2 lip 2017

Rozdział 107

Pobliski park jesienią był prawdziwą orgią kolorów. Drzewa okalające łąkę przybrały jaskrawe barwy i otoczyły zielenią, płonącym złotem, czerwienią, miedzią i rudością. Liście z cicha szumiały mi nad głową; po samym ich szmerze można było odgadnąć, jaką mieliśmy porę roku. Nie było to wesołe, roześmiane drżenie wiosny ani łagodny szelest i przeciągły rozhowor lata, nie był to lękliwy i chłodny szept późnej jesieni, lecz prawie nieuchwytne, senne szemranie. Lekki powiew ledwo ledwo przeciągał po wierzchołkach drzew.
Na terenie parku przebywało niewiele osób: dwóch bezdomnych, okutanych w śpiwory, paru facetów w zielonych uniformach opróżniających kosze na śmieci, a także jeden mężczyzna pchający wózek z kawą, pączkami i preclami.
Pogoda naprawdę sprzyjała w ten dzień. Popołudniowy spacer był doskonałym pomysłem, na który oczywiście wpadł Ryan. Miał rację, że oboje powinniśmy przestać chociaż przez chwilę myśleć o tym, co się wokół nas dzieje i po prostu zajęli się sobą. Za dużo zatracałam sobie myśli tym, czym w ogóle nie powinnam. Wracałam do przeszłości, do złych wspomnień, które nadal mnie nawiedzały. Przede wszystkim do śmierci Christophera, kiedy to trzymałam martwego przyjaciela na kolanach; zakrwawionego, pełnego winy, że nie brał pod uwagę innych perspektyw w danych sytuacjach. Wiedział, że śmierć to będzie jego kara za wszystko do czego doprowadził, ale nigdy z nikim się o tym nie podzielił. Ponieważ z jednej strony chciał tego. Uważał, że tylko tak może wszystko naprawić. Otrzymać Boże przebaczenie po przez własną śmierć.
Ale niestety nie tylko ta myśl nie dawała mi spokoju. Harry był również cząstką tego, co utrudniało mi panowanie nad sobą. Zdawało mi się, że z każdym dniem, wydaje się być inny, wcale nie podobny do tego Harry'ego, który powrócił z Miami. Tamten przesiąknięty był dziką chęcią zemszczenia się na tych, co wyrządzili w jego poprzednim życiu same krzywdy, które do dziś pozostawiały bolesne rany. Ale teraz tak jakby to wszystko straciło swój ogień, emocje przygasały z niewiadomego powodu. Czułam, że coś jest z nim nie tak, ale to było zbyt trudne do opisania. Harry był zresztą ciężkim człowiekiem, który przeważnie starał się zmylić innych swoim zmiennym charakterem. To było coś jak jego atrybut, wyróżniający go spośród innych. Dlatego odkąd straciłam z nim kontakt na ostatnie kilka miesięcy, wszystko przychodziło mi z wysiłkiem jeśli chodziło o odgadnięcie tego, co tak naprawdę kryło się w jego głowie.
Ryan szedł w ciszy ku mojego boku, podczas spaceru powrotnego do domu. Wyglądał na zmęczonego. Miał cienie pod oczami, które dużo mówiły o nieprzespanej nocy. Nawet nie zadał sobie trudu włożenia kurtki, choć jesienny wiatr stał się teraz wyjątkowo silny. Widok chłopaka w samych jeansach i cienkim jasnym swetrze przyprawił mnie o dreszcz. W ramionach trzymał śpiącą Lily, która zasnęła w połowie drogi z wyczerpania po prawie dwu godzinnym spędzeniu czasu w parku. Jej ciemne włosy okrywała wełniana czapka o krwistym kolorze, która wyraźnie podkreślała niedawno pojawione się rumieńce na dwóch policzkach.
Minęło dokładnie trzy dni, odkąd Ryan poprosił mnie o rękę. Był przeszczęśliwy, że zgodziłam się go poślubić, jeśli tylko wszystko się ułoży. Ale pomimo radości, dręczyły go również i wyrzuty sumienia, że może taka szybka propozycja małżeństwa nie była zbyt odpowiednia w aktualnej sytuacji. Starał się porozmawiać ze mną, czy nie potrzebuję przypadkiem więcej czasu na przemyślenie tego. Miał głównie mnóstwo obaw o to, że nadal kochałam Harry'ego i że może nigdy go nie pokocham, aż tak mocno jak jego, ponieważ to on w pewnym sensie stanowił podium. Trudno było przestać czuć cokolwiek do osoby, do której kiedyś uczucie było zbyt potężne, by móc je porzucić. Za wszelką cenę starałam się zapomnieć o Harrym, ale to było...
- Dużo myślałem ostatnio nad naszą wspólną przyszłością. - Ryan nagle przemówił, głosem pełnym zrównoważenia, ale i niepewności. Oboje szliśmy chodnikiem po bocznej stronie ulicy, mijając poszczególne domy w różnych kolorach, od jasnych wesołych barw po ciemniejsze bardziej mroczne. Moje mieszkanie było tuż za zakrętem. - I zastanawiałem się, jak to będzie wszystko wyglądać. Wiem, że teraz trudno nam jest cokolwiek zrobić ze względu na to co się aktualnie dzieje, ale aby być z tobą całkowicie szczerym, chciałbym móc wiedzieć co ty o tym myślisz.
- Co myślę o małżeństwie? - spojrzałam na niego. Lily nawet się nie poruszyła, kiedy wszczęliśmy rozmowę.
Chłopak lekko się uśmiechnął.
- Tak. No wiesz, o wspólnym życiu.
- Nadal masz obawy, że to co się stało, nie powinno mieć w ogóle miejsca? - spytałam cierpliwie. Nie próbowałam być negatywna w stosunku do przybranego tematu. - Ryan, nie powinieneś...
- Nie powinienem co? - ton głosu nie przybierał znajomego sarkazmu. Mówił opanowanie. - Martwić się?
- Znów próbujesz rozmawiać ze mną na temat Harry'ego.
- Bo doskonale rozumiem, że Harry zawsze będzie dla ciebie tym pierwszym. Ale... myśl, że twoja miłość do mnie nigdy nie będzie tak wystarczająco silna, krzywdzi mnie. Potrzebuję wiedzieć, mieć jakiekolwiek zapewnienie, że twoje uczucia do mnie są w stanie przezwyciężyć to, co ty czujesz do niego. Że są w stanie sprawić, że osłabnął.
- Wiesz dobrze, że Harry dla mnie nic nie znaczy. Nie chcę mieć z nim nic wspólnego. Czemu więc zaprzątasz sobie nim głowę?
- Po prostu mam wrażenie, że to małżeństwo jest dla ciebie jak szansa o zapomnieniu o twojej przeszłości z nim. Nie mam zamiaru zmuszać cię do małżeństwa, jeśli tak naprawdę go nie chcesz. Tylko mi powiedz.
Ryan gubił się w tym co mówił. Od samego początku pragnął zbudować ze mną coś stabilnego, a teraz, kiedy naprawdę miał szanse to zrobić, próbował wszystko zaprzepaścić. Tak, jakby się bał zrobić większy krok, pomimo iż zależało mu na mnie bardziej niż mogłam sobie to wyobrazić. 
- Kocham cię i dlatego nie bez powodu zgodziłam się za ciebie wyjść. - odrzekłam. - Musisz zrozumieć, że chcę być z tobą. Uczucia do Harry'ego tego nie zmienią, bo to ty sprawiasz, że czuję się doceniana. - zaczerpnęłam powietrza. - Zamieszkaj ze mną, Ryan. Wprowadź się do mnie, jeśli nie jesteś pewny moich uczuć.
 Oczy Ryana zabłysły. Momentalnie zatrzymał się w miejscu. 
- Mówisz serio?
- Oczywiście, że tak. - policzek miał zimny, gdy dotknęłam go dłonią. Nie byłam zresztą zdziwiona. Z każdą następną godziną, pogoda na zewnątrz robiła się coraz chłodniejsza. - Chcę być bliżej ciebie. Pokazać ci, byś przestał być niepewny tego co jest pomiędzy nami.
- Nie jestem nie pewny tego co nas łączy. - odparł, teraz ukazując uśmiech w całej okazałości. Podtrzymał Lily ramieniem, a drugim objął mnie wokół bioder i przytulił do siebie. Czułam napięte mięśnie pod męskim swetrem. - Po prostu martwię się, że może nie jesteś jeszcze gotowa na małżeństwo. Trochę mnie poniosło, że tak szybko zapytałem cię czy za mnie wyjdziesz, ale nie żałuję. Bo naprawdę pragnę byś została moją żoną. I nie potrzebuję nikogo do szczęścia niż ciebie.
Lily niespodziewanie obudziła się, mrużąc oczy przed słońcem. Owinięte rączki wokół szyi Ryana, teraz wyciągnęła w moją stronę. Chłopak podał mi posłusznie córkę, na co ta wtuliła się we mnie, jakby niewyspana i zmęczona. Poprawiłam jej małą czapkę, zanim ponownie zamknęła ciężkie powieki.
Wraz z Ryanem skręciliśmy na zakręcie w lewo, z daleka dostrzegając już dom. Osiedle w którym miałam mieszkanie, było niezwykle spokojne w przeciwieństwie do innych. Może dlatego, że znaczną część mieszkańców stanowili starsi ludzie, przeważnie na emeryturach.
Gdy dotarliśmy pod mieszkanie, usłyszeliśmy motocykl, zanim go ostatecznie zobaczyliśmy. Głośny ryk silnika przebijał się przez odgłosy niewielkiego ruchu na Walter Street. Motor przemknął przez skrzyżowanie i za chwilę skręcił w uliczkę w której znajdował się mój dom. Ryan i ja natychmiast odsunęliśmy się z podjazdu, kiedy motocykl zatrzymał się obok nas. Motocyklista puścił uchwyt kierownicy.
Silnik natychmiast ucichł. Mężczyzna pośpiesznie zdjął kask z głowy, ukazując swoją tożsamość. Jasne blond włosy rozsypały się wokół jego głowy, kosmyki kleiły się do twarzy. Jasper, jak zawsze ubrany był w tekstylną czarną motocyklową kurtkę i dobranymi do niej odpowiednimi spodniami. Był szalenie podobny do Thomasa.
- Jasper? Co ty tutaj robisz? - spytałam uprzejmie, nieco zaskoczona jego obecnością. Ryan chyba również. - Nie wspomniałeś, że się zjawisz.
Blondyn nie miał zadowolonego wyrazu twarzy. Sprawiał wrażenie czymś zaniepokojonego.
- Dzwoniłem do ciebie, ale chyba masz wyłączony telefon. - odrzekł. Zsiadł z pojazdu i oparł się o poręcz. - W każdym bądź razie, postanowiłem sprawdzić czy wszystko u ciebie w porządku.
- Czemu miałoby nie być w porządku? - odezwał się Ryan. Jasper zerknął na niego raptownie, ale nie zauważyłam by posłał mu nieprzyjemne spojrzenie. Aczkolwiek, w oczach jasnowłosego malowało się zainteresowanie jego osobą. Świetnie pamiętałam dzień w którym Jasper przyszedł do szpitala w którym leżał Ryan, by móc z nim po raz pierwszy porozmawiać o jego przeszłości z Thomasem. Niestety nie zdobył się wtedy na odwagę by to zrobić.

- Słyszałem o tym, co Harry zrobił Hendersonowi i chciałem sprawdzić czy wszystko z nim dobrze. 
- Dlaczego martwisz się o kogoś, kogo nie znasz?

- Nigdy go nie widziałem, ale wiem, dla kogo pracował. Miałem nadzieję, że porozmawiam z człowiekiem, który spędził z moim bratem tyle lat. Musi znać go lepiej ode mnie.

I najprawdopodobniej znał Thomasa lepiej niż jego własny brat, pomyślałam wtedy.
Ryan teraz musiał dobrze wiedzieć kim tak naprawdę był Jasper, ponieważ także nie ukrywał zaintrygowania w stosunku do niego. Zanim jednak blondyn zdążył odpowiedzieć na jego pytanie, wtrąciłam się ja.
- O co chodzi, Jasper? Coś się stało? 
Chłopak odwrócił się ku mnie.
- Moglibyśmy wejść do środka? - głową wskazał na mieszkalny budynek. - Wątpię, czy to jest idealne miejsce do rozmowy. 
Uniosłam wzrok ku Ryanowi, ale ten tylko kiwnął głową na zgodę. Miałam przeczucie, że coś jest nie tak, po ledwie załamanym głosie Jaspera. Klatka piersiowa Lily unosiła się w górę i w dół, dziewczynka nadal pogrążona była w śnie, oparta głową o moje piersi. Podeszłam wraz z nią do frontowych drzwi domu i otworzyłam je kluczem. Ryan wcześniej przejął ode mnie wózek dziecięcy i złożył go, zanim ostatecznie pofatygował się z nim do środka mieszkania tuż za Jasperem. 
W domu było przyjemnie ciepło poprzez kaloryfery, które zostały włączone kilka minut wcześniej przed naszym wyjściem do parku. Zdarzało się, że pogoda dość często platała figle w taką porę roku, dlatego utrzymywałam odpowiednią temperaturę, by Lily przypadkiem się nie przeziębiła z zimna. W jej wieku wszystko było możliwe.
- Pójdę położyć Lily do łóżeczka, zaraz przyjdę. - poinformowałam, zachęcając później by oboje się rozgościli.  
Gdy wróciłam, każdy z nich o dziwo zajął miejsce w kuchni zamiast w salonie. Jasper usiadł przy wyspie kuchennej, na co Ryan zaraz obok niego. Nie odzywali się do siebie, nawet pod moją nieobecność.
- O czym więc chciałeś porozmawiać? - Jasper uniósł wzrok na mnie, gdy weszłam do kuchni i od razu wzięłam się za zrobienie rozgrzewającej kawy. Nie był zdziwiony moim pytaniem.
- Chodzi o Thomasa... - zaczął. Spojrzałam na niego raptownie, przerywając każde z czynów. - Jest na wolności. Ktoś pomógł mu wczoraj uciec. Kiedy chłopaki zorientowali się, że coś jest nie tak, znaleźli rozwalone kraty w oknie piwnicy, gdzie go przetrzymywaliśmy. Znaleźli także Ashtona, leżącego martwego na podłodze. Postrzelonego.
Pode mną ugięły się kolana. Opadłam na kuchenne krzesło stojące niedaleko. 
- Co? - szepnęłam. Dostrzegłam, jak policzki Ryana robią się białe jak kreda. - Jak to martwego? Kto mógłby go postrzelić...
- Nie jesteśmy pewni kto. Być może Thomas, albo równie dobrze i jego wspólnik. Nie wiemy kim jest ta osoba, więc to daje mu jak na razie przewagę nad nami. - wyjaśnił blondyn. - Ashton najwyraźniej usłyszał coś i zbiegł do piwnicy by sprawdzić o co chodzi, ale nie spodziewał się, że znajdzie tam Thomasa z uzbrojonym wspólnikiem. Nie było nas wtedy w domu.
Ashton nie żył. Chłopak, który uratował mi życie z płonącego domu odszedł. Z dnia na dzień tak po prostu odszedł. To nie mogło się dziać naprawdę. Nie mogło odchodzić na raz tyle bliskich osób. 
- Musimy dowiedzieć się, kto pomaga Thomasowi. - odezwałam  się po krótkiej ciszy. Czułam, jak ściska mi się gardło. - Inaczej nie zdołamy...
- Po pierwsze nie mamy pojęcia z kim mamy do czynienia. - ręce Jaspera nadal były schowane w specjalnych rękawiczkach na motor. Patrzył na mnie, próbując zachować swoją męską cierpliwość. - Każdy z nas zastanawia się jak ta osoba w ogóle wiedziała, gdzie przetrzymujemy Thomasa.
- Ale Ashton... - głos mi się łamał przy wypowiedzeniu imienia przyjaciela. Teraz już nieżyjącego przyjaciela. - On przecież nikomu nie był nic winny. Nigdy nie powinien spotkać go taki los...
- Obstawiam, że nie od teraz znasz Thomasa. - Jasper westchnął. Wszczął zabawę palcami u swoich dłoni. - Jest zdolny do wszystkiego, by tylko wyszło to na jego korzyść. Przypuszczam, że Ashton stanął mu na drodze, dlatego się go pozbył. Wiedział, że jeśli nic nie zrobi, w przeciwnym razie Ashton prawdopodobnie zmusiłby się do zastrzelenia go. - Ku mojemu własnemu zaskoczeniu, nie zaczęłam płakać, tylko zakryłam dłonią usta. Ryan wydawał się być nieobecny, jakby zamyślony w tym co nieustannie krążyło w jego umyśle. - Tak mi przykro, Vanessa. Powinien ktoś z nas zostać wtedy w domu. Źle postąpiliśmy zostawiając Thomasa z Ashtonem, sam na sam.
- Nie wiedzieliście, że to tak może się skończyć. - uspokoiłam go pośpiesznie. - Nikt z was nie przewidziałby, że ktoś pomoże Thomasowi się uwolnić, kiedy wy będzie w tym czasie poza domem. 
Jasper uśmiechnął się leniwie, choć wiedziałam, że starał się tylko ukryć poczucie winy.
- Chyba wiem, kto uwolnił Thomasa i tym samym pomógł mu uciec. - Ryan po raz pierwszy wtrącił się w rozmowę, odkąd wszyscy weszliśmy do domu. W odzyskanym głosie kryła się nuta zdecydowania. - Znam ją.
- Ją? - Jasper raptownie odwrócił się w stronę chłopaka, siedzącego praktycznie obok niego. Stłumił śmiech. - Chcesz nam powiedzieć, że wspólnikiem Thomasa jest kobieta?
- No, tak. Co w tym dziwnego? - Ryan również podniósł na niego wzrok. - Ma na imię Rebecca. Gdy jeszcze dla niego pracowałem, Thomas poszukiwał sojuszników, którzy pomogliby mu zrealizować plan. Oboje z Thomasem znają się już od długiego czasu, jeszcze podajże zanim w ogóle czegokolwiek się podjął w związku z Harrym. 
Jasper odżył. 
- Jesteś tego pewien? - spytał. - Wiesz o niej coś więcej? 
Ryan potrząsnął głową.
- Nie. Nie znam jej na tyle dobrze, na ile bym chciał. Nie mieliśmy zresztą dobrych kontaktów.
- Ale wiesz gdzie można ją znaleźć, prawda? 
- Myślisz, że powiedziałaby mi gdzie mieszka? - zakpił Ryan. - Nienawidziła mnie. Chyba z każdym tak miała. 
- Ryan, czy... czy jest szansa, że mógłbyś ją rozpoznać? - wierzyłam, że jest jakaś nadzieja w całej tej sytuacji. Ryan był człowiekiem, który bardzo dobrze był zaznajomiony z planami Thomasa. Był naszym jedynym ratunkiem, by ponownie go dopaść.
- Tak. Jasne, że tak. - zapewnił. 
Uśmiechnął się szeroko do mnie z naprzeciwka by uspokoić moje nerwy. Miałam ochotę złączyć jego palce ze swoimi, ale wiedziałam, że nie mogę przy Jasperze.
- Kurwa. - zaklął blondyn. Pokręcił głową, ściągając za chwilę swoje rękawiczki i rzucając je na blat. - Nie mam pojęcia co teraz robić. Chłopaki pogrążeni są w żałobie, a Harry nie odzywa się do nas, odkąd dowiedział się o śmierci Ashtona.
- Czemu się nie odzywa? - zapytałam ostrożnie. Ciekawość wzięła nade mną górę. 
- Pokłóciliśmy się wczoraj. Wszyscy. Oskarża nas o jego śmierć, że pozwoliliśmy Ashtonowi zginąć.
- Przecież to nie jest niczyja wina...
- On tego nie rozumie. Vanessa, on wpadł w szał, gdy się dowiedział. Nie odbiera telefonu od żadnego z nas. Zniknął tak po prostu, nie wiemy nawet gdzie. Nie mamy pojęcia gdzie go szukać.
Jasper z wysiłkiem próbował zapanować nad swoimi emocjami. 
- Jak on może was obwiniać? Powinien zrozumieć, że to było nie do przewidzenia. 
- Vanessa... - głos Ryana drgnął. Wydawało mi się, że usiłował mnie za coś skarcić. - Przecież Harry taki właśnie jest. Nie myśli, zanim cokolwiek powie. Dziwne, że o tym nie wiesz.
- Harry nigdy nie usiłuje zrozumieć sytuacji, dlatego później wszystkich oskarża.
Ryan wzruszył ramionami.
- Ale co nas to w ogóle obchodzi? Mnie nie interesuje co się z nim teraz dzieje i was też zresztą nie powinno. 
- Harry jest przyjacielem większości z nas. - zbeształ go Jasper. - Mamy prawo się o niego martwić, nawet, jeśli on ma nas daleko gdzieś.
- Jaki jest tego sens? Jak bym nie zadawał sobie trudu nawet szukaniem go. 
- Nie rozumiesz, Ryan. - kontynuowałam. - Harry ma problemy z panowaniem nad sobą. Akceptacja tego co się dzieje, zawsze przychodzi mu z trudnością. Może nawet zrobić sobie krzywdę, nie wiedząc tak naprawdę, że ją w ogóle robi.
- Więc, co? - błękitne oczy Ryana rozjarzyły się. - Chcesz pomóc im go znaleźć? 
- Nie prosiłem Vanessy by nam pomogła. - Jasper westchnął zmęczony. - Ale nie ukrywam, że ona zna lepiej Harry'ego od nas wszystkich razem wziętych. - spojrzał na mnie raptownie. - Może wiedziałabyś, gdzie go znaleźć.
Zastanowiłam się na chwilę. Czułam na sobie wyczekiwany wzrok obojgu chłopaków. Czy naprawdę wiedziałabym, gdzie znaleźć Harry'ego? Mógłby być przecież wszędzie. 
- Nie sądzę, że byłabym w stanie to wiedzieć. - odparłam. 
- Oh ludzie, powinniście dać mu trochę czasu. - Ryan ponownie się wtrącił. - Nie potrzebuje waszej pomocy by dojść do siebie po straceniu przyjaciela. 
- Obyś miał rację. - Jasper podniósł się z wysokiego krzesła. Włożył rękawiczki z powrotem na chude dłonie, za chwilę zapinając kurtkę. - Dobra. Będę już leciał. Chłopaki nie mają się dobrze, a zresztą muszę jeszcze przenieść ciało Chrisa z domu Ashtona. Wolę, żeby nikt nie natrafił na martwego trupa w jego garażu. 
- Gdzie go przenosisz? - zapytałam. - Do siebie?
Jasper przeczesał dłońmi jasne włosy. 
- Tak. - uśmiał się, pomimo nieodpowiedniego momentu. - Raczej chłopaki go nie przytrzymają.
- Racja. Postaram się jeszcze raz próbować skontaktować się z jego matką, ale do tej pory nie dostałam od niej żadnego znaku życia. Jeśli do dwóch dni, się nie odezwie, spalimy jego ciało, tak jak tego chciał. - wyjaśniłam. - Dziękuję ci za wszystko.
- Nie ma za co. - blondyn objął mnie po przyjacielsku, kiedy podeszłam do niego bliżej. - Będziemy w kontakcie, gdybym coś wiedział. 
- Jasne. Trzymaj się.
- Ty również. - uśmiechnął się ciepło. Zanim jednak wyszedł, odwrócił się do Ryana, nadal siedzącego na swoim krześle. - Fajnie było cię w końcu poznać. Może uda nam się kiedyś razem pogadać, tak wiesz, w cztery oczy. Mam do ciebie dużo pytań.
Ryan zerknął na niego zaskoczony, ale nie odezwał się ani słowem. Pozwolił chłopakowi opuścić dom bez możliwości dowiedzenia się jego odpowiedzi. Dźwięk odpalonego motoru dał znać, że przyjaciel odjeżdżał już spod mieszkania.
Otuliłam się ramionami, obserwując przy oknie jak Jasper oddala się od posiadłości i za chwilę skręca na zakręcie w stronę głównej ruchliwej drogi. Ryan zaś nadal utrzymywał ciszę pomiędzy nami, która była wręcz denerwująca. Nie miałam pojęcia o co chodziło. 
Po chwili jednak poddał się. Usłyszałam znajomy dźwięk odsuwanego krzesła, po czym głośne kroki. Wzdrygnęłam się, kiedy na swojej szyi wyczułam ciepło, a na biodrach jego ręce. Ryan położył swoją głowę na moim ramieniu, jakby próbował znaleźć ten jedyny punkt za oknem w którym tak się pogrążyłam. 
- To się nie skończy, prawda? - szepnęłam, sądząc, że wymówiłam te słowa w swojej głowie, ale tak się nie stało. Ryan zdążył wszystko dosłyszeć.
- Co masz na myśli? - spytał. Mogłam z łatwością wyczuć jak wzrastało w nim poczucie niepokoju. 
- W ciągu tego miesiąca zginęły już dwie osoby. - odwróciłam się do niego momentalnie, czego się w sumie nie spodziewał. - Nie zniosę tego dłużej, jeśli ktoś z was do nich dołączy. Ty, chłopcy, Jasper, ktoś z mojej rodziny albo nawet i Lily. 
- Nic nam się nie stanie. Nie martw się o to. - Ryan ucałował mnie czule w czoło, po czym ramionami przytulił do siebie, kojąco głaszcząc po plecach. - Nie rozumiem tylko, czemu Harry nie zabił Thomasa, kiedy miał okazję. Co go powstrzymało? 
- Nie mam pojęcia. Ale sama chciałabym to wiedzieć.
- Myślisz, że coś mu powiedział? - uniósł palcem wskazującym mój podbródek. - Coś, co naprawdę powstrzymało go od zrobienia mu krzywdy?
- Wszystko jest w tej sytuacji możliwe. - powstrzymałam się od płaczu. - A nawet gdyby tak było to wątpię, czy Harry w ogóle by się tym z nami podzielił. 
Ryan umilkł. Staliśmy tak przez kilka minut, wtuleni w siebie nawzajem. W tym wszystkim, tylko jedno przez cały czas mnie zastanawiało. Czemu Harry zachował się jak typowy palant i zwalił całą winę na własnych przyjaciół? Nikt z chłopaków nie ponosił odpowiedzialności za śmierć Ashtona. Więc dlaczego tak od razu zerwał z nimi kontakty? Uciekł, wyłączył telefon. Na co to wszystko? Za co oni mieliby być ukarani?
Myślami utknęłam w umyśle coraz to głębiej. Doszukiwałam się w wspomnieniach czegoś, co pomogłoby mi pomóc natrafić na jakikolwiek ślad, który doprowadziłby mnie do miejsca, gdzie aktualnie mógłby przebywać Harry w celu ukrycia się przed rzeczywistością. Cofnęłam się o kilka miesięcy wstecz, grzebiąc w wspomnieniach związanych z nami obojga. Wakacje na Hawajach, częste wizyty w szpitalach, podpalenie domu przez Thomasa, Święta Bożego Narodzenia w Londynie, oświadczyny w restauracji, nowy dom...
No właśnie! To było to. Miejsce, które Harry uważał za schronienie przed ludźmi. Miejsce, gdzie nikt nie mógłby go znaleźć. Hektary pól, lasy, niewielkie jeziorko, zielone polany. To wszystko znajdowało się niedaleko naszego kiedyś wspólnego domu.

- Przychodziłem tu, kiedy potrzebowałem być sam, gdy coś mnie trapiło lub było mi smutno, potrzebowałem wyciszenia. Chciałem wszystko przemyśleć, wszystkie błędy jakie zrobiłem. Kiedy przyjechałem do Los Angeles nie miałem nikogo. Zostawiłem swoją rodzinę, by móc żyć we własny sposób. Zatracałem się w alkoholu oraz ćpałem. Robiłem wszystko by móc zapomnieć o tym co zrobiłem. Było mi ciężko, nie umiałem pogodzić się ze śmiercią ojca. To miejsce mnie w jakiś sposób uspokajało.

Harry musiał tam być. To było jedyne miejsce, gdzie mogłoby go ponieść. 
- Ryan, wiem gdzie on jest. - szepnęłam, wciąż niedowierzając w swoje odkrycie. Ryan spojrzał na mnie niezrozumiale. - Wiem gdzie on jest.
- Kto? Harry?
- Tak. - adrenalina w moim ciele podskoczyła na wyższy poziom. - Jest w domu, który kiedyś należał do nas obojgu. Doskonale pamiętam drogę. Mogłabym...
- Vanessa, nie. - Ryan zaprzeczył temu, co miałam zamiar zrobić. Jego oczy zrobiły się bardziej okrągłe. - Nie chcę być pojechała do niego. 
- Dlaczego?
Brunet westchnął zniecierpliwiony.
- Bo boję się pozwolić ci być z nim sam na sam. Nie po tym, jak ostatnio cię traktował. Zrozum.
- Tylko ja wiem, gdzie to jest i tylko ja mogę do niego dotrzeć. - naciskałam na swój argument. -  Muszę tam pojechać.
- Nie utrudniaj mi tego, proszę. - dotknął obiema dłońmi moje policzki. - Nie ufam mu by puścić cię samą. 
- Tylko dlatego mu nie ufasz? - zapytałam podchwytliwie. Ryan szybko zrozumiał, o co mi chodziło.
- Wiesz dobrze, jaki Harry potrafi być podstępny. - gubił się przy wyjaśnieniach. - Nie wiesz na co się piszesz, jeśli chodzi o niego.
- Nie chcę by coś mu się stało. 
Ryan spojrzał na mnie wzrokiem, który niepokojąco przesiąknął przez moje ciało. 
- Czemu się o niego martwisz? Po tym co ci zrobił, chcesz mu jeszcze pomóc? - dostrzegłam jak walczy z pokazaniem zdenerwowania, jakie go ogarnęło. - Postradałaś zmysły?!
- Ryan, nie rozumiesz. Muszę mu pomóc.
- On nie zasługuje na to co ty dla niego robisz. 
- Nie ufasz mi, prawda?
Ryan napiął mięśnie.
- Ufam ci, przecież wiesz. - oświadczył stanowczo. - Nie wierzysz?
- To pokaż mi, bym mogła uwierzyć. Zrób coś, by...
Raptownie znieruchomiałam. Ryan przyciągnął mnie do siebie i zaczął całować jak szalony. Wszystko działo się tak szybko. Wbiłam palce w jego twarde ramiona, w cienki męski sweter, i oddałam mu pocałunek z całą desperacją nagromadzoną przez kilka ostatnich minut. Odsunął się ode mnie tylko na krótką chwilę. Objął mnie w talii i pociągnął na pustą ścianę obok okna w holu, po czym oparł mnie o nią. Potem ujął w dłonie moją głowę i przysunął się tak blisko, że nasze ciała niemal się zetknęły... ale nie całkiem. Czułam od niego bijące gorączkowe ciepło. Dłonie nadal trzymałam na jego barkach, ale to jednak nie wystarczało. Chciałam, żeby przytulił mnie mocno, całą mnie splótł.
- Wierzę ci. - szepnął z trudem łapiąc oddech. - Zawsze.
Spojrzałam na jego twarz. Jego oczy zawsze ciemniały, kiedy się całowaliśmy, jakby samo pożądanie było w stanie zupełnie zmienić ich kolor.
Nie mogłam dłużej znieść napięcia. Zabrałam ręce z jego barków, wsunęłam palce w szlufki paska i przyciągnęłam go do siebie. Nie stawiał najmniejszych oporów. Położył dłonie płasko na ścianie, przywarł do mnie całym ciałem, tak, że stykaliśmy się wszędzie - piersi, biodra, nogi - jak kawałki puzzli. Pocałował mnie, długo i bez pośpiechu, aż zaczęłam drzeć. Zapragnęłam go tak bardzo jak on mnie.
- Pozwól mi... - wyszeptałam między pocałunkami. - Pozwól mi jechać...
Czułam, jak dłonie Ryana błądziły swobodnie po moim ubraniu. Jęczał cicho z ustami na moich ustach, całował coraz mocniej, jakby nigdy nie mógł się nasycić.
Nagle się odsunął.
- Jedź... - uniósł moją głowę bym spojrzała mu w oczy. - Zajmę się Lily przez ten czas. Ale proszę, uważaj. Dzwoń w razie problemów, dobrze?
- Naprawdę?
Nie ukrywałam zdumienia jego postępem.
- Nie mogę trzymać cię jak w klatce. - oparł swoje czoło o moje. - Nie jestem taki jak Harry. Chcę mieć pewność, że ufam tobie tak samo jak ty mi.
Nie odezwałam się tylko pocałowałam go ponownie. Chłopak zamknął raptownie oczy pod naciskiem moich ust. Ale kiedy przerwałam pocałunek, otworzył je dopiero wtedy, kiedy zniknęłam za sobą drzwi od mieszkania.

- Więc dlaczego mnie tu przyprowadziłeś? - zapytałam, a Harry stanął za mną i objął mnie ramionami w pasie, po czym położył swoją głowę na moim ramieniu i przycisnął mnie bardziej do siebie.
- Chciałem ci pokazać jak cudowne i wyjątkowe jest to miejsce. Nikomu go jeszcze nie pokazałem, oprócz ciebie.
- Czemu zatem ja?
- Bo jesteś częścią mojego życia oraz serca, które bije tylko i wyłącznie dla ciebie. Chcę ci uświadomić, że pomimo tego co przechodzimy, żyjąc w ciągłym strachu jest nadzieja. Nadzieja na lepsze życie.

~*~ 

To niesamowite, że las potrafił być tak piękny. O każdej porze roku, ale jesienią szczególnie. Złoto brązowe liście chrzęszczały pod nogami, ścięte pierwszym mrozem. Powietrze było przejrzyste, tylko czasem mgiełka oddechu łamała tą klarowność. Słońce przedzierało się jasnymi smugami między potężnymi pniami drzew, a jedyną zielenią były drżące gdzieś wysoko czupryny sosen. Niżej były zaś bezlistne teraz krzaki i krzewinki, które niczego nie zasłaniały.
Wcześniej postanowiłam, iż dotrę do ulubionego miejsca Harry'ego całkowicie inną drogą. Zostawiłam samochód na poboczu autostrady, bardziej w lesie by nikt się nie przyczepił. Przez chwilę miałam wrażenie, że zgubiłam szlak, ale szybko rozpoznałam potem piaszczystą dróżkę, która wyprowadziła mnie pomiędzy polami. Byłam w tym samym miejscu, co wtedy, gdy Harry wyprowadził mnie z lasu z innej strony, mianowicie na zachód od domu. Wzdłuż drogi spacerkiem, dotarcie do celu zajęło mi praktycznie tylko kilka minut. Z daleka rozpoznałam przed sobą rozciągające się polany, wraz z niewielkimi pasmami drzew. Nierówna powierzchnia terenu, obniżająca się z każdym kilometrem przebytym na zachód sprawiała, że z aktualnego miejsca widziałam bajeczny krajobraz kolejny pól, schodzących powoli coraz niżej i niżej, aż po sam horyzont, gdzie można było dostrzec odległy o kilkadziesiąt kilometrów następny las oraz potężne góry. Zatem na samym środku całego krajobrazu znajdowało się wcale nie duże jezioro w kształcie okręgu.
Wszystko przypominało bardziej wieś niż część jednego z najbardziej zaludnionych miast Ameryki. Harry od zawsze chciał żyć na poboczach Los Angeles, ze względu na ciszę, spokój, bliskość prawdziwej natury oraz większą przestrzeń. Dom, który kiedyś należał do nas obojgu, teraz mieścił się niedaleko. Zbudowany został tak, że otaczały go tylko gęste lasy, nic więcej. Jedynie przed nim ciągnęła się droga, która na końcu od wschodu łączyła się z autostradą do samego centrum miasta.
Gdy pokonałam następne krzaki, na obszernej polanie, na samym jej wzgórzu, dostrzegłam Harry'ego. Ciemna granatowa kurtka opinała jego ramiona, a włosy czapka w tym samym odcieniu. Siedział w bezruchu i w skupieniu spoglądał na krajobraz przed nim. Musiałam przyznać, że widok z tego miejsca był imponujący. Bez ani chwili zastanowienia się nad własnymi czynami, ruszyłam w jego stronę. Nie wiedziałam jaka mogłaby być jego reakcja, gdy mnie zobaczy, ale nie przejmowałam się tym.
Gdy znalazłam się znacznie bliżej Harry'ego, pierwsze co zrobiłam to spojrzałam na jego dłonie. W ataku złości wyrwał kilka garści trawy. Palce miał pobrudzone ziemią i krwią w miejscu, gdzie naderwał sobie paznokieć.
- Tak myślałam, że cię tu znajdę.
Harry drgnął zaskoczony, odwrócił się i podniósł wzrok. Nie spodziewał się mojego towarzystwa, dlatego przybrał taką minę, jakby zobaczył za sobą ducha. Jego zielone oczy nie umiały skupić się na niczym, od góry do dołu przelatywały mnie spojrzeniem, próbując zidentyfikować czy jestem prawdziwa.
-  Vanessa? Jak... jak to możliwe, że...
- Że wiedziałam, gdzie jesteś? - dokończyłam za niego. - Nie zapomniałam własnych wspomnień.
Usadowiłam się pośpiesznie obok chłopaka, gdy stwierdziłam, że raczej nie zaprotestuje. Zmuszona do nie patrzenia na niego, pośpiesznie spojrzałam na panoramę naprzeciwko i uśmiechnęłam się wbrew sobie. Widok zapierał dech w piersiach tak samo, jak wtedy, kiedy po raz pierwszy go ujrzałam.
Chłopak nadal oniemiały, otrzepał ręce z ziemi i odsunął się ode mnie.
- Nie powinno cię tu być. - odezwał się, teraz gorzkim tonem. - Lepiej wracaj.
- Chłopcy powiedzieli mi co się stało. - spojrzałam na swoje palce u obu dłoni. - Oni martwią się o ciebie. Przyjechałam tu, bo wiem, jak bardzo im na tobie zależy.
Starałam się mówić spokojnie, tak aby nie wzbudzić w Harrym żadnych emocji, które tylko pogorszyłyby sytuację. Musiałam być więc ostrożna.
- Sądzisz, że będę z tobą rozmawiał o czymś, co ciebie w ogóle nie powinno obchodzić? - zakpił ze mnie. Poczułam na sobie jego wzrok. - Nie obchodzi mnie, po co tutaj przyjechałaś. Odejdź, zanim stracę cierpliwość.
Pomimo jego sprzeciwów, nadal się nie poddawałam. Musiał zrozumieć pewne rzeczy, czy tego chciał czy nie.
- Wiem o śmierci Ashtona. - Harry drgnął na wypowiedzone przeze mnie imię przyjaciela. - To nie jest ich wina, Harry. Myślisz, że tak jest, ale nie jest. Zachowałeś się wobec chłopaków nie w porządku. Oni...
- Przestań! - podniósł głos. - Nie potrzebuję lekcji, tym bardziej od ciebie! To, że wiedziałaś, gdzie mogłabyś mnie znaleźć, nie znaczy, że możesz sobie tutaj od tak przyjeżdżać! Nie prosiłem cię o wtrącanie się w nasze sprawy, więc spadaj. Jeszcze nie masz dość?
Tęczówki Harry'ego zabłysły znajomo. Zaczynał się denerwować.
- Obwiniłeś chłopaków za śmierć Ashtona, choć wiesz, że to wcale nie przez nich zginął. Dlaczego próbujesz zniszczyć waszą przyjaźń? Przecież tyle sobie zawdzięczacie?
- Nie uważam byś cokolwiek o nas wiedziała. - warknął zły. - Zdradzili mnie przez ciebie, bo to ty zmusiłaś ich do niepowiedzenia mi prawdy o moim własnym dziecku. To dlatego nie wierzę w ich niewinność.
- Nie osądzaj ich, tylko mnie. - moja odwaga zaskoczyła nie tylko mnie. - Zdawali sobie sprawę, że to źle jest mieć jakiekolwiek sekrety przed tobą. Chcieli ci powiedzieć, każdy z nich.
- To czemu tego do chuja nie zrobili!? Powinni powiedzieć ci "nie", przestać dyskutować z tobą o tym co najlepsze w kwestii naszego dziecka! Ale oni nie wykazali się żadną mądrością! Tak po prostu ci ulegli! 
Szorstkość jego głosu mimo wszystko raniła. Na twarz wrócił mu kolor, choć sińce pod oczami nadal wyglądały jak ciemne smugi. Czekałam, aż Harry jeszcze coś powie, ale on tylko patrzył na mnie z nieskrywaną konsternacją.
- Nie pozwól, byś stracił ich po raz kolejny. - odrzekłam znacznie obniżając ton. - Nikt nie rozumie cię tak dobrze jak oni. Poświęcili tobie wszystko co mogli, pomogli ci stanąć na nogi. Tak chcesz im się teraz odpłacić? Od samego początku mieli rację co do naszej córki i owszem, nie powinnam zmuszać ich do bycia cicho w związku z tym tematem. Ale teraz nie możesz obwinić ich za śmierć Ashtona. To nie oni są za nią odpowiedzialni tylko Thomas.
Harry zamilkł, jakby pogrążony w napływających myślach. Po krótkiej chwili, odchrząknął. Napięcie w nim zniknęło niespodziewanie.
- Pozwolili na to by...
- Nie! - krzyknęłam. Chłopak wyglądał na zdezorientowanego. - Nie mieli pojęcia, Harry. Spójrz prawdzie w oczy, rozejrzyj się wokół. Tak chcesz żyć? Nie mieć nikogo przez własną głupotę? Ciągle usiłujesz zmuszać swoich bliskich by zaczęli nienawidzić samych siebie. Po co?
- Bo to ja straciłem wszystko przez takich właśnie ludzi. - odparł. W sposób w jaki przemówił, dał mi do zrozumienia, że coś się w nim właśnie przełamało. - Straciłem ojca oraz dwóch przyjaciół w przeciągu krótkiego okresu czasu. Zostałem okłamany, że miłość naprawdę mogłaby trwać wiecznie, nawet moi właśni przyjaciele zaczęli okłamywać mnie za moimi plecami. Zaś ty... ty próbowałaś i do teraz próbujesz postawić mur pomiędzy mną, a moją córką, chcesz mi ją odebrać, pozbawić jej ojca. Nie zastanowiłaś się ani chwili nad tym, jak ja się czuję. Przez cały kurwa czas sądzisz, że nigdy nie zmieniłem się dla kogoś, nie myślałem jak ta druga osoba może się czuć, jeśli postąpię tak, a nie inaczej. Ale powiedz mi, a czy ty kiedykolwiek myślałaś o tej drugiej osobie? Jak się ja poczuję, kiedy dowiem się prawdy, że od jakiegoś czasu jestem ojcem? Zawsze stawiasz na to, co ty uważasz za słuszne. Po cholerę więc mówisz mi, bym postępował inaczej, jak sama nie akceptujesz tego, że inni mogą mieć w czymś innym o wiele więcej racji niż ty?
W głosie Harry'ego brzmiała taka desperacja, że aż wytrzeszczałam oczy i zamknęłam usta. Nigdy nie myślałam, że mógłby on coś takiego powiedzieć. Mówił z takim przekonaniem, że aż zaczęłam się zastanawiać nad tym, co do tej pory zrobiłam. Jego spojrzenie, skupione z uwagą na mnie było twarde jak szkło. W końcu się odezwałam.
- Nie chciałam nigdy byś cierpiał. - mięśnie Harry'ego raptownie się napięły. Nie patrzył w ogóle na mnie. - Nie umiałabym zadać ci bólu, nawet gdy jeszcze byliśmy razem. Ale po tym, jak zobaczyłam cię z tą dziewczyną w naszym domu... dałeś mi do zrozumienia, że lubisz sprawiać ludziom cierpienie. Od tamtej pory, pogodziłam się z tym, ale zdecydowałam wtedy nigdy więcej nie mieć z tobą nic wspólnego. Przynajmniej do czasu zanim dowiedziałam się o ciąży. Wtedy już wiedziałam, że dziecko przyciągnie cię, sprawi, że będziesz chciał znów wejść w nasze życie. Nie liczyłam się z tym, że kiedyś mógłbyś dowiedzieć się o naszej córce i że będziesz na mnie wściekły z powodu ukrycia jej przed tobą. Zadałeś mi ból, to ja tobie również. O to przez cały czas mi chodziło.
Harry chwilę podniósł na mnie wzrok, ale ostatecznie nie zmusił się do utrzymania dłuższego kontaktu wzrokowego. Wyglądał na bardzo zmęczonego, jakby to co usłyszał, pozbawiło go sił.
Podążyłam za jego spojrzeniem, który teraz miał utkwiony w krajobraz przed sobą. Słońce stało nisko na niebie, w oddali jezioro lśniło jak brzeg srebrnej monety. Nie dziwiłam się, że Harry lubił tu przychodzić by wyciszyć swój umysł. Panowała tu zupełna cisza, nawet ruch uliczny z autostrady był niesłyszalny.
- Nie zdradziłem cię. Już ci to mówiłem. - powiedział zdławionym głosem, jakby z trudem wydobywał z siebie słowa. - To ta dziewczyna mnie pocałowała, nie chciałem tego. Nie dałaś mi nawet szansy tego wszystkiego wyjaśnić.
Zerknęłam na niego ukradkiem. Od tego momentu, zaczynałam rozumieć, że z Harry'ego zniknęło wszelkie zdenerwowanie i teraz zastąpiła je niezwykła samokontrola. Nie krzyczał, tylko mówił z dziwną ostrożnością.
- Harry, nie wracajmy do tego co było. - potrząsnęłam głową. - To zamknięty rozdział.
- Czyżby? - usłyszałam nieznajomą nutkę w jego głosie. - Przez to właśnie to wszystko się dzieje. Ta nienawiść sprowadziła nas do tego, że oboje mamy siebie dość. Robimy krzywdę własnej córce.
- Jeszcze nie dawno mi groziłeś. - przypomniałam. - Co się stało, że się rozmyśliłeś?
- To było zanim dowiedziałem się, że mam z tobą dziecko. - odrzekł. - Nie znaczy to więc, że teraz cię toleruję, bo się nad tobą zlitowałem. Robię to w szczególności dla Lily.
- Nawet jej nie znasz. - wyrwałam źdźbło trawy i zaczęłam obracać je w palcach.
Harry milczał przez chwilę.
- Pragnę ją poznać. - wyczułam ból, pomimo jego pewności siebie. Również wszczął bawienie się w wyrywanie trawy. - Nie potrafię wysiedzieć w miejscu, choć przez chwilę o niej nie myśląc. Gdybyś tylko pozwoliła mi się z nią zobaczyć...
Nie mogłam uwierzyć, że Harry zachowywał się tak spokojnie w mojej obecności. To była miła odmiana, móc z nim porozmawiać bez podniesionych nerwów. Patrzyłam na niego i przypuszczałam, ile cierpienia musi mieć w sobie, gdy rozmawiał ze mną. Czy mogłam mu zatem teraz zaufać? Czy to oznaczało, że między nami będzie lepiej?
- Myślałam nad tym. - odparłam. Harry raptownie skupił się tylko na mnie, kompletnie zdumiony. Walczyłam z myślami czy naprawdę powinnam pozwolić Harry'emu zobaczyć się z własną córką. Po chwili zdecydowałam. - I zrozumiałam, że nie mogę trzymać cię tak dłużej w niepewności. Masz rację. Nie powinnam była mieszać Lily pomiędzy nas obojga. Jeśli chcesz ją jeszcze dziś zobaczyć, nie mam z tym problemu byśmy pojechali do mnie do mieszkania. Oczywiście, jeśli będziesz na to gotowy.
Harry zamarł z wzrokiem wlepionym w moją osobę. Oczy zrobiły mu się większe w szybkim tempie. Przez chwilę nie umiał przeskanować moich słów, jakby myślał, że one tylko pojawiły się w jego wyobraźni.
- Chcesz... chcesz mi pozwolić się z nią zobaczyć? - mówił z niedowierzaniem. - Dlaczego zmieniłaś zdanie?
No właśnie, dlaczego Vanessa? Nie miałam do końca pojęcia, czemu to robiłam. Jeszcze przez ostatnie miesiące wmawiałam sobie, że za żadne skarby nie dopuszczę Harry'ego do Lily, a teraz, każde z tych przysiąg legło tak drastycznie w gruzach. Od tak dawna nie zrobiło mi się aż tak przykro z powodu Harry'ego. Nie brałam pod uwagę tego, przez co w życiu przeszedł i wciąż przechodził. Teraz chciałam móc mu zaufać w kwestii naszej córki. Chociaż w tej jednej rzeczy, byłam w stanie to zrobić.
- Mówiłeś, że jej nigdy byś nie skrzywdził, prawda? - tęczówki chłopaka zabłyszczały nieoczekiwanie. - Chcę ci więc zaufać. Naprawić złe relacje pomiędzy nami. Ale jedyne, co bym chciała od ciebie usłyszeć to zapewnienie, że nie pożałuję tego na co się zgodziłam. Inaczej będę zmuszona podjąć bardziej ryzykowne kroki, które nie skończą się dobrze dla żadnego z nas. 






Od autorki: Dużo nie będę się rozpisywać, bo zresztą nie ma po co. Rozdział 108 pojawi się najprawdopodobniej 15 Lipca :) 

Więc jak myślicie? Harry zmieni swoje podejście do życia dla własnej córki?
Widzimy się za dwa tygodnie! x

PS. W opowiadaniu użyte były wypowiedzi bohaterów z poprzednich rozdziałów (jako wspomnienia)




 To niesamowite, że las potrafi być taki piękny. O każdej porze roku, ale jesienią szczególnie. To nic, że jest połowa grudnia – złoto-brązowe liście chrzęszczą pod nogami ścięte pierwszym mrozem. Powietrze jest przejrzyste, tylko czasem mgiełka oddechu łamie tę klarowność. Słońce przedziera się jasnymi smugami między potężnymi pniami drzew, a jedyna zieleń to drżące gdzieś wysoko czupryny sosen. Niżej są bezlistne teraz krzaki i krzewinki, które niczego nie zasłaniają.

2 komentarze:

  1. Boże to cudowne czekam z niecierpliwością na następny rozdział

    OdpowiedzUsuń
  2. Cudowny rozdział! Trzyma cały czas w napięciu! Czekam na nexta! ❤️

    OdpowiedzUsuń