego go wcześniej uważałem. Wiedział jak ważna dla niego jest osoba, którą kocha, dlatego był gotów zrobić wszystko co możliwe by odsunąć ją od tej sytuacji jak najdalej. I choć przyznawałem mu rację, z czymś niestety musiałem się nie zgodzić. A mianowicie z pozwoleniem mu rozwiązać tego problemu samemu. Rzecz w tym, że siedzieliśmy w tym oboje, to my byliśmy kosztem. Nie mogłem pozwolić na to bym zostawił go, a sam uciekł. To niedorzeczne. Kochałem Vanessę równie mocno jak on, nie mogłem więc pozwolić mu być kosztem jej wolności. Tu nie chodzi już nawet o zazdrość wobec kobiety, którą oboje kochamy, ale o sprawiedliwość jaka musi zapanować między nami. Jeśli mielibyśmy ją uratować to tylko we dwoje.
W momencie w którym już miałem zacząć mówić by dać odpowiedź Ryanowi, który ciężko oddychał za kratami swojej celi, potężne drzwi budynku podniosły się do góry i zwinęły, pozwalając blasku księżyca oświetlić pomieszczenie. Wtedy zdałem sobie sprawę, że byliśmy zamknięci w magazynie, pełnym pudeł z nieznaną nam zawartością. Na środku sali stały dwa krzesła, a po stronie jednego z nich mały drewniany stolik na którym leżały podajże dwa pistolety, również nieduże.  Do pomieszczenia oświetlonego teraz jedynie przez kredowy księżyc oraz ledwo żółtawo-zieloną mgłę kłębiącą się wokół światła lampy gazowej, weszło dwoje ludzi, choć nie mogłem jednak przyjrzeć się ich twarzom z tak dalekiej odległości przy wciąż otaczającym nas mroku.
- Ona tu jest. - szepnął Ryan zza stalowych krat słabym, ale wystarczającym tonem, bym tylko ja mógł usłyszeć jego słowa.
Przez skórę przeszedł mnie dreszcz, gdy zorientowałem się, że ma rację. Lampa gazowa znajdująca się przed moją celą (o której nie miałem wcześniej pojęcia), zaraz na lewej stronie ściany, rozświetliła się gwałtownie. Zamrugałem kilka razy by przyzwyczaić się do oświetlenia i wtedy ujrzałem Vanessę. Długie ciemne włosy zwijały się smętnie wokół jej twarzy przez nagły podmuch wiatru w chwili skanowania otoczenia własnym wzrokiem. Wyższa, bardziej muskularna postać stojąca tuż za nią okazała się być Thomasem, który stał bacznie i jak tygrys przy swojej upolowanej zdobyczy, pilnował by dziewczyna nie zrobiła jakiejś bezmyślnej głupoty.
Zamarłem w chwili styknięcia się z wzrokiem z przyjaciółką. Miałem wrażenie, że mam halucynację spowodowaną większą dawką leku usypiającego, ale nic nie wskazywało na to, że to jedynie moja nadęta wyobraźnia. Zanim wróciłem na ziemię ze zdrowym rozsądkiem, zorientowałem się, że Vanessa już zdążyła podbiec do cel, wcześniej wykrzykując imię moje oraz towarzysza z sąsiedniej celi. Ryan nie wyglądał na wcale zaskoczonego jej obecnością, ale zmęczonego z braku siły nawet by wstać.  Dziewczyna rozejrzała się niepokojąco po nas obojgu, po czym ze strachem zmieszanym z wściekłością odwróciła się za siebie, gdzie Thomas już stał za nią ze spojrzeniem pełnym pogardy.
- Otwórz te drzwi. - warknęła gniewnie - Nie słyszałeś? Otwórz je!
Thomas zachowywał kamienną twarz, kiedy podszedł do celi Ryana i przekręcił kluczyk w metalowych drzwiach. Irytowało go jej zachowanie, ale nie robił niczego by pokazać, że ledwo to znosi. Nigdy nie miał stalowych nerwów, jeśli chodziło o znoszenie pogard innych.
Vanessa wbiegła do środka i przyklęknęła na kolanach przy chorym mężczyźnie. Klatka piersiowa Ryana unosiła się nierównomiernie, dłonie wciąż były blade z nieco widocznymi kośćmi na śródręcznej części, oczy przymknięte jakby kurczowo próbowały przytrzymać w środku powoli wydostający się ból, a na lewym policzku widniał fioletowy siniak, niewielki, ale widoczny.
- Ryan, słyszysz mnie? Ryan?
Nie miała pojęcia, co robić, bała się go dotknąć, by nie zrobić mu jeszcze większej krzywdy. Mimo to przekręciła jego głowę delikatnie w jej stronę, a kiedy lampa oświetliła jego twarz, aż jęknął. Vanessa drgnęła, nie mogąc oderwać od niego wzroku. Następnie dotknęła delikatnie dłońmi policzków przyjaciela, całkowicie pozbawionych naturalnych kolorów. Chory leniwie otworzył swoje powieki i spojrzał na brunetkę jak na anioła wybawiciela, który właśnie przybył by go uratować z otchłani rosnącego bólu. Nie umiałem odczytać z jego twarzy żadnej wdzięczności, ale w jego lustrującym ją wzroku było coś intrygującego, coś co dało mi do myślenia, że coś w sobie kryje. Coś więcej niż tylko troskliwość wobec siebie samych.
Thomas oddalił się od nas na chwilę by móc porozmawiać z facetem, który właśnie wszedł przez główne drzwi. Miał przy sobie jedynie małą smukłą broń, idealnie pasującą do jego dłoni. Był pozbawiony włosów, całkiem łysy z blizną na boku głowy w kształcie przecięcia czymś znacznie ostrym. Wyglądał strasznie, gdy uśmiechnął się chytrze do swojego szefa.
- Słyszysz mnie, prawda? Słyszysz. - dziewczyna oparła swoje czoło o przyjaciela i zerknęła w jego tęczówki, które nadal nie spuszczały z niej wzroku. Jakby była pięknym eksponatem w miejskim muzeum, pomyślałem.
- Jesteś. - mówił Ryan przyciszonym głosem. Chudą ręką przejechał po prawej stronie jej twarzy - Tak sądziłem, że zgodzisz się na warunki, które ci przedstawi tylko po to by nas uratować.
- Ryan, twoja koszula... ty krwawisz... mój boże.
Vanessa miała rację. Szara koszula chorego powoli nabierała ciemnokrwistego koloru, ale on nie wydawał się być tym do końca przejęty. Nadal posyłał swoją całkowitą uwagę ku drobnej brunetce.
- Rana nie zagoiła się jeszcze tak jak powinna. - odrzekł. Nadal zachowywał szepczący ton. - Starałem się pomóc. Próbowałem odwrócić jego uwagę od Chrisa...
 - O czym ty mówisz? - tym razem to ja wdałem się w konwersację, po raz pierwszy od pojawienia się Vanessy. Ta zaś posłała mi jedynie krótką wymianę zaskoczonych spojrzeń.
- Jeden z ludzi Thomasa próbował wstrzyknąć ci kolejny lęk usypiający. - wytłumaczył, po czym na kilka sekund przymknął powieki - Próbowałem powstrzymać go od czynów, ale nie dałem rady. Uderzył mnie pistoletem, aż zachwiałem się do tyłu na ścianę. Rana musiała się w międzyczasie otworzyć.
Zabrakło mi słów by móc cokolwiek powiedzieć. Ryan próbował stanąć w mojej obronie. Zapomniał na chwilę o czynach, których dokonałem i pomimo bezbronności pomógł mi. Wykazał się szlachetnością, którą niespotykanie udawało mi się spotkać w ludziach. Byłem mu winien naprawdę dużo.
Chory syknął odruchowo, gdy Vanessa podciągnęła poplamioną koszulę w górę. Położyła kurczowo dłoń na jego czole, starając się nie rozpłakać. Rana przecinająca jego klatkę piersiową nie była głęboka, ale wystarczająca by zadać potworny ból. Zastanawiałem się skąd on ją ma.
- Muszę cię stąd zabrać. Będzie jeszcze gorzej, inaczej...
Nie dokończyła tego co chciała powiedzieć. Ryan urwał jej w pół zdania, zwróciwszy wzrok na swoją lewą rękę. Powoli podniósł ją, a nikłe światło lampy gazowej oświetliło szkarłatną krew, która nagle pokryła wewnętrzną stronę jego dłoni. Vanessa spojrzała na niego z przerażeniem wymalowanym w oczach.
- Posłuchaj mnie uważnie. - chłopak podniósł spojrzenie z powrotem na zatroskaną dziewczynę, wcześniej ocierając dłoń o koszulę - Nie wolno ci się mną teraz przejmować, zrozumiałaś? Musisz wiedzieć, że jesteś tu po to by zbawić za sobą Harry'ego. Thomas wie, że jesteś jedyną za którą tu przyjdzie...
- To niemożliwe. - pokręciła nerwowo głową - Harry'emu na mnie nie zależy. Sam mi to powiedział.
- Thomas w to nie uwierzy, Vanesso. Będziesz musiała zrobić wszystko by go tu ściągnąć, ponieważ od tego zależy czy my do jutra przeżyjemy. To my jesteśmy kosztem twojego poświęcenia.
- Nie chcę was skrzywdzić. - po policzku przyjaciółki przeleciała łza. Miałem ochotę do niej podejść i ją przytulić, ale wiedziałem, że to by było wręcz nierozsądne w takiej sytuacji.
- Nie skrzywdzisz nas. Wiem, że nie. - cichy męski głos nabierał kojącego tonu z każdym kolejnym wypowiadającym słowem - Po prostu zrób to co oczekuje od ciebie Thomas.
- Jestem zaskoczony, że takie słowa zostają wypowiadane przez ciebie, Henderson. - mężczyzna o jasnych włosach i szerokich barkach podniósł dziewczynę automatycznie z brudnej podłogi i pchnął ją poza drzwi ciemnej celi. Dziewczyna natychmiast się poderwała, czując, jak serce podchodzi jej do gardła, ale za nim dotarła do drzwi, facet z blizną z którym jeszcze chwilę temu rozmawiał Thomas był znacznie szybszy. Zdążył złapać ją w ostatniej chwili by później oddalić ją  na bezpieczną odległość.
Niebieskie oczy Thomasa zaczęły z gniewem lustrować chorego przyjaciela, który nawet nie drgnął na ton tak ochrypłego głosu. Tak jakby nic nie dotknęło Ryana, nawet strach tworzony przez górującego nad nim mężczyzny.
- Co sobie myślałeś, przyprowadzając ją tutaj? - Ryan z niechęcią podniósł spojrzenie - Myślisz, że twój plan się powiedzie z jej pomocą? Skąd możesz mieć pewność, że Styles jej zaufa i przyjdzie tu jak gdyby nigdy nic się pomiędzy nimi nie stało?
Thomas kucnął przed chorym chłopakiem z uśmiechem pełnym zadowolenia z jego obecnego stanu zdrowia. Jak on mógł mieć w sobie tyle nienawiści po tylu latach po tragedii, która dotknęła jego rodzinę?
- Tu nie chodzi o nią, przyjacielu. - blondyn przekręcił głowę na bok by przyjrzeć się zauważalnemu siniakowi na policzku ofiary - Styles przyjdzie tu by się ze mną rozprawić po tym co zrobiłem, a nie ze względu na jej obecność tutaj. Uważasz, że nie wiem jak ją traktuje? Cóż, sam nie palałbym dobrocią do swojej ex po tak długim czasie i po tym co się stało. - satysfakcja przepychała się po między jego słowami - Zabrać ich! Obojgu!
Dwoje mężczyzn ze srogimi sylwetkami ciała pojawiło się nagle nie wiadomo skąd. Jeden z nich, na oko starszy z włosami w odcieniu rudym przepchał się obok Thomasa i szarpnięciem podniósł Ryana z ziemi, po czym pchnął w stronę dwóch krzeseł stojących na środku budynku magazynowego. Drugi zaś wyglądał na azjatę, pochodzącego ze wschodniej części świata. Można było go poznać po typowych rysach szczęki, oczach i koloru skóry znacznie ciemniejszej niż moja. Nie był wcale muskularny tak jak pozostali, ale gdy otworzył drzwi od mojej celi i pchnął mnie w stronę Ryana, wyczułem w nim znaczną siłę, która byłaby nawet w stanie złamać mi rękę przy najbliższej możliwej okazji.
Wspólnicy Thomasa związali nas obojgu do siedzeń za pomocą specjalnych mocnych lin, które zazwyczaj wiąże się ofiary. Spojrzałem na towarzysza po swojej lewej stronie i dopiero teraz dojrzałem jak bardzo blady jest. Krew plamiła jego górną odzież, kapiąc przy okazji na świeże spodnie. W jego ciele brakowało siły, chęci do walki o której jeszcze jakiś czas temu rozmawialiśmy. Już zupełnie przestał skupiać się na tym, jak bardzo ból przeszywa jego ciało. Ignorował każde cierpienie, które mu towarzyszyło. Starał się przy tym nie myśleć kompletnie o niczym, wyłączyć uczucia, wymazać z pamięci obraz koszmaru, który cały czas do niego nawracał. Nie mógł się przecież poddawać, nie teraz.
Łysy mężczyzna pchnął Vanessę przed nami, a ta upadła na kolana. Skórę miała obdartą, o czym można było się domyślić po za chwilę spływającej powoli rubinowej krwi. Dziewczyna zasyczała z bólu, ale nie podniosła wzroku na sprawcę. Serce dudniło mi jak oszalałe, patrząc na jej bezbronność. Perspektywa utraty najlepszej przyjaciółki, najbliższej mi osoby, sprawiała, że drżałem jak liść na wietrze, choć miałem na sobie wystarczająco ciepłe ubranie.
Chłodny wiatr pogarszał jednak całą sytuację swoim silnym powiewem, który powodował gęsie skórki na skórze naszej trójki. Przed sobą miałem widok na rozciągający się las, tajemniczy, a zarazem niebezpieczny. Księżyc spokojnie panował nad nocą, chowając się co jakiś czas za gęstymi chmurami i pozbawiając nas swojego blasku.
Kiedy odwróciłem wzrok od krajobrazu, zorientowałem się, że Vanessa cały czas niespokojnie zerka na towarzysza obok mnie, który rozpaczliwie zaciskał oczy, gdy tylko cierpienie wzrastało. Miałem ochotę przejąć połowę jego bólu, by tylko móc uspokoić przyjaciółkę.
- Mam nadzieję, że chociaż jeden z was nauczył się dziś, że nie warto testować mojej cierpliwości.
Bezlitosny głos Thomasa rozległ się złowrogo po nieprzyjemnym pomieszczeniu. Blondyn obszedł powoli naszą dwójkę, po czym zatrzymał się przy Vanessie. - Czas zrealizować mój plan, moja droga. Wystarczy jedynie jedno krótkie zawiadomienie przez telefon.
- Chcesz bym zadzwoniła do Harry'ego, ale nie zrobię tego. - syknęła brunetka, próbując wyszarpać się z nagłych zaciskających się dłoni sprawcy na jej koszulce - Nie utrzymujemy kontaktów. 
- To zadzwoń do kogoś, kto z nim je utrzymuje. - szeroki uśmiech wykrzywił się w grymasie na niemiłej twarzy - Chyba to nie takie trudne?
- Harry jest skłócony z każdym, kogo kiedyś uważał za przyjaciela. - odparłem tym razem ja. Dziewczyna niemo mi podziękowała - Nie przemyślałeś to?
- Nie powiedziałbym, że z każdym. - pokręcił głową z zadowolenia -  Czyżby mój brat przypadkiem nie miał kontaktów ze Stylesem?
- Twój brat? - wymamrotał Ryan ku zaskoczeniu pozostałych. Podniósł wzrok z odwagą wpatrując się w Thomasa - Jasper? Nie wierzę, że chcesz wciągnąć w to własne rodzeństwo.
- Jasper od dawna jest wciągnięty w to co się dzieje, odkąd tylko sprzymierzył się ze Stylesem. Jakbyś zresztą nie wiedział. - prychnął - Wiem, że jeśli on tu jest to i mój brat również. Obserwowałem Vanessę od pewnego czasu i mam świadomość, że są w dobrym kontakcie. Wystarczy, że do niego zadzwoni, a wszystko samo się załatwi.
- Chcesz zemsty nawet i na swoim bracie? Postradałeś już całkowicie zmysły. Jedno rodzeństwo już straciłeś. Chcesz i drugie stracić tym razem przez samego siebie?
Ryan przesiąkł gniewem, ale i poczuciem oburzenia. Nie spodziewał się, że po tym do czego doszło w sprawie z siostrą Thomasa, ten będzie chciał się teraz pozbyć ostatniego rodzeństwa i to z własnej ręki.
-  Rodzina nic w tych czasach nie oznacza. - jasnowłosy podszedł bliżej chłopaka, dając znak rudemu spólnikowi by miał oko na Vanessę - Sam powinieneś o tym dobrze wiedzieć, Henderson. Twoja biologiczna rodzina, której praktycznie nie pamiętasz porzuciła cię, oddała do adopcji z której później trafiłeś do małżeństwa, gdzie za alkohol sprzedaliby nawet dziecko. Rodzina nie jest warta niczego. 
- Jasper postąpiłby inaczej, gdybyś ty był inny! - syknął oschle na ile go było tylko stać - Ja byłbym inny, gdybym został inaczej wychowany!
- Możesz sobie uważać jak chcesz.
- A ty możesz myśleć o sobie jak o greckim bogu, ale jedynym rozumem w tej potępionej rodzinie Wild'ów jest właśnie on! Tak, Jasper! Powinieneś się od niego nauczyć paru rzeczy!
- Nie porównuj mnie do tego zdrajcy! - Thomas zamachnął się do tyłu i z impetem uderzył pięścią w prawy bok twarzy Ryana, tak, że aż chory zachwiał się na krześle. Nie miałem jak mu nawet pomóc i za to karciłem się w duchu. Przywiązany do krzesła rękami i nogami, tak samo jak on, nie umiałem niczemu zaradzić. Byłem bezbronny, jak każdy z nas tutaj. - Nigdy nie będę taki jak on! Nigdy nie stanę w obronie mordercy, który zabił naszą niewinną siostrę! 
- A czy ty nie robisz tego samego co on kiedyś? - Ryan pomimo bólu uniósł spojrzenie ku blondynie - Czy nie zabijasz właśnie niewinnych ludzi, którzy mają swoje rodziny, swoich bliskich, którzy będą cierpieć za nimi tak samo jak ty za Maddie? 
Thomas stanął w bez ruchu, jakby właśnie ktoś zadał mu cios w twarz, a on nawet nie wiedział dlaczego. Źrenice wyglądały jakby z biegiem sekund powiększyły się odrobinę, a spojrzenie stawało się coraz bardziej intensywniejsze. Byłem zadziwiony odważną postawą Ryana, pomimo niestabilnego stanu zdrowia. 
Ku zaskoczeniu, jasnowłosy mężczyzna nie odezwał się do niego by rzucić jakimś nagannym komentarzem. Odwrócił się z powrotem w stronę przerażonej dziewczyny, która wyglądała jakby wiedziała co robić, ale nie była pewna czy to idealne rozwiązanie.
- Napisz do Jaspera wiadomość. - oznajmił lodowatym tonem, przesiąknięty także nieukrywanym poirytowaniem - Zrób to albo wbiję twojemu przyjacielowi drewniany kołek w serce. Wyświadczę mu honorową przysługę, zakańczając przy okazji jego ciągnące się cierpienie.
Drgnąłem z przerażenia, kiedy spojrzenie mężczyzny poległo na naszej dwójce, a mianowicie na Ryanie. Ten zaś pozostał w bezruchu, z głową opadniętą do dołu, jakby nie znosił patrzeć na twarz stojącego przed nim człowieka. 
- Zrobię to. - oznajmiła Vanessa pewna siebie jak jeszcze nigdy wcześniej. - Tylko nie rób im krzywdy. Proszę.
Thomas wyciągnął z kieszeni spodni telefon, który prawdopodobnie musiała wcześniej mu oddać w celach zachowania dyskrecji. Podał go jej, a brunetka od razu zaczęła wybierać odpowiedni numer, później stukając po dotykowej klawiaturze aby sformułować wiadomość.
*Perspektywa Louisa*
Miałem koszmarnie dość przesłuchiwania Harry'ego, który przez cały czas udawał, że nasze słowa nic go nie obchodzą. Jego zawzięty charakter miał nad nami górę, co potwornie doprowadzało nas obu do szału. Zayn nie przestawał jednak męczyć przyjaciela, nie lubił się za szybko poddawać, ponieważ wiedział, że to jedynie podsyci u niego satysfakcję. Styles zresztą wiedział z kim ma do czynienia, znał nas dosłownie na wylot, dlatego zdawał sobie sprawę, że nie spoczniemy, jeśli nie powie nam całkowitej prawdy. Dziwiłem się trochę Malikowi, któremu z zadziwiającym opanowaniem udawało się wytrzymać każdy złośliwy komentarz lecący w jego stronę. Harry potrafił być sarkastycznie nieznośny, prawie jak dziecko w podstawowym wieku szkolnym. 
- Ile jeszcze razy będziecie w kółko drążyć ten sam temat? - Styles spojrzał na swoje paznokcie, plecami opierając się o obmurowanie, które podtrzymywało schody - Na pewno macie lepsze zajęcia niż siedzenie tutaj ze mną by napawać się moim bólem. 
- Wciąż nie wyjaśniłeś nam paru rzeczy. - oznajmił Zayn, wyraźnie znudzony zachowywaniem się jak odpowiedzialny rodzic, którego dziecko nawet i tak nie posłucha - Jakbyś zaczął z nami współpracować to wszystko potoczyłoby się znacznie szybciej.
- Tracę co do niego cierpliwość, Malik. - spojrzałem niechętnie na ich obojgu  - Chodźmy, zanim rozbije mu butelkę na głowie.
Oparłem się głową o drzwi wejściowe do mieszkania i skrzyżowałem ręce przed sobą. Zayn zaśmiał się cicho, na co Harry spiorunował go wzrokiem. Oboje nie znosili siebie nawzajem, ale musieli ze względu na zawziętość jaka panowała u mulata. 
- Chętnie się odwdzięczę, Louis. - Styles podniósł na mnie swoje zirytowane spojrzenie, które praktycznie posyłał do każdego z nas przez ostatnią godzinę. A niech cię szlag, Harry. 
- Powróćmy lepiej do tematu, możemy? - Zayn przetarł dłońmi zmęczoną twarz, po czym wrócił spojrzeniem na przyjaciela z nad przeciwka - Wiemy już, że wróciłeś, bo chcesz zemsty. Wiemy też, że to my jesteśmy jej powodem. No może jedną czwartą tego powodu. Nienawidzisz Vanessy za to co zrobiła, nas za nieposłuszeństwo i brak wiary w ciebie, ale nie wiemy nic na temat sprzymierzenia się Christophera z Thomasem. Wiesz coś o tym wiesz?
- Wiem tylko to, że Chris pomógł Thomasowi by mnie zabić. Co innego miałbym wiedzieć? - wywrócił oczami nadal przynudzony naszą obecnością - To oczywiste, że Chris preferował stanąć po stronie mojego wroga, przecież chciał mojej śmierci tak samo jak on. Nic dziwnego więc, że zadziałali razem.
- Nie zastanawiasz się, że mógłby być inny powód stojący za tak chętną pomocą Thomasowi?
- Masz na myśli to, że Chris zrobił to tylko i wyłącznie ze względu na Vanesse? Od razu ci mówię, że to kłamstwa wyssane z palca. On od zawsze chciał się mnie pozbyć, jego zazdrość potrafiła sięgać zenitu, nie miała końca. Trudno w to nie uwierzyć.
- Rzecz w tym, że Chris mówi o całkowicie innym przebiegu wydarzeń. Tym o którym najpierw wspomniałeś. - odezwałem się nieco zaskoczony, że Harry próbuje nareszcie z nami współpracować. - Vanessa powiedziała, że tak jej właśnie mówił, choć sama w to ledwo co wierzy. 
- A może po prostu za tym stoją te dwa problemy? - podsunął nagle mulat, jakby wpadł na genialne rozwiązanie - Może to właśnie dlatego Chris przyczynił się do postrzelenia ciebie.
- Nawet jeśli Chris naprawdę zrobił to kurwa dla Vanessy to gdzie tu widzicie sens? Było kilkadziesiąt sposobów by nie dać się wziąć pod nóż. Thomas zagroził mu, bo wziął pod uwagę, że Vanessa była cenna dla nas obojgu, ale to nie znaczyło, że nie było innego wyjścia. Mógł się nie zgodzić, wywieść Vanessę z dala od miasta...
- Uważasz, że to takie łatwe? - wtrąciłem się - Wyprowadzenie się z miasta, pozostawienie rodziny, bliskich przyjaciół? Może dla ciebie takie ono właśnie jest, ale nie dla innych. Nie umiałbym pozostawić wszystkiego, tak jak ty to zrobiłeś. 
- Przyznałbyś mi rację jakie to łatwe do zniesienia.
Harry uśmiechnął się nie miło. Gdyby nie to, że jest moim przyjacielem pomimo tego co zrobił, nadal miałbym ochotę wybić mu zęby. Ale teraz powstrzymywałem się z powodzeniem. 
Momentalnie podskoczyłem w miejscu, gdy silne pukanie do drzwi wejściowych przedarło się do środka. Zayn spojrzał jedynie na mnie, posłał pytające spojrzenie, po czym otworzył drzwi kiedy tylko się od nich odsunąłem. W progu stanął Jasper, wyraźnie zmartwiony na twarzy. Wyglądał na przerażonego, choć cieszącego się w duchu, że nas widzi.
- Gdyby Ashton nie odebrał mojego telefonu, prawdopodobnie nie dowiedziałbym się dlaczego Harry zniknął. - blondyn posłał swoje spojrzenie ku przyjacielowi, który w milczeniu oglądał swoje zakrwawione nadgarstki na poplamionej podłodze. 
 - Coś się stało Jasper? - zapytał spokojnie Malik. Dał mu niemo do zrozumienia, że oboje mamy wszystko pod kontrolą, jeśli chodziło o bezpieczeństwo Harry'ego.
- Och stało się i to coś, czego nikt z nas by się nie spodziewał. - oddychał ciężko jakby właśnie skończył biegać maraton jednego okrążenia dookoła piłkarskiego stadionu. - Dostałem wiadomość od Vanessy, ale dość nietypową. Chce się spotkać przy opuszczonym magazynie, kilka kilometrów dalej od Griffith Park.
- Co jest w tym takiego nietypowego? - jęknął Harry - Może zgubiła drogę?
- Ona chce się spotkać tylko z tobą, Harry. 
Wzrok Stylesa utkwił w jasnowłosym przyjacielu. Miałem wrażenie, że właśnie po raz pierwszy oniemiał. Nawet nie rzucił żadnego sarkastycznego słowa.
- Ze mną? - nutka niedowierzania była słyszalna w przybranym tonie szatyna - Po co miałaby się ze mną spotykać? Nie mamy nic sobie więcej do omówienia. 
- Jeśli chce się z tobą spotkać to znaczy, że to coś ważnego. - odparł Zayn - Wypadałoby się dowiedzieć co. 
- Nie pojadę tam tylko dlatego, że ona tego chce. Mam daleko gdzieś to, że chce pogadać. Niech któryś z was jedzie.
- Jeśli cię uwolnimy i powiemy, że nie potrzebujemy już więcej od ciebie żadnych informacji, wyświadczysz nam tę przysługę i pojedziesz do niej? - spytałem spokojnie - Może to naprawdę jest ważne.
Harry patrzył na nas jak na bandę idiotów, którzy właśnie błaźnią się przed nim samym. Cóż, mogłoby to tak wyglądać, ale nam w tym momencie naprawdę zależało na ich rozmowie. Musieli porozmawiać, może nawet pozwoliłoby im to zamknąć ten cały spór między nimi.
- Jeśli tam pojadę to pomyślicie, że mi na niej zależy. Mam dać się w to nabrać?
- Niech twoja głowa będzie o to spokojna, przyjacielu. - Jasper uśmiechnął się do niego, po czym podszedł i przykucnął przed przyjacielem - Potraktuj to jak rodzaj zaufania wobec nas wszystkich. 
- To jak? - wtrącił pytająco Zayn - Umowa stoi?
- Obym później nie żałował, że go uwolniłen. - Ashton oparł się o framugę drzwi, które łączyły korytarz z wyjściem do ogrodu. W rękach kurczowo trzymał kluczyki do kajdanek, które tak zaciekle drażniły ofiarę. Harry spojrzał na mnie, a później na resztę zebranych. Ku zdziwieniu, kiwnął głową, zgadzając się na nasze przedstawione warunki.




Od autorki: Podstęp za podstępem, kochani :) Wiecie już o co chodzi?

Widzimy się przy 103 rozdziale w poniedziałek, 24 Kwietnia! x
Tego nie można przegapić.

2 komentarze: