24 kwi 2017

Rozdział 103

*Perspektywa Zayna*

Harry wydawał się być zakłopotany w chwili podjęcia decyzji w sprawie umowy, jaką mu zaproponowaliśmy, ale także i zadowolony gdy Ashton wreszcie pozbawił go uciążliwych kajdanek, które bezustannie sprawiały mu ból. Jego twarz w tym momencie wyrażała ekscentryczną wdzięczność. Od razu po uwolnieniu potarł dłońmi skórę na której pojawiły się blade odciski. Wokół nadgarstków widniała zaschnięta już rubinowa krew, której za chwilę Harry się pozbył, kiedy tylko Ashton podał mu szmateczkę namokniętą wodą.
Każdy z nas musiał mu pokazać, że pomimo tego co przeszliśmy, nigdy nie straciliśmy do niego zaufania, tak jak i on nie powinien do nas. Nie widzieliśmy w nim wroga tylko przyjaciela, który nadal boryka się z życiowymi problemami. Mieliśmy zamiar mu pomóc, oznajmić, że nigdy nas nie stracił przez to co się stało. Miał równe prawo stać się tym kim teraz jest, przesiąknąć gniewem do wszystkich, którzy zostawili go w potrzebie. Nie łatwo było to nam zrozumieć, ale najważniejsze, żeby nie gubić za wcześnie nadziei na zmiany. Owszem, staraliśmy się odmienić tok myślenia Stylesa, ale również dawaliśmy mu szansę by sam się podjął tego zadania i przejrzał wreszcie na oczy samodzielnie.
Kiedy Harry zapisał sobie na małej karteczce adres celu podanego przez Jaspera, nic więcej już nie powiedział tylko wyszedł z mieszkania i ruszył do swojego samochodu, wielkiego typowego czarnego angielskiego Range Rovera, który stał niedaleko tuż za błękitnym pojazdem właściciela domu. Nie miał powodu do obaw, że będziemy uważać jego posłuszeństwo za znak, że zależy mu na Vanessie. Jeśli naprawdę to co mówił na jej temat, było prawdą, że jego uczucia do niej wygasły wraz z wyjazdem do Miami to jedyne co nam pozostało to mu uwierzyć we własne słowa. Wiara w niego była jednym z ważnych punktów przywrócenia jego dawnego charakteru.
W chwili odjechania Stylesa z pod domu, Louis wrócił do siebie. Ja pojechałem do Mirandy, która aktualnie z tego co mi powiedziała przez telefon, pilnowała Lily pod nieobecność Vanessy. Jedynie Jasper został na moment by porozmawiać z Ashtonem w sprawie czynów Harry'ego.
Niewielki dom parterowy Vanessy z dachem dwuspadowym oraz jednostanowiskowym garażem   wykonany był w technologii tradycyjnej murowanej, z więźbą o konstrukcji drewnianej. Jasna kolorystyka powodowała, że mieszkanie z zewnątrz wyglądało naprawdę przytulnie i stylowo. Wnętrze rozplanowane było bardzo funkcjonalnie - pokój dzienny z kominkiem i wyjściem do ogrodu, otwarta kuchnia z wyspą, dwie sypialnie oraz jedna łazienka. Wszystko przeznaczone tylko i wyłącznie dla Vanessy i Lily. Dom był idealnym trafem w dziesiątkę dla matki samotnej wychowującej dziecko.
Miranda przesiadywała z Lily w przestronnym salonie, oświetlonym przez małe światełka wmurowane w ścianę nad kominkiem oraz jedną lampkę stojącą zaraz obok telewizora. Ukochana obserwowała ze spokojem małą dziewczynkę, która skupiona była tylko na swoich zabawkach, rozrzuconych po całym kolorowym dziecięcym dywaniku. Nawet nie zauważyła mnie, gdy usiadłem obok Mirandy na kanapie.
W kominku o dziwo się paliło, choć tak naprawdę na zewnątrz nie było wystarczająco zimno. Miranda położyła niespodziewanie swoją głowę na moim ramieniu, dłonią szukając mojej. Złączyłem odruchowo nasze palce razem, po czym ucałowałem wierzch jej smukłej dłoni. Obie z nich były niebywale zimne, prawie tak jakby zostały włożone do lodowatej wody. Dziewczyna wydawała się być nieobecna, choć jej wzrok nieprzerwanie polegał na Lily. Miałem wrażenie, że coś jest nie tak, jakby Miranda specjalnie zapadła w głuchą ciszę.
- Kochanie? - brunetka drgnęła w moich ramionach pod wpływem nagłego podjętego tonu - Coś nie tak?
- Czemu pytasz? - spojrzała na mnie obojętnym wzrokiem - Przecież wszystko jest w porządku.
- Nie sądzę by było. - delikatnie przejechałem palcem po policzku dziewczyny, na co ta się lekko uśmiechnęła. - Myślę, że czymś sobie zaprzątasz głowę.
- Mylisz się, Zayn. - odwróciła głowę od moich tęczówek, które nadal bacznie ją obserwowały. Ona coś przede mną ukrywała. - Czuję się dobrze.
- Odkąd jesteśmy razem, nigdy tak się nie zachowywałaś. Nigdy nie wydawałaś się być taka zamknięta w sobie.
- Wydaje ci się, naprawdę. - uścisnęła moją dłoń - Pójdę zrobić herbatę. Pewnie jesteś zmęczony.
Miranda miała zamiar wstać z kanapy i ruszyć do pomieszczenia obok, ale prędko ją zatrzymałem zanim zdążyła mnie opuścić.
- Poczekaj. - jej wzrok tym razem wrócił na mnie, kiedy odruchowo złapałem jej drugą rękę - Wiesz, że mi możesz powiedzieć wszystko, kochanie. Wszystko co cię trapi.
Zauważyłem jak oczy Mirandy o głębokim brązie zaczynają się szklić, jakby zaraz miała się rozpłakać. I miałem rację. Brunetka uśmiechnęła się łagodnie i wtuliła w moje ramiona. Cała drżała, nie z zimna, ale z czegoś innego.
- Ja... ja nie powinnam... - wymamrotała nieśmiało - Nie mogę ci powiedzieć.
- Zrozumiem wszystko co powiesz. Każde słowo.
Miranda drżącymi dłońmi dotknęła moich obu policzków by móc za chwilę złożyć krótki, ale tyle znaczący pocałunek. Był inny od wszystkich naszych poprzednich, był namiętny, a zarazem delikatny i czuły z bezgraniczną troską. Martwiłem się o nią, bałem się, że dręczy ją coś, czego nie mógłbym zaradzić. Była dla mnie osobą tak bardzo ważną. Tworzyła rodzinę, moją rodzinę do której zawsze mogłem wrócić. Jej delikatność, sposób obchodzenia się z ludźmi przyciągały mnie do niej jak magnes. Chciałem być z nią, zawsze i wszędzie, móc być jej prawą ręką. Marzyłem o tym by została moją żoną, kobietą z którą dzieliłbym całe swoje życie. Ale pomimo tego czego chciałem, wiedziałem, że czas był na to zupełnie nieodpowiedni. Gdyby nie dane okoliczności związane z Harrym i Vanessą, spytałbym ją o rękę nawet teraz bez żadnego pierścionka. 
- Zayn... nie można mi...
- Pozwól mi sobie pomóc. Tak jak zawsze to robię.
- Nie zrozumiałbyś...
- Posłuchaj. Wszystko bym zrozumiał. - Miranda przyglądała mi się z wyraźnym zakłopotaniem, ale i miłością, która pod tym wszystkim się kryła. Wiedziała, że robię to, bo ją kocham. Że zależy mi na niej bardziej niż na kimkolwiek teraz innym. - Dla ciebie.
Moje słowa były szczere, tak jak zawsze, gdy prowadziliśmy poważne rozmowy. Nigdy nie okłamałbym Mirandy, ponieważ zawdzięczałem jej zbyt wiele by pozostawić ją w niepewności. Moje serce było przekonane co do niej, wierzyło jej, że dotrzyma sekret. Wierzyło jej, że zrozumie mnie pomimo tego jak bardzo ciężką mam dla niej wiadomość. 
- Chodzi o Vanessę... - zaczęła niepewnie, a w jej głosie można było odczuć strach miotający dziewczyną - Ona jest...
- Wiem, że jest z Harrym. - odparłem - To masz na myśli? Martwisz się, że zrobi jej krzywdę?
- Co? - jej twarz przybrała zszokowany wyraz - Jak to z Harrym?
- Nie wiesz? - tym razem ja zrobiłem się nieco zmieszany - Poprosiła go o spotkanie. Chce z nim porozmawiać.
- To niemożliwe. - Miranda wstała raptownie z kanapy, po czym dotknęła dłonią swojego czoła, jakby nadal miała kłopot z uwierzeniem w moje słowa. Nie byłem pewny jej zachowania, przecież powinna wiedzieć powód wyjścia Vanessy. Sama zostawiła ją z dzieckiem. - To nie może być prawda.
- Czemu? - uniosłem brew zaciekawiony. O co jej chodziło? 
- Ona nie wyszła na spotkanie z Harrym. - przegryzła momentalnie wargę ze zdenerwowania - Nie z nim.
- Vanessa napisała wiadomość do Jaspera, by ten przekazał Harry'emu, że chce ona się z nim spotkać. - wytłumaczyłem spokojnie - Podała nawet adres. Poprosiliśmy więc Stylesa by do niej pojechał i zrobił to tylko dlatego, że dobiliśmy razem targu.
- Ona nie zostawiła mnie tu z Lily tylko dlatego, że miała zamiar rozmawiać z Harrym! - Miranda podniosła stanowczo głos. Jej spojrzenie ponownie powędrowało na mnie. - Wyszła, bo musiała spotkać się z Thomasem!
- O czym ty mówisz? - błyskawicznie wstałem na nogi. To musiał być pieprzony żart. - Skąd mogłabyś o tym wiedzieć?
- Sama mi powiedziała. - wyrzuciła ręce w powietrze w geście irytacji - Dostała list od niego, że jeśli się nie zjawi to Chrisowi oraz Ryanowi stanie się krzywda. On ich przetrzymuje, Zayn. Musiała to zrobić. Ale nie rozumiem czemu Harry...
- Czemu obie nam nie powiedzieliście o tym szantażu?
- Nie pozwoliła mi. Wiesz, że nie mogłabym jej zawieść.
- Ale zrobiłaś to.
- Bo zrozumiałam ile ci zawdzięczam! - wykrzyknęła, przysuwając się bliżej. Kątem oka ujrzałem jak mała Lily odwraca swój wzrok od zabawek w naszą stronę. - Wiem, że mi ufasz. Dla ciebie zrobiłabym równie to samo co dla niej.
- Jeśli Harry pojechał pod adres podany przez Vanessę, a ta jest z Thomasem to znaczy, że...
- Że to pułapka. - Miranda dokończyła za mnie. Aż drgnąłem, kiedy położyła dłonie na moich ramionach. - Zayn...
- Cholera! - szybko sięgnąłem po swoją kurtkę, leżącą na skórzanej kanapie z której chwilę temu się podniosłem - Muszę wyjść!
- Zayn, nie! Nie możesz, posłuchaj mnie! - ukochana szarpnęła mnie za rękaw, gdy znalazłem się przy wyjściu na korytarz. - Nie możesz zrobić tego co planujesz!
- Thomas nas podszedł! Nie mogę pozwolić mu dobić swego. Harry zginie, a z nim Vanessa i inni, jeśli temu nie zaradzę. Zrozum!
- On ich zabije, jeśli się tam zjawisz! - w oczach brunetki pojawił się ból zmieszany ze strachem, wciąż ciążącym na jej sercu - Harry da sobie radę. Nie da im wszystkim zginąć.
- Nie znasz go, Mirando. - przytkałem dłoń do jej zimnego policzka, bez żadnych naturalnych kolorów. Oczy znów zaczynały przygotowywać się do płaczu. - Jest nasiąknięty złem. Może narobić głupot. Nie zostawię tej sprawy w jego rękach. Zbyt bardzo zależy mi na nich wszystkich.
Słowa, które wypowiadałem cięły moją ukochaną, zadawały potworny ból. Martwiła się o mnie, nie chciała bym ruszał na tak zwaną misję samobójczą. Wiedziała, że to co chcę zrobić jest niebezpieczne, ale ja nie miałem innego wyjścia jak ochronić bliskie mi osoby przed tym, co nasz wspólny wróg próbował dokonać.
- Obiecaj mi tylko jedną rzecz. - Miranda przysunęła się tak blisko mnie, że mogłem odczuć jej urywany oddech. Ból przeszedł moje ciało od środka. - Że będziesz uważał na siebie. Chociaż starał się, dla mnie.
- Będę. Obiecuję.


 *Perspektywa Harry'ego*

Noc była bardzo jasna, ciemnobłękitna przestrzeń iskrzyła się od rosy i gwiazd. Długie zarośnięte drzewa oraz mniejsze zarośla ciągnęły się wzdłuż po obu stronach pustej drogi. Sunąłem autostradą, mijając charakterystyczne znaki drogowe, wskazujące kilometry do najbliższego miasteczka na wschód od Los Angeles. O dziwo, tylko ja znajdowałem się na drodze o tak późnej godzinie.
W chwili minięcia starej chrześcijańskiej kapliczki, trochę zniszczonej od ciągłych wahań pogody, skierowałem się na prawo, dostrzegając ledwo widoczną dróżkę ciągnącą się w głąb lasu. Wyglądała ona, jakby była wypalona z trawy, ponieważ tylko w niektórych miejscach można było zauważyć zieleninę.
 W oddali ujrzałem prostokątny, bardzo zniszczony budynek z szarego kamienia, który przypominał trochę specjalny bunkier na broń. Z samego przodu widniało ogromne wejście do ciemnego środka, nie mające żadnych drzwi chroniących. Niepewnie zaparkowałem swój samochód na bezpieczną odległość, po czym sprawdziłem nawigację czy przypadkiem nie wskazała mi niewłaściwego celu. Ale co się okazało, ona wcale się nie myliła co do swego. Zdezorientowany przez moment, spojrzałem przed siebie na pusty budynek w którym nie paliło się żadne rozjaśniające światło. Jeśli to było miejsce, gdzie Vanessa chciała się spotkać to naprawdę tym razem się nie postarała. 
Nie wiedziałem dla czego zgodziłem się w ogóle tu przyjechać. Nie chciałem mieć z Vanessą nic wspólnego. Przecież obiecałem sobie, że nasze relacje zakończyły się raz na zawsze. Dałem jej to do zrozumienia już wtedy w mieszkaniu Jaspera. Cóż, ale w końcu zgodziłem się pójść na układ z chłopakami, więc musiałem tu być. Nawet pomimo tego iż miałem ją zobaczyć, chciałem mieć po prostu później satysfakcję z tego co miałem zamiar jej wygarnąć. Nie interesowało mnie to jak się poczuje, gdy mnie zobaczy albo co zrobi, kiedy usłyszy moje słowa. Zdawałem sobie sprawę, że właśnie łamię jedną ze swoich zasad, nie bycia z nią sam na sam. Nigdy miało już nie dojść do naszego spotkania, więc postanowiłem postarać się, żeby tym razem doskonale to zrozumiała.
Kiedy przeszedłem przez potężne wejście, w pomieszczeniu panował niepokojący mrok. Nie wiedziałem gdzie się znajduje, nie miałem pojęcia czy krzyknąć imię Vanessy by powiadomić ją o moim przybyciu czy nie. Ale gdy własny wzrok powiódł mnie na sam środek wnętrza kamiennego budynku, oświetlonego przez księżyc, ujrzałem dwóch mężczyzn związanych na drewnianych krzesłach, z taśmą przyklejoną na ustach by uniemożliwić wypowiedzenie jakiegokolwiek słowa.
Ku zaskoczeniu, nie byli to nieznani ludzie, których zazwyczaj mijało się codziennie na ulicach miasta. Wyraźnie poznawałem znajome rysy twarzy, gdy obaj unieśli głowy by na mnie spojrzeć. Zaparło mi dech w piersiach, rozumiejąc, że to byli Ryan oraz Chris. Zmęczeni, posiniaczeni mężczyźni lustrowali mnie wzrokiem zszokowanym na mój widok, również zmieszanym z cierpieniem, jakim im towarzyszył. Czemu oni tu byli? I co to miało wszystko znaczyć?
Podszedłem niepewnie do Ryana, który koszulkę miał przemoczoną od krwi, zapewne od mojego czynu, który przeżył. Jego ruchy było leniwe, chwiejne jakby właśnie pochłonął pół litra rosyjskiej wódki, po której zazwyczaj dostawało się szybkiego kaca. Chris, siedzący obok po jego prawej stronie, jedynie mi się przyglądał, jakbym był ostatnią osobą, którą chciałby tu zobaczyć.
Zerwałem błyskawicznie taśmę z ust Ryana, nie przejmując się nagłym drgnięciem jego towarzysza. Chłopak zaczerpnął odruchowo powietrza, tak nagle i głęboko, że aż się zakrztusił. Krew z jego ust trysnęła na podłogę zaraz przede mną.
- Styles... - wysapał, podnosząc za chwilę swoje zmęczono zszokowane spojrzenie na moją osobę. - Nie powinieneś tu być. Oni... oni oszukali cię. To podstęp.
- Nie powiedziałbym, że podstęp. - z głębi mroku raptownie wyłoniła się postać, prowadząca przed sobą kolejną. Gdy stanęła w blasku księżyca, dostatecznie blisko naszej trójki, charakterystyczne krótko ścięte blond włosy uświadomiły mi o znajomej osobie. Osobie, która była odpowiedzialna za to co przechodziłem.
Thomas uśmiechnął się szyderczo w moją stronę, zadowolony z wyrazu twarzy, który niespodziewanie przybrałem. Nic w nim się nie zmieniło, odkąd ostatnim razem miałem okazję go zobaczyć. Wciąż te same gniewne niebieskie oczy, ten sam charakter, styl ubrań oraz fryzury. Na sobie miał zwykłą kurtkę, pod nią dłuższą bluzę z kapturem. Sportowe buty pasowały do dobranych jeansowych spodni. 
Ale nie tylko jego obecność poruszyła mną najbardziej. Kobieta, której włosy kurczowo ściskał i ciągnął jakby była zwierzęciem, okazała się być Vanessą. Blada twarz oświetlona przez światło księżyca była tak samo posiniaczona jak Ryana, choć znacznie mniej. Z kącików jej warg spływała ciurkiem ciemnoczerwona krew, którą za chwilę wytarła wolną ręką. Gdy nasze spojrzenia się spotkały, dziewczyna zaczerpnęła gwałtownie powietrza. Widać było, że jej oczy płakały jeszcze za nim tu dotarłem. Wzrok Chrisa oraz Ryana również poległy ku niej.
- Harry... - Vanessa szepnęła niedowierzanie, jakby jej serce raptownie skurczyło się pod wpływem wypowiedzenia mojego imienia. W jej głosie było słychać tyle bólu...
- Mówiłem, że przyjdzie. - pełnej satysfakcji ton Thomasa przybrał stanowczość. - Harry Styles zawsze przychodzi.
Wpatrywałem się w wroga ze złością płynącą w żyłach, która rozchodziła się po moim ciele w błyskawiczny tempie. Miałem ochotę pozbyć się tego zawsze rozśmieszonego uśmieszku z jego twarzy.
- Niech zgadnę. - mój palec wskazujący poleciał ku blondynowi. - To całe spotkanie to twoja sprawka? Och, cóż za bezmyślność.
- Bezmyślność, uważasz? - mężczyzna pokręcił jedynie głową na boki - Nie sądziłem Styles, że jeszcze kiedykolwiek cię zobaczę.
- Nie dziwię ci się. Myślałeś, że Chris mnie zabił. - wskazałem na osobę o której było mowa - Ale nigdy nie zastanowiłeś się czy strzał był trafny.
Thomas posłał mi gniewne spojrzenie, jakbym właśnie go rozdrażnił. Nie bałem się go, już nie.
- Na początku jak się dowiedziałem, nie uwierzyłem w to co mi powiedziano. - gwałtownie puścił bezbronną dziewczynę, powodując, że ta upadła na kamienną podłogę, tuż za krzesłami, za chwilę sycząc z zadanego bólu. Nie miała nawet odwagi by podnieść się na własnych nogach. - Przez tyle miesięcy bez ustanku myślałem, że z tobą skończyłem. Ale nie. Teraz oto jesteś. Tutaj, jak gdyby nigdy nic się nie stało.
- I co w związku z tym? - uniosłem bacznie głowę ukazując triumf - Aż tak bardzo przestraszyła cię ta wiadomość? Że żyję? Że wreszcie sytuacja może odwrócić się przeciwko tobie?  To dlatego ukartowałeś to od samego początku. To dlatego kazałeś jej wysłać wiadomość do Jaspera w sprawie spotkania. Oni... - wskazałem na ofiary -... mieli być tylko pokazem, że masz jakąś przewagę, gdy stanę z tobą twarzą w twarz.
- Zawsze ją miałem. - wzruszył obojętnie ramionami - Zawsze miałem cię w garści.
Wróg roześmiał się chytrze w tym samym czasie wyciągając niewielki nóż z wewnętrznej kieszeni swojej kurtki. Wtedy zdałem sobie sprawę, że chłopaki nie oddali mi żadnej z moich broni, które wtedy przy sobie miałem. Byłem więc nieuzbrojony na te okazję.
- Podejmujesz tak złe decyzję w życiu, Thomasie. - złączyłem pośpiesznie dłonie za plecami, wciąż jednak patrząc wrogowi w oczy - Nigdy nie potrafisz zrozumieć jednej prostej rzeczy. Że w twoich planach nie ma tylko plusów. Są również i minusy, twoje słabości.
Ryan zakrztusił się gwałtownie, ponownie kaszląc krwią. Chris wciąż rozglądał się nerwowo po każdym z zebranych, z taśmą na ustach. Vanessa raptownie uniosła głowę i ostatnimi siłami poderwała się z podłogi, ale Thomas zatrzymał ją, ukazując nóż przed jej twarzą. Serce podeszło jej do gardła.
- Nie mam słabości. - warknął stanowczo - Nie zauważyłeś? Nie mam nikogo, komu mógłbym poświęcić własne życie. Nie mam rodziny do której mógłbym się udać. Jestem panem własnego losu.
- Bo ją porzuciłeś. Mogłeś mieć rodzinę, ale jej nie chciałeś. Teraz kiedy wiesz co się stało z Jasperem po twoim wyjeździe z Anglii, że wyjechał by cię szukać, ale bez skutków, powinieneś naprawiać błędy. Pozwoliłeś by własny brat cię znienawidził.
- Nie mów o nim tak, jakbyś miał wymusić we mnie jakiekolwiek uczucia! - podszedł bliżej mnie, zatrzymując się naprzeciwko. Nawet nie zerknął na Vanessę, która ponownie próbowała się podnieść z miejsca upadku. - Nie mów o nim tak, jakbyś go kurwa znał! Gdyby nie to, że razem przeciwstawiliście się przeciwko mnie, znów mówiłbym o nim jak o własnym rodzeństwie, jedynym, które mi pozostało! Nie mogę spoufalać się z ludźmi, którzy stoją po stronie mojego wroga!
Od jego ciała odbijała się nieprzyjemna wściekłość, która próbowała mnie zarazić. Thomas próbował mnie sprowokować.
Kątem oka ujrzałem jak Vanessa przybliża się chwiejnym ruchem do Ryana, po czym bierze jego posiniaczoną bladą twarz w swoje dłonie. Coś szeptała do niego, choć niestety nie udało mi się usłyszeć z takiej odległości.
- Czego więc oczekujesz? - spytałem, zachowując spokojny ton głosu - Mnie za wypuszczenie ich wszystkich?! Żebym przyznał się do zniszczenia ci życia, żebym przeprosił za to co dokonałem? Za śmierć twojej siostry Maddie, za oddalenie cię od Jaspera? Przyznaj, że po prostu na tym ci zależy. I oczywiście na mojej śmierci.
Vanessa podniosła wzrok niecierpliwie na mnie, choć z troską w jej brązowych tęczówkach. Czyżby naprawdę ktoś się przejmował moim losem?
Thomas uśmiechnął się złośliwie, po czym odwrócił plecami do mnie by podejść do Chrisa i zerwać z jego ust nieprzyjemną taśmę.
- Skoro wiem, że zabiję cię tak czy siak za śmierć Maddie...  - ciągnął znudzony - ...chcę dać ci pierw szansę wybrania ofiary, która poświęci się za zepsucie moich relacji z Jasperem. - Chris gwałtownie nabrał powietrze. Vanessa wstrzymała oddech, wciąż próbując przeskanować w głowie słowa triumfującego nad nami wszystkimi mężczyzny. - Masz wybór pomiędzy Chrisem, a Ryanem, którzy obaj przyczynili się do zniszczenia ci życia.
- Co?! - wrzasnął z szokiem Chris i szarpnął się na siedzeniu.
- Harry nie! - krzyknęła raptownie dziewczyna, bacznie mnie obserwując. - Nie możesz tego zrobić! Proszę, nie!
Przez chwilę sam próbowałem zastanowić się nad słowami, które akurat układały się w mojej głowie w rozumiany dla mnie sens. Chociaż nie kończyło się to dla mnie dobrze, miałem zamiar kogoś jeszcze pozbawić życia, zanim wezmę się za samego Thomasa. Oczywiście nie mogłem przeżyć bez walki.
Ryan, który o dziwo przez cały czas zachowywał spokój i ciszę, rozglądnął się nagle po wszystkich. Widać było, że był chory, blada twarz, której brakowało jakby potrzebnych witamin, miała kamienny wyraz. Ciało chłopaka zgięte lekko do przodu, było podparte o pomagające dłonie brunetki, położone na klatce piersiowej z której w skutku powstawała coraz to większa plama na koszulce. Choremu brakowało sił.
- Jeden z nich za Jaspera? - złożyłem dłonie tym razem przed sobą - Skąd niby mam mieć pewność, że nie zabijesz ich wszystkich?
Kąciki ust jasnowłosego mężczyzny po raz kolejny uniosły się do góry, wykrzywiając twarz w roześmiany grymas. Po chwili podszedł do ślęczącej nad Ryanem, Vanessy i podniósł ją gwałtownie z zimnej podłogi.
- Do tej pory każdy z nich żyje. - brunetka syknęła, gdy Thomas szarpnął ją za tył koszuli - Co do czego, zawsze dotrzymuję obietnic.
Zerknąłem na dziewczynę, która starała się ukryć każdy wewnętrzny oraz zewnętrzny ból. Kasztanowe włosy kręciły się jak loki, kiedy wiatr przybrał silniejszy podmuch. Nigdy nie zastanawiałem się nad tym, dlaczego pomimo moich relacji z Thomasem, ten oszczędził moich bliskich nawet wtedy, kiedy wciąż myślał, że nie żyje. Czemu to zrobił?
- Harry... - usta Vanessy drgnęły pod wpływem strachu - Nie rób im krzywdy, proszę. Zrób ją mnie, ale nie im. Proszę.
- Widać, że mamy chętną. - Thomas zagwizdał irytująco - Co ty na to Styles?
Podświadomość, która mówiła mi jak postępować, dawała silne znaki. Nie chciałem tak naprawdę zabijać Vanessy, coś mnie powstrzymywało. Miałem ochotę zrobić coś zupełnie innego.
Nieduży nóż, który jeszcze Thomas chwilę temu wyjął z kieszeni swojej kurtki, wyciągnięty został w moją stronę bym go przyjął i wreszcie użył. Stałem jak wryty, patrząc na ostrą broń.
- To tego właśnie chcesz? Bym zabił jednego z nich na jej oczach? - spojrzałem pierw na zdezorientowaną Vanessę, a później dopiero na niecierpliwego Thomasa.
- Robię ci niebywałą przysługę. - blondyn rzucił nóż na ziemię. Następnie zza paska spodni wyciągnął idealnie pasujący do jego ręki pistolet - Może kiedyś w zaświatach mi za nią podziękujesz.
- O czym ty mówisz? - uniosłem brwi z niezrozumienia. Co on miał na myśli?
- Ach, no tak. Przecież ty nie wiesz...
Thomas udał wzruszonego. Vanessa raptownie otworzyła usta, ale w porę dłoń blondyna jej to uniemożliwiła.
- O czym nie wiem? - warknąłem zły. - O czym!?
- O dziecku.
- Thomas! - wrzasnął Chris, ale nie zwróciłem na niego nawet uwagi. Wciąż lustrowałem wzrokiem swojego wroga.
- Jakim dziecku?
- Twoim dziecku.

*Perspektywa Vanessy*

Próbowałam za wszelką cenę wydostać się z uścisku Thomasa by przeszkodzić mu w tym co chciał wyjawić Harry'emu. Szarpałam się, kopałam by przestał zjeżdżać na niewłaściwy tor drogi. On nie mógł wyjawić mojej prawdy!
I ku zaskoczeniu wszystkim, zrobił to. Jedno słowo sprawiło, że raptownie poczułam ukłucie w sercu. Łzy same napłynęły mi do oczu, a bezgraniczny smutek ogarnął moje ciało. Zadrżałam, choć przestałam się już wiercić. Teraz jedyne co się liczyło to Harry, który właśnie dowiedział się o sekrecie. O najważniejszym sekrecie.
- Co?
Młody chłopak zrobił się blady jak duch. Zachwiał się do tyłu, ale w porę utrzymał równowagę. Wyglądał, jakby dostał potężnego kopniaka w brzuch.
- Masz dziecko, Harry. - Thomas mówił spokojnie, choć słychać było rozbawienie zmieszane ze znudzeniem i złośliwą satysfakcją - Prawie dwu letnią córkę. Vanessa ci nie wspomniała o niej przypadkiem?
Spojrzenie Harry'ego momentalnie znalazło się na mojej osobie. W jego zielonych oczach zauważyć można było bezradne zdezorientowanie. Próbował szukać we mnie odpowiedzi, palił wzrokiem by wydusić ze mnie cokolwiek. Ale nie potrafiłam. Nie potrafiłam przyznać się do tego co się wydało.
Chris i Ryan patrzyli na Harry'ego smutni i zmęczeni. Wiedzieli, że to koniec ukrywania prawdy.
- To niemożliwe. - mówiąc to cichym i zgaszonym tonem, głos trochę mu się załamał.
- Owszem, że możliwe. - Thomas jęknął w geście oburzenia - Cóż, zresztą chyba sam nie mógłbym uwierzyć na twoim miejscu, gdyby ktoś mi coś takiego powiedział.
- Czy... czy to prawda... Vanessa... czy to... - Harry jąkał się, nadal realizując wszystko po kolei. Odwróciłam głowę od jego natarczywego wzroku. Słone łzy niespodziewanie zaczęły spływać po policzkach - Czy my...
- Harry... - próbowałam uformować przyzwoite zdanie - Ja...
- Czy mam córkę!? - podniósł głos zdecydowanie - Powiedz, że on kłamie... powiedz...
- On nie kłamie. To prawda. - nasze spojrzenia ponownie się spotkały. Harry wyglądał, jakby kazano mu uwierzyć w coś niemożliwego: śnieg latem, zimowy Londyn bez deszczu. - Przepraszam... przepraszam za...
Chłopak odwrócił się plecami do mnie i zaklął cicho. Mięśnie napięły się na jego ciele, gdy stanął jak zamurowany. Przetarł dłońmi niespokojnie swoją twarz, po czym wrócił do mnie wzrokiem.
- Ukrywałaś, że mam dziecko! - wrzasnął. Starał zbliżyć się do mnie, zniszczyć barierę, która nas oddzielała, ale Thomas na to nie pozwolił. Jedną ręką odepchnął zezłoszczonego Harry'ego do tyłu. - Próbowałaś odebrać mi to co dla każdego człowieka jest najważniejsze! Mieć rodzinę!
- To nie jest twoje dziecko! - krzyknął nagle Chris z taką siłą, że wraz z Ryanem aż drgnęliśmy w  miejscu - Nigdy nie było...
Thomas zaśmiał się cicho do siebie. Harry spojrzał na chłopaka z osłupieniem, ale widząc twarz swojego wroga, szybko zrozumiał, że coś jest nie tak.
- Próbujesz mi wmówić, że dziecko o którym mówi Thomas jest twoje? - mężczyzna o ciemnej barwie zielonych oczu z widniejącymi dołeczkami gdy tylko szyderczo się uśmiechnął, zbliżył się do mojego przyjaciela, który nadal siedział obezwładniony na krześle. - O to ci właśnie chodzi?
Co Chris próbował zrobić? Przecież nie mógł odkręcić całej sytuacji.
- Nigdy na nią nie zasługiwałeś. - syknął gniewnie - To dziecko... ono nigdy nie było i nie będzie twoje... nigdy. 
Harry pochylił się prędko by sięgnąć po nóż z podłogi, po czym zawisł nad Chrisem, uśmiechając się mściwie. Złość zawładnęła jego ciałem. Uniósł nóż i spokojnie naciął skórę mężczyzny na ramieniu. Poczuł dreszcz podniecenia. Nie do końca wiedział czemu, ale to nie było istotne. Spod knebla wydobył się stłumiony krzyk, gdy ostrze powoli zjeżdżało od zgięcia łokcia aż po nadgarstek. Krew spłynęła do palców, wsiąknęła w rękaw pedantyczniej koszuli. Brązowe oczy mężczyzny wypełnione były bezgranicznym strachem. Harry patrzył w te oczy i widok tkwiącego w nich przerażenia sprawiał mu niewysłowioną satysfakcję. Spokojnym ruchem odgarnął z twarzy swoje włosy, a następnie przesunął nożem po policzku ofiary, nie zostawiając tym razem śladu. Nigdy nie zastanawiałam się nad tym, czemu właściwie to robi. Chyba dla zabawy.
 - Już dawno chciałem to zrobić. - Harry przybrał cichy, choć złowrogi ton - Ale nie miałem na to okazji. Wiem, że cierpisz z powodu tego co się wydało. Myślisz, że nie wiem, że chętnie byś się do niej dobrał, gdyby ci pozwoliła? Miałeś tyle szans, każdą zaprzepaściłeś. Straciłeś u niej szansę w momencie, kiedy powiedziałem jej kto był prawdziwym sprawcą mojego postrzału. Ona nigdy ci tego nie wybaczy.
- Harry nie! - krzyknęłam. Zanim udało mi się wyrwać z uścisku Thomasa i pobiec w stronę Christophera, jego ciało opadło z krzesła, kiedy Harry rozciął sznurki wokół jego nadgarstków oraz stóp. Poczułam, że krew bardziej pulsuje w moich żyłach. Nóż wbity w klatkę piersiową mojego przyjaciela sterczał bacznie, a wokół niego plama krwi powiększała się coraz szybciej na pobrudzonej od ziemi koszuli. Chris dotknął z szokiem narzędzia, dłońmi czerwonymi od jego własnej krwi, po czym uniósł głowę by styknąć się ze spojrzeniem Harry'ego, który z zadowoleniem przyglądał się swojemu dziełu. 
Gdy znalazłam się przy nich obojgu, odepchnęłam sprawcę całej zbrodni od ofiary, która wykrwawiała się na śmierć. Obok Ryan zaczerpnął raptownie powietrza, nadal słaby.
-  Co ty zrobiłeś!?  - w moim oczach zbierały się łzy, kolejne, które nie umiałam powstrzymać. To nie mogła być prawda. Chris nie umierał! Nie mógł, nie teraz! - Dźgnąłeś go!
- Zasłużył na śmierć! - powiedział srogim tonem. Jak on mógł być taki zły wobec ludzi? 
Thomas ze skrzyżowanymi przed sobą rękami, lustrował nas wszystkich wzrokiem. Wydawało mi się, że co jakiś czas się śmieje. Przytkałam palce do szyi Chrisa by sprawdzić czy jest puls. Rozluźniłam mięśnie, gdy okazało się, że jest, ale bardzo słaby.
- Nikt nie zasługuje na śmierć! - odwróciłam się gwałtownie w jego stronę. - Nikt! 
Harry zamarł w miejscu na moje słowa. Pomyślałam wtedy o chłopcu, młodym i chętnym do życia, który obiecał, że nie będzie już nigdy robił żadnych głupstw. Że skończył z bycia podstępnym kryminalistą, myślącym tylko i wyłącznie o sobie. Przyglądałam się teraz Harry'emu, nie widząc w nim żadnych z tych rzeczy. W jego oczach kiedyś było światło... jasny, radosny blask. A teraz to światło zgasło jak zdmuchnięty promyk. Harry, którego kochałam zniknął wraz z nim.
- Wolałabyś by morderca, który omal mnie nie zabił, wciąż żył? - jego oczy paliły ogniem przepełnionym wściekłością - Pozwoliłabyś, żeby żył, żeby pewnego dnia zrobił krzywdę naszej córce!?
Naszej córce. Te dwa wyrazy odbijały się w mojej głowie echem. Nie dowierzałam, że właśnie Harry to powiedział.
- Chris nigdy nie skrzywdziłby mojej córki! - oznajmiłam stanowczo, dając wyraźny nacisk na ostatnie słowa - Nie jest takim podłym człowiekiem jak ty! 
- Wystarczy! - nawet oboje nie zauważyliśmy Thomasa, który nagle znalazł się pomiędzy nami obojga - Przypominacie mi tych beznadziejnych aktorów wenezuelskich telenowel.
- Cofnij się! - Harry wyciągnął nóż przed siebie - Dostałeś to co chciałeś! Puść ich teraz wszystkich wolno!
Thomas nie był wcale zaskoczony postępowaniem swojego wroga. Jedynie zaśmiał się mu w twarz i sam wycelował w niego pistolet.
- Przypomniało mi się jak miałem dwadzieścia lat. Byliśmy w Londynie. Próbowałeś mi grozić, a wtedy postrzeliłem twoją siostrę. Na szczęście przeżyła, choć teraz nie jestem w stanie stwierdzić, czy strzał, który mam zamiar wykonać w stronę Vanessy, będzie śmiertelny lub nie. 
Raptownie znienacka ujrzałam jak Harry odrzuca ostry nóż na ziemię, po czym rusza w stronę Thomasa. Jasnowłosy mężczyzna próbował postrzelić chłopaka, choć cel okazał się nietrafny, poprzez szybki ruch przeciwnika. Styles odrzucił pistolet na ziemię, butem za chwilę kopiąc go jak najdalej od siebie. W mgnieniu oka wymierzył łokciem cios w twarz Thomasa, co sprawiło, że ten odchylił gwałtownie głowę do tyłu. Jednakże nie odbyło się bez odwrócenia ról. 
Gdy Thomas powalił Harry'ego na ziemię, szturchnęłam ciałem Chrisa by spróbować go obudzić. Puls, choć nadal słaby dawał mi do zrozumienia, że jeszcze nie wszystko stracone. Musiała być jakakolwiek szansa na to, że chłopak żyje.
- Chris... - dotknęłam twarzy przyjaciela, w niektórych miejscach umazanej krwią. Rana na jego koszulce oraz ramieniu pogłębiała się coraz bardziej. - Chris obudź się. Proszę. Wiem, że mnie słyszysz. Wiem.
- Vanessa. - uniosłam wzrok, słysząc znajomy kojący głos. Ryan na szczęście był cały, choć również w nie najlepszym stanie zdrowia. Nadal był przywiązany do krzesła. - On może tego nie przeżyć.
Ból, jaki wyczułam ze słów Ryana, również mnie dotknął. Chris nie mógł mnie zostawić. Nie mógł się poddać.
- Nie. Musi być jakieś wyjście, musi...
Trzask rozwalanego szkła oderwał mnie od oczów przyjaciela, który ze spokojem wpatrywał się we mnie, próbując w jakimś stopniu pomóc. Wiedział, że gdyby Chris odszedł, to tak, jakby jakaś część mojego serca odeszła razem z nim. 
Harry momentalnie uderzył głową o okno na które jeszcze chwilę temu rzucił go Thomas, skutkując rozsypaniem się małych odłamek szkła na podłodze. Chłopak syknął na zadany ból, ale nie dawał za wygraną. Ponownie ruszył w stronę przeciwnika, po czym silnym rozmachem nogi, tym razem zdobywając przewagę, powalił Thomasa z nóg. Silny zamach uderzył przeciwnika w same biodro.
- Moja Vanessa... - kiedy spojrzałam w dół, czując pod sobą drżenie i głos Chrisa, ujrzałam go żywego. Jego powieki zatrzepotały, a mnie przeszył ogromny ból. Myślałam, że przyjaciel już nie żyje. Spojrzał na mnie zagubionych wzrokiem, jakby widział mnie po raz pierwszy. - Harry... Harry miał rację co do mnie. Ale przecież wszyscy popełniamy błędy. Nawet i ja. 
Jego głos brzmiał niewyraźnie, jakby dochodził spod wody. Przebiegł wzrokiem po mojej twarzy, po krwi na ubraniu, aż w końcu popatrzył na własną pierś i czerwony strumień wypływający przez wielkie rozdarcie w koszuli. Ściągnęłam z siebie bluzę, złożyłam ją i przycisnęłam mocno do rany, modląc się, żeby to zatrzymało krwotok.
Niestety. Materiał natychmiast przesiąkł krwią, jej cienkie strumyki zaczęły ściekać po bokach Christophera.
- O boże. - wyszeptałam - Chris...
- Nie. - przyjaciel chwycił mnie za nadgarstek, wbił w niego paznokcie.
- Ale...
- Umieram. Wiem. - zaniósł się urywanym kaszlem. - Wszyscy popełniamy błędy, Vanesso. Zazwyczaj mamy najlepsze intencje jak trzymanie czegoś w tajemnicy, by kogoś chronić. Albo chcemy oddalić się od osoby, którą się staliśmy. 
- Chris...
- Czasami nie wiemy nawet, jakie błędy popełniliśmy... - kontynuował - ... albo odkrywamy to w ostatniej chwili, żeby zdążyć wszystko wyprostować. Ale żaden błąd nie zdarza się bez powodu. Daje nam lekcje czegoś, czego w innym wypadku byśmy nie zrozumieli. Można mieć tylko nadzieję, że więcej nie popełnimy tego błędu. Ale przecież tak się nigdy nie dzieje
- O czym ty mówisz? Nigdy nie popełniałeś błędów dwa razy.
- Zrobiłem to. Więcej razy niż myślisz... - jęknął, gdy nagły ból przeszył jego tors - I choć wiedziałem, że są złe, ponawiałem je. Za każdym razem, gdy chodziło o ciebie.
Znałam Christophera od dzieciństwa. Pamiętałam wszystkie nasze wspomnienia, każde jakie kiedykolwiek razem stworzyliśmy. Zawsze trzymaliśmy się razem. Ja, on i Miranda. Moja mama nazywała nas "Świętą Trójką", nie rozstawaliśmy się ze sobą. Dlatego teraz nie mogłam pozwolić, by pomimo tylu lat, rozdzielono nas w inne kierunki.
- Wybaczam ci. Wszystko ci wybaczam...
- Nie potrzebuję twojego wybaczenia. - złapał kurczowo moją dłoń i zacisnął ją w swojej - Tam gdzie pójdę, nie będzie to miało większego znaczenia. Chcę jedynie wiedzieć, że mnie kochasz. Tak jak ja kocham ciebie. 
Pełne troski oczy styknęły się z moimi, próbując wydobyć z nich odpowiedź, która kryła się we mnie gdzieś głęboko zakorzeniona. Sama nie potrafiłam odpowiedzieć na pytanie, czy go kocham. Jako przyjaciela owszem, ale czy jako osobę z którą mogłabym ułożyć sobie życie? Christopher od zawsze był we mnie zakochany, widziałam jak ukazywał swoją miłość, jak uśmiechał się na mój widok, gdy ja wtedy nie patrzyłam. Co miałam powiedzieć osobie, której nigdy w życiu bym nie zraniła? Co miałam powiedzieć, żeby nie złamać w nim miłości?
- Wiesz, że kocham cię tylko i wyłącznie jako przyjaciela... - szepnęłam - Już bardziej bym nie potrafiła cię pokochać.
Odwróciłam na chwilę wzrok w stronę Harry'ego i Thomasa, którzy nie przerywali zaciętej i z jednej strony sprawiedliwej walki. Czoło Harry'ego było rozcięte, prawdopodobnie przez szkło, którym Thomas próbował wcześniej przeciąć mu twarz. Oboje byli nie w najlepszym stanie, chwiejnymi krokami, ale ciągle dopracowanymi wymierzali w siebie ciosy. 
- Kochasz go. - oznajmił znienacka Chris bez ani krzty złości w sobie. Powróciłam do lustrowania go wzrokiem. - To dlatego nie umiesz mnie pokochać.
- Może jest w tym trochę racji. - ucałowałam obie dłonie przyjaciela, które nagle zacisnęły się wokół jednej mojej. Trzymał tak mocno, jakby nigdy nie chciał jej puścić. - Może po prostu ciężko mi otworzyć serce dla kogoś innego po tym co przeszłam. 
Kątem oka zorientowałam się jak Ryan podsłuchujący obok, odwraca wzrok od naszej dwójki.
- Gdy byliście razem... - Chris nabrał powietrza. Oczy rozszerzyły się ze strachu, krew pociekła z ust. - ...nie było dnia bym nie myślał o tobie... o tym jak Harry źle cię traktuje. Zgodziłem się pomóc Thomasowi, byś była bezpieczna. Bo zależało mi na tobie, bardziej niż mogłabyś sobie to wybrazić. 
- Zrobiłeś to co kazano ci zrobić. Gdybyś nie zgodził się na układ z Thomasem, prawdopodobnie na następny dzień, każdy z nas byłby martwy. Nie wiem czemu dopiero teraz zdaję sobie sprawę z tego ile razy miałeś rację, mówiąc mi to po raz pierwszy. I jaka głupia byłam, że zamiast ci uwierzyć tak po prostu złamałam ci serce. 
- Każdy człowiek ma prawo inaczej zrozumieć daną sprawę. Nie mam ci za złe tego, że nie zaufałaś mi, gdy wyjawiłem ci swoją prawdę. Byłem przygotowany na takie zaufanie. Zazwyczaj kobiety tak właśnie reagują... zbyt pochopnie.
Jego głos przypominał charkot, palce miał śliskie od krwi. Czułam jak powoli ulatuje z niego życie. 
- Nie zostawiaj mnie... proszę. - coraz bardziej gubiłam się w swoich słowach. Oczy zeszkliły się błyskawicznie. Bluza, którą wcześniej przytkałam do rany przyjaciela, teraz zmieniła się w mokrą szmatę. - Ja... ja cię potrzebuję.
- Nie masz powodów do łez, Vanesso. - mokre dłonie przyłożył do moich policzków, nie zważając nawet na rubinową krew - Skończyło się po prostu pewne życie, które nie miało sensu być ciągnięte na siłę. Ostatnio wszystko wydawało się takie... nijakie. Robienie coś pod przymusem, trafianie w złe miejsca przez zagubienie... - brązowe oczy Christophera rozszerzyły się jeszcze bardziej, twarz przybrała kolor starego pergaminu, wargi zrobiły się prawie białe. Pomimo braku sił, nadal podejmował się tworzyć długie zdania. - Czy to naprawdę było mi potrzebne? Czasami zaczynam żałować, że nie ocknąłem się wcześniej, o wiele wcześniej, gdy był na to odpowiedni czas. Może teraz żyłbym zupełnie inaczej. A nawet na pewno moje życie byłoby teraz weselsze. Jednak los chciał dla mnie inaczej. Postarał się o to, abym zatruł się toksycznymi znajomościami, które przepełnione były kłamstwami. Szkoda, że dotarło to wszystko do mnie tak późno... Lecz podobno lepiej później niż w ogóle. Oby tak było i tym razem.
- Nie zostawię cię. - szepnęłam łamliwym głosem - Nie pozwolę ci umrzeć.
- Umieram Vanesso, nie możesz temu zaradzić... - odparł zdecydowanie bez krzty strachu - Posłuchaj. Ja... chcę byś zabrała stąd Ryana i uciekła z nim jak najdalej. Harry... on wie o Lily. Nie pozwól mu na to, co przez tyle miesięcy starałaś się ukrywać. On nie może ponownie wejść do twojego życia. Zapobiegnij tego.
- Chris proszę... Bez ciebie, moje życie... ja...
Chris podniósł głowę, odrywając się od wycierania podłogi, gdy usłyszał jak mój głos się załamuje. Nie chciałam zamienić się w płaczącą kupkę nieszczęścia, ale on rozpoznawał oznaki nieuchronnego i już oboje wiedzieliśmy, że za moment się rozpłaczę. Przyjaciel przytknął moją dłoń do miejsca w którym znajdowało się jego serce na co mój oddech znacznie przyśpieszył.

- Kiedy wyjechałem do Nowego Jorku, czułem cię tutaj. - rzęsy bruneta opadły, gdy powiódł wzrokiem za swoimi palcami. - Bolało, kiedy byłem daleko od ciebie. Jakbym miał hak zaczepiony o żebra, za który ktoś ciągnie z drugiej strony. Jakbym był do ciebie na stałe przywiązany, bez względu na dzielącą nas odległość. Chcę... chcę tylko byś wiedziała, że zawsze będę przy tobie, Vanesso. Może mnie nie zauważysz, ale będę. Powiedz Lily, że wujek ją kocha. Powiedz mojej matce, spal moje ciało. Wiedz, że kocham...
Nachyliłam się nad Christopherem z niepokojem, kiedy jego głos drgnął, kończąc zdanie.
- Chris?
Nie dostałam odpowiedzi. Twarz przyjaciela zastygła, oczy się wywróciły i znieruchomiały, dłonie zsunęły się z moich i opadły swobodnie na podłogę. 
- Czy on? - w głosie Ryana brzmiała nutka rozpaczy.
- Chris. - powtórzyłam i przytknęłam palec do miejsca na jego szyi, gdzie powinien bić puls, choć wiedziałam, co znajdę. 
Nic nie wyczułam. Mój przyjaciel nie żył.
~*~
  
Thomas rzucił z siłą Harry'ego na podłogę, na co ten przewrócił się i wylądował na samych plecach. Mocny odgłos upadku odbił się od ścian. Nieprzyjemne uczucie w moim żołądku pogłębiło się, kiedy wymienili przebiegłe, ale zmęczone uśmiechy. Obydwoje próbowali wywalczyć dominację, każdy chciał pokazać własną siłę. Któryś z nich musiał zginąć, tego właśnie mieli zamiar dokonać. 
Spojrzałam na nieruchome ciało Chrisa i przetarłam łzy. Ryan obserwował mnie bezbronnie, wiedząc, że gdyby mógł, przytuliłby mnie i pomógł zagoić ranę. Ale to był gorszy ból, ból z którym żyje się do końca życia z wiedzą, że nawet nie zrobiło się nic by pomóc przeżyć bliskiej osobie.
Podniosłam się na nogi, orientując się, że Thomas przycisnął Harry'ego do podłogi swoim ciałem i właśnie okładał go pięściami, gdy ten w między czasie bronił się jak tylko mógł, krzyżując ręce przed sobą. Musiałam temu zaradzić.
- Vanessa... nie możesz. - do moich uszu dobiegł głos Ryana. Wydawało mi się, że zamiast niego słyszę spokojny ton Christophera. Ale przecież on nie żył. Nie żył przez Harry'ego. - Musimy stąd uciekać...
Podeszłam chwiejnym krokiem do przyjaciela i pomogłam mu ze sznurami, które nadal przytrzymywały go na krześle. Jego rana na klatce piersiowej również pogłębiała się, ale nie tak szybko jak wcześniej Chrisa. Straciłam jednego przyjaciela, nie mogłam stracić i drugiego. Ryan z moją pomocą wstał na nogi.
 W rogu pomieszczenia znajdowały się rozbite szkła, przynajmniej dwie szyby z pięciu na jednej ścianie zostały rozbite. Z worków wysypały się ziarna, coś podobnego do karmy dla kur na farmach.
- Przyjechałaś samochodem? - z zamyślenia wyrwał mnie głos Ryana.
- Tak.
- Musisz się do niego udać, Vanesso. - przyjaciel położył swoje dłonie na moich policzkach by skłonić mnie do spojrzenia mu w niebieskie jak bezchmurne niebo tęczówki. Koiły mój ból, jakby starały się wypalić ciągłe cierpienie.
- Co z tobą? 
- Zaufaj mi, proszę.
 Opuścił swoje dłonie z mojej twarzy, a ja momentalnie odczułam zimno na policzkach, kiedy wiatr mocniej zawiał. Ryan wyglądał słabo, ale zdeterminowano jak jeszcze nigdy przedtem. 
- Jak mogę ci zaufać, jeśli nie wiem co chcesz zrobić. - szepnęłam - Powiedz mi.
- Obiecaj, że udasz się do samochodu i będziesz trzymać się z daleka od tego budynku. - mówił stanowczo - Wrócę jak najszybciej się da, a wtedy wyjedziemy. Razem. Daleko gdzie tylko los nam pozwoli. 
Jego głos załamał się, choć nie dał po sobie tego poznać. Rzucił mi jedynie troskliwe spojrzenie, po czym odbiegł w stronę walczących w głębi pomieszczenia Harry'ego oraz Thomasa. On nie mógł walczyć. Przecież to było dla niego zbyt ryzykowne. Nie mógł walczyć... Nie z takim stanem zdrowia.
- Ryan! - krzyknęłam, ale chłopak nawet nie odwrócił się w moją stronę. 
Stanęłam jak wryta, widząc jak odpycha rozzłoszczonych mężczyzn od siebie nawzajem. Oboje wyglądali strasznie. Ich twarze były pokaleczone, ręce zaś mokre od krwi powstałej na ich ciałach. 
- Twoja siostra miała cię daleko gdzieś! - wykrzyknął Harry, próbując odepchnąć od siebie Ryana, który zawzięcie próbował powstrzymać ich przed następnymi atakami - Nigdy nie tworzyliście wspaniałej rodzinki! Zawsze coś musiałeś spierdolić! Nie rozumiem, dlaczego w ogóle wyjechałeś, skoro mogłeś wziąć ze sobą Jaspera! Obwiniasz mnie za to, że stoi po mojej stronie, ale to tylko oznacza, że wie jakim pojebańcem się stałeś!
- Wyjebie ci wszystkie zęby, jeśli jeszcze raz powiesz coś na temat mojego rodzeństwa! - Thomas mocnym szarpnięciem odciągnął Ryana od Harry'ego, po czym rzucił się na niego jeszcze bardziej uparcie. Ten skulił się na ziemi z bólu.
Harry jednak nadal nie chciał się poddać. Ze złością i z całej siły wymierzył w przeciwnika kolejny cios, tym razem podcinając mu nogi, gdy ten próbował uderzyć w twarz. 
Podbiegłam raptownie do Ryana, który leżał na kamiennej podłodze, zimnej i twardej. Ręką machnął swobodnie, że nic mu nie jest. Za chwilę wskazał na wciąż okładających się pięściami mężczyzn. To przybierało coraz to większej brutalności.
Podążyłam wzrokiem za Harrym, który przyciskał łokciem głowę Thomasa do ziemi. Twarz przeciwnika stawała się czerwona. W pewnym momencie, blondyn wyciągnął rękę spod ciężaru Stylesa i uderzył go w brzuch. Styles po raz kolejny upadł na plecy.
- Harry nie! - poderwałam się z podłogi, najszybciej jak umiałam i odciągnęłam Thomasa, który sam za chwilę zachwiał się do tyłu ze zmęczenia. - Przestań! 
Oczy szatyna jak drogie szmaragdy zabłysły, gdy ujrzały mnie blisko siebie. Wydawał być się zszokowany moją obecnością. Położyłam jedną dłoń na jego bicepsie, drugą na zgarbionych plecach by pomóc mu wstać. Ale ten, kiedy uniósł się potem na własnych siłach, odepchnął mnie, w chwili zorientowania się, że stoimy zbyt blisko siebie. Mogłam przysiąc, że poczuł się nieswojo.
- Nie podchodź do mnie! - warknął, jakbym poparzyła go dotykiem - Powinnaś się stąd wynosić!
- Nie bez was! - wskazałam na Ryana palcem wskazującym. Harry od razu przybrał kamienną twarz, nie mogąc przetworzyć moich słów w swojej głowie. Czyżby to wydawało się dla niego aż takie dziwne?
- Nikt stąd nie wyjdzie żywy! - silne ramię Thomasa zacisnęły się wokół mojej szyi, pociągając mnie do siebie. Harry próbował temu zaradzić, ale uniemożliwił mu to wyciągnięty w jego stronę nóż, który wcześniej rzucił na ziemię, jeszcze przed walką. Musiał Thomas po niego sięgnąć w między czasie naszej rozmowy, pomyślałam. - Uważasz Styles, że puszczę ci to gładko? Że ich wypuszczę? Po co mi pozbywać się jednego z was, jak mogę mieć was trzech.
Harry spojrzał na mnie wzrokiem, który zapadł w zapomnienie tak bardzo dawno temu. Nie umiałam go zrozumieć, ale wiedziałam, że coś oznaczał. 
- Mieliśmy umowę. Jeśli pozbędę się Chrisa lub Ryana, wypuścisz ich żywych. Zabiłem Chrisa. Teraz twoja część umowy. 
- Zbyt mocno zaszłeś mi za skórę. - warknął przeciwnik i mocniej docisnął swoje ramię do mojej szyi. Powoli zaczynało brakować mi tchu. - Przez te wszystkie lata miałem okazję wybić każdego, kto był ci bliski. Nie zrobiłem tego, a wiesz czemu? Bo wciąż myślałem, że jest dla mnie szansa w dobrym świecie. Że mogę odzyskać rodzinę, straconych przyjaciół. Ale myliłem się. Po co mi to? Po co chce się mieć coś, czego nie można mieć?
- Można mieć wszystko. - Styles uniknął mojego spojrzenia przenosząc je na wroga. - Ty mogłeś mieć wszystko co chciałeś, jeśli wierzyłbyś, że jest to możliwe. 
- Tak mówisz? A czy ty możesz mieć wszystko, czego chcesz? Przyjaźń, miłość, szczerość? Czy nie to właśnie straciłeś?
Harry zamarł w miejscu. Wydawało się, jakby w jego ustach zaschło, jakby żadne słowo nie umiało się przecisnąć. Przez moment serce ścisnęło mi się bardziej.
- Nie jestem pewien czy tego żałuje czy nie. - odpowiedział bezdusznie po dłuższej ciszy, jaka pomiędzy nami zapadła. Ryan przyglądał się nam z zaciekawieniem. - Może tak, może nie. 
Bezustannie obserwowałam szatyna, starając się zrozumieć co ma na myśli. Ten również nagle spojrzał w moją stronę i skinął głową.
Znienacka zamachnęłam się wolnym łokciem prawej ręki co poskutkowało uderzeniem przeciwnika w brzuch. Blondyn zgiął się do przodu. Harry wykorzystując sytuację podskoczył do Thomasa i przyszpilił go do podłogi, po czym obie ręce wykręcił mu na plecach w sposób jaki policjanci zazwyczaj chwytają uciekinierów.
W tym momencie w budynku rozszedł się hałas i do środka z hukiem wbiegli chłopaki. Liam, Zayn oraz Jasper rzucili się w stronę Thomasa, na co pozostali Niall oraz Louis podbiegli do mnie oraz Ryana. Mężczyzna wydał z siebie cichy okrzyk zadowolenia. Tylko Ashton zatrzymał się przy martwym Christopherze. Boże, skąd oni się dowiedzieli o tym, że tu jesteśmy!? Pewnie Miranda...
- Czy on... - odezwał się niepewnie Ashton - Czy on nie żyje?
- Na to wygląda. - odparł Niall. Blondyn znalazł się za chwilę obok niego - Marnie wygląda.
- A żebyś wiedział.
- Ty zdrajco! - Thomas niespodziewanie wrzasnął, sprawiając, że każdy wzrok zebranych poleciał ku niemu. Mocno szarpnął się w uścisku Liama oraz Louisa, którzy postanowili zabrać go do samochodu. - Ty podstępna szujo! Zdradziłeś mnie, Jasper! Zdradziłeś własnego brata!
Jasper, blondyn tak bardzo podobny do swojego rodzeństwa, stanął jak wryty. Po twarzy widać było, że bolało go to jak on i jego brat odnoszą się do siebie. Ale wiedział, jaki jest Thomas. Że nigdy nie poświęciłby się dla Jaspera, tak jak on kiedyś chciał dla niego. - Pozwolisz im na to!? Żeby mnie zabrali, zamknęli gdzieś...
- Zasłużyłeś sobie na to! - warknął stanowczo Jasper, podnosząc wzrok na brata, który oddalał się od niego coraz bardziej - Powinienem jeszcze im pozwolić na to by cię od razu zabili! Ale gdy tylko dowiedziałem się, że tu jesteś, próbując dokonać swojej zemsty, nie pozwoliłem im tak czy siak. Ponieważ do ciebie mam całkowicie inne plany.
Thomas jedynie przybrał zdenerwowany grymas i już więcej nie wypowiedział ani słowa. Zniknął za budynkiem wraz z Louisem oraz Liamem.
Objęłam ramionami Ryana, który usiadł pośpiesznie i syknął gwałtownie, gdy tylko to zrobił. Kątem oka zauważyłam jak Harry przygląda się mojej osobie, pomimo tego iż Zayn oraz Jasper próbują zatrzymać krwawienie z jego czoła oraz obdartych rąk. Wtedy przypomniało mi się, co Thomas dokonał, jeszcze nie tak dawno temu. Harry wiedział o moim sekrecie. Wiedział o tym, że ma córkę. Dziecko swojej krwi i genów.
- Odwalcie się! - szatyn odepchnął raptownie dwóch przyjaciół, po czym wstał chwiejnie i ruszył w moją stronę. Drgnęłam, odsuwając się od Ryana. - Gdzie ona jest?!
- Kto? - Jasper próbował zatrzymać Harry'ego w połowie drogi - O kim mówisz?
- O mojej córce! - złość opętała jego podświadomość - Gdzie ona jest?
 ~*~
Od autorki: No i się wydała tajemnica! Zastanawialiście się, że sprawa może wyjść na jaw przez kogoś takiego jak Thomas?  
Jestem ciekawa jak wasze emocje wariują. Opiszcie je w komentarzach! :) x
Rozdział 104 pojawi się 13 Maja :) 
Zatem do zobaczenia x

PS. Mam dla was bardzo ważną wiadomość. Długo myślałam nad tym i w końcu postanowiłam, że wezmę się za pisanie jeszcze jednego opowiadania, zanim skończę już ogólnie moją przygodę z pisaniem. Moje drugie opowiadanie "Słabość do Białego Domu" jest totalną przeciwnością "You Will Always Be My Property". Będzie ono bardziej spokojne, uczuciowe oraz lepiej opisane. Mam nadzieję, że historia przypadnie wam do gustu. Prolog już jest, więc przekonajcie się sami :) x 

(kliknij w okładkę by przenieść się do opowiadania)

https://www.wattpad.com/story/106905953-soft-spot-for-the-white-house



1 komentarz:

  1. Wow. Zapomniałam o tym blogu przez jakiś czas, wchodzę, a tu rozdział, który wywołuje u mnie same skrajne emocje. Aż nie mogę usiedzieć w miejscu...
    Pozdrawiam, Michalina

    OdpowiedzUsuń